Polskie dobra narodowe

Na II Festiwal Miłosza przyjechało do Krakowa prawie dwustu znawców jego twórczości, przyjaciół i znajomych. Przyszły też całe rzesze zwyczajnych czytelników.

Reklama

To oni byli dowodem, że świętowanie Roku Miłosza ma sens. Tłumy wypełniały namiot „Miłosz” obok Teatru Starego. Dobrze sprzedawały się wydane na tę okazję książki noblisty. Niewątpliwie przy tej okazji można było zobaczyć jak wielkim naszym dobrem narodowym są wybitni poeci. Wielbiciele Wisławy Szymborskiej i Julii Hartwig zajmowali miejsca w kościele Bożego Ciała dwie godziny przed rozpoczęciem poetyckiego spotkania. (Szkoda, że czekający w tym czasie nie mogli uczestniczyć we Mszy w intencji noblisty).  Polonistka z gimnazjum w Zawierciu przyjechała na tę okoliczność z grupą swoich uczniów. Przyszło tak wielu chętnych, że pół kościoła było zajęte przez słuchających wierszy na stojąco. Aż Jane Hirsfield, poetka spod San Francisco, pstrykała zdjęcia zebranym, żeby utrwalić to zgromadzenie.

Festiwal na pewno spełnił też swoje zadanie gromadząc literatów, ale i w ogóle – intelektualistów z górnej półki. Helen Vendler, Adam Zagajewski, Tomas Venclova, Natalia Gorbaniewska, Bei Dao – to tylko niektóre nazwiska obrazujące jakiej rangi to było spotkanie. Jego uczestnicy i słuchacze mogli przekonać się, że kulturalne rozmowy o kulturze mogą odbywać się na luzie, bez zadęcia, ale też zbędnych prowokacji i ekscentryzmów. Pokazał też Miłosza wielowymiarowego. Twórcę dzieła do którego omawiania potrzebni są specjaliści zajmujący się nie tylko różnymi rodzajami i gatunkami literackimi, ale innymi niż literaturoznawstwo dyscyplinami naukowymi.

Miłosz to nie tylko poeta, prozaik, eseista, ale też myśliciel, wizjoner snujący refleksje na temat rozlicznych dziedzin sztuki i życia. Niewątpliwie udało mu się to dzięki temu, że do ostatnich lat był tytanem pracy o czym nieustannie przypomina jego osobista sekretarka i autorka bibliografii twórczości – Agnieszka Kosińska. – To był talent samorodny, mający tego świadomość – mówiła Barbara Toruńczyk – redaktor naczelna „Zeszytów Literackich”. - Kiedy go poznałem był 70 latkiem, a wyglądał na 40 –latka – wspominał jego litewski przyjaciel – Thomas Venclova. - Miał 90 lat, niespożytą energię życiową i siły twórcze –podkreślał młodszy kolega po piórze - Adam Zagajewski.

Pokazano też inne twarze Miłosza. Z jego listów do Iwaszkiewicza można było dowiedzieć się, że jako 19 latek bardzo potrzebował akceptacji mistrza, prowadzenia za rękę przez spełnionego twórcę. Z opowieści Adama Michnika o spotkaniu w bułgarskiej knajpce w Paryżu, dowiedzieliśmy się, że miał pokusy popełnienia samobójstwa. – W Ameryce czuł się samotny i niedoceniony, miał wrażenie, że jego utwory nie przetrwają – mówił biograf Aleksander Fiut.

Żeby poczuć ducha Miłosza poszłam do mieszkania poety przy Bogusławskiego, gdzie mieści się „The Milosz Instytut”. Nie trzeba było go długo szukać. Tłumacze pod kierunkiem Nikity Kuznetsova i Agnieszki Kosińskiej zajmowali się tam przekładem „Doliny Issy”. Żył w powtarzanych przez nich polskich, rosyjskich ale i chińskich i hebrajskich słowach. Uczestnicy – między innymi: Wu Lan Beijing z Chin, Miri Paz z Tel-Avivu czy Paweł Nadolski z Białorusi zastanawiali się jak w swoich językach powinni opisać „bandurki” – według prowadzących warsztaty – bułeczki drożdżowe znane na Żmudzi. To przywiązanie do detalu nieodzowne w przekładzie przypomniało mi autora „Drugiej przestrzeni”, z którym miałam zaszczyt znać się przez 13 ostatnich lat jego życia i jego imperatyw zwracania uwagi na detal.

Niestety, trzeba przyznać, że nieudanych detali było też podczas Festiwalu kilka. Zasadne wydaje się pytanie według jakiego klucza byli dobierani jego uczestnicy? Czy na zaproszenie niektórych trzeba było wydać tak duże kwoty, podczas gdy inni znający twórczość noblisty i jego samego, a mieszkający bliżej zostali pominięci. Wyprodukowano ciasteczka w opakowaniu z autografem patrona spotkania, ale podczas wieczorów poetyckich brakowało przypomnienia choćby pojedynczych wierszy Miłosza. Widać też było, że kilku występujących chce za wszelką scenę wyeksponować swoje postacie i przy okazji „miłoszowego” spotkania załatwić własne interesy.  Pomijając to, jedno jest pewne - miniony tydzień w Krakowie przypomniał, że istnieje Czesław Miłosz i jego dzieło, w którym nie tylko teoretycznie – każdy może znaleźć coś dla siebie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama