Kabaret

Okładka obcojęzycznego wydania filmu na DVD, dostępnego w naszych sklepach

Melodramat? Musical? A może kostiumowe kino społeczne, w którym twórcy poddają dogłębnej analizie narodziny nazizmu w Niemczech lat ’30? „Kabaret” to film, który w każdym z tych trzech gatunków uchodzić może za majstersztyk.

Powstały w 1972 roku obraz, był dopiero drugim filmem Boba Fosse’a. Mimo to jego autor otrzymał prestiżowego Oscara za reżyserię, zostawiając w polu samego Francisa Forda Coppolę, który w tym samym czasie nominowany był jako twórca „Ojca chrzestnego”! Skąd tak wielkie uznanie dla filmu muzycznego?

Jednym z powodów oszałamiającego sukcesu „Kabaretu” było nowatorskie podejście do kwestii opowiadanej na ekranie historii. Dotąd w musicalach liczyły się porywające sekwencje taneczne i to głównie na nich koncentrowali się realizatorzy. Fabuły były więc często błahe i pretekstowe. Fosse postanowił to zmienić.

Z jednej strony na scenie w berlińskim „Kit Kat Klub” dominuje dekadencja i eskapistyczna rozrywka, ale w tle - a z czasem i na widowni – daje się odczuć coraz większy fatalizm i poczucie nadciągającej nieuchronnie, drugowojennej katastrofy.

Koncept Fosse’a znakomicie widać zwłaszcza w słynnej „sekwencji alpejskiej”. Kiedy się rozpoczyna, oglądamy niewinnego blondynka, łagodnie śpiewającego uroczą pieśń „Tomorrow belongs to me”. Z czasem jednak – dzięki odjazdowi kamery - okazuje się, iż jest on ubrany w mundur Hitlerjugend, zaś do jego solowego śpiewu dołączają kolejne osoby, tworzące już po chwili chór ryczących dumnie Niemców. Wśród nich dostrzec można zarówno zdruzgotanego całym tym wątpliwym popisem żydowskiego staruszka-intelektualistę, jak i  pełną pogardy (wobec niego?) minę Niemki-mieszczki w średnim wieku.

W kilku kadrach, za pomocą kilku spojrzeń, czy grymasów reżyser ukazuje na ekranie nastroje społeczne panujące w Niemczech lat '30, kończąc całą sekwencję szatańskim wzrokiem konferansjera, który jednym półuśmiechem, jednym skinieniem głowy, uświadamia nam, że oto nadchodzi czas zagłady…

Gdy dodać do tego znakomitą obsadę, perfekcyjną choreografię, koncepty dramaturgiczne Bertholda Brechta i plastyczne Georgea Grosza oraz fakt, iż Fosse - jak pisała Alicja Helman - „bardzo umiejętnie manewruje elementami brzydoty i kiczu, wyśmiewając specyficzne niemieckie ‘ciężkie’ poczucie humoru i zamiłowanie do tandety”, otrzymamy obraz, który powinien znaleźć się w każdym zestawieniu największych filmów w historii.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Jakub
    28.12.2011 15:56
    Nie można tu nie wspomnieć o dwóch arcydzielnych, oscarowych rolach. Liza Minelli jako femme fatale Sally Bowles i Joel Grey jako surrealistyczny konferansjer.
    Liza Minelli to kobieta o urodzie przeciętnej, jednak w scenie, w której tańczy na krześle śpiewając "Mein Herr" emanuje niesamowitym, erotyzmem, wręcz wybucha seksapilem przyciągając męskie spojrzenia.
    Konferansjer, natomiast, to postać symboliczna, dająca się interpretować na wiele sposobów. Jest groteskowo - komiczno - diaboliczny, dzięki swemu makijażowi sprawia wrażenie zarówno clowna, jak i śmierci wiodącej taneczny korowód. Jest demiurgiem, reżyserem świata (motyw theatrum mundi), ale przecież "life is a cabaret"...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama