My tę wieś odpychamy

To film o społeczności pozostawionej samej sobie, która w akcie samoobrony zmuszona została wziąć sprawiedliwość w swoje ręce – mówi Krzysztof Łukaszewicz, reżyser „Linczu”.

Reklama

Edward Kabiesz: „Lincz” jest filmem fabularnym, który przedstawia wydarzenia, jakie rozegrały się we Włodowie w 2005 roku. Na ile odszedł Pan od faktów?    

Krzysztof Łukaszewicz: – Większość scen filmu jest rekonstrukcją tych wydarzeń. 90 proc. scenariusza oparte jest na faktach. Zarówno na tym, co się działo w dniu linczu, jak i na tym, co stało się przed nim. Wszystkie wydarzenia związane z postacią recydywisty są autentyczne. Konfabulacji w tym filmie jest niewiele.

Zrezygnował Pan z przedstawienia wydarzeń w porządku chronologicznym. Dlaczego?

– Straciłaby na tym dramaturgia. Scena linczu wypadłaby wtedy w połowie filmu. Chciałem pokazać na samym początku strony dramatu w punkcie wyjścia. Starszego mężczyznę, który przychodzi do urzędu załatwić jakąś sprawę, następnie braci, którzy byli pierwszym czynnikiem prowadzącym do linczu.  I miejscowych, pracujących przy wyrębie lasu. Chwilę później okazuje się, że starszy mężczyzna nie żyje, a miejscowi zostają dość brutalnie aresztowani i oskarżeni o mord. Dopiero potem odkrywamy bandycki proceder starszego mężczyzny w okolicznych wsiach i pogrążanie się miejscowych w otchłani machiny śledczo-więziennej, aby zderzyć ich w kulminacyjnym momencie rekonstrukcji ostatnich godzin przed linczem i ukazać, jak w tym krótkim czasie ludzie niemający do  tej pory żadnego konfliktu z prawem zostają zamieszani w mord.

Jednym z problemów zaakcentowanych w filmie jest słabość państwa, które nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom.

– Mój film ma przede wszystkim bardzo istotny kontekst społeczny. I to jest sensem jego realizacji. Ten kontekst dotyczy nie tylko słabości państwa, ale grzechu zaniechania i zaniedbania, jaki popełniamy my, czyli społeczność miejska, w stosunku do społeczności z prowincji. Tam przypada mniej policjantów w stosunku do liczby mieszkańców czy wielkości obszaru, jaki ma pod ochroną, mniej opieki społecznej. Prowincji jest zawsze „dalej”, ma ona utrudniony dostęp do organów i instytucji państwa. Kiedy zwracają się o pomoc, zostawiamy ich samych sobie, bagatelizujemy ich problemy. My tę wieś odpychamy i sprawiamy, że nam nie ufa.

Historia przedstawiona w filmie przypomina trochę Dziki Zachód. Z tym że w klasycznych westernach najczęściej jeden bohater pozytywny rozprawiał się z całą bandą przeciwników.

– Rzeczywiście, można w tej sytuacji można znaleźć stereotypy westernowe. Mamy do czynienia ze słabością władzy. Bezkarnym bandytą i miejscowymi sprawiedliwymi, którzy sprawiedliwość biorą w swoje ręce.

Bohaterowie filmu nie mają swojej biografii. Wiemy o  nich bardzo mało.

– Film traktuje o bohaterze zbiorowym. Wybór bohatera zbiorowego sprawił, że na pogłębienie sylwetek poszczególnych postaci nie ma miejsca. Postawiłem na w miarę wierną rekonstrukcję, by uczciwie ukazać temat, a przede wszystkim zrobić film „w sprawie” społeczności Włodowa, pozostawionej samej sobie, która w akcie samoobrony zmuszona została wziąć sprawiedliwość w swoje ręce, a następnie zapłaciła za to wysoką cenę.


 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama