Turner na fali

Przez półtora miesiąca wystawę „Turner. Malarz żywiołów” obejrzało aż 30 tysięcy osób. W kolejce „do obrazów” stała sama Wisława Szymborska.

Reklama

W Muzeum Narodowym w Krakowie przedłużono godziny zwiedzania ekspozycji, bo nawet do południa w dni powszednie przychodzi mnóstwo zainteresowanych. Niektórzy przyjeżdżają do Krakowa z Warszawy czy Gdańska, nie po to, żeby zobaczyć Wawel, ale… obrazy Josepha Mallorda Williama Turnera.

Podobno artysta na starość lubił przebywać w ciemności, żeby nie rozpraszać oczu innymi widokami niż malowanymi przez siebie. My oglądamy je w subtelnym muzealnym świetle, jakby zaglądając artyście pod powieki. Co sprawia, że po niespełna dwóch wiekach od ich powstania tak masowo garniemy się, żeby je podziwiać? Z pewnością nie wystarczy podanie faktu, że to pierwsza w Polsce prezentacja jego dzieł. Sekret musi tkwić gdzie indziej.

Testament z obrazów

Turner nie lubił rozstawać się ze swoimi pracami. Kiedy sama królowa Wiktoria poprosiła go o sprzedaż dwóch płócien przedstawiających sceny upadku Kartaginy – odmówił. Aż 20 tys. spośród 30 tys. prac zapisał w testamencie narodowi brytyjskiemu. Do końca trzymał to w sekrecie. Ludzie myśleli, że on – samotnik i ekscentryk – wysadzi się w powietrze ze swoimi dziełami. Na szczęście nie miał takiego zamiaru. Dziś najwięcej jego dzieł znajduje się w Tate Gallery w jego rodzinnym Londynie. To właśnie stamtąd oraz z kilku kolekcji angielskich i amerykańskich wypożyczyły obrazy kuratorki wystawy – Inés Richter-Musso i Ortrud Westheider. Te dwie Niemki od lat zajmują się popularyzacją malarza w Europie. Wymyśloną przez nie ekspozycję krakowską wcześniej można było oglądać w Bucerius Kunst Forum w Hamburgu.

– Cieszą się zaufaniem Tate Gallery i swobodnie mogą przeglądać szuflady z akwarelami – opowiada Magdalena Czubińska, polska kurator wystawy. Uważa, że pokazanie najwybitniejszego malarza angielskiego romantyzmu poprzez cztery żywioły – ziemi, wody, powietrza i ognia – pojawiające się na wybranych 84 obrazach, w tym 11 olejnych – jest bardzo pomocne w zrozumieniu Turnera.

Miękki nadgarstek

Turner, choć sam nigdy nie malował w plenerze, utrwalał zmieniającą się pod wpływem światła i zjawisk atmosferycznych przyrodę. – Podróżował do 42. roku życia – opowiada Czubińska. – Był w stanie przejść 40 km dziennie i w trakcie tej wędrówki notował szkice ołówkiem. Dopiero kiedy wracał do gospody, gdzie kwaterował, siadał i malował. Najpierw schodził Walię i Szkocję, potem dwa razy przeszedł wzdłuż Renu, dużo czasu spędził w dolinie Aosty, w Alpach patrzył na Mont Blanc. Kiedy był młodszy, ale niezamożny, w podróże zabierał najdroższe stroje. Notował, że pakuje: pół tuzina jedwabnych skarpetek, kamizelek itp. Kiedy było go stać na najdroższe fraki, to odkupywał swoje obrazy za cenę wielekroć wyższą, niż zostały sprzedane – miał wszystko w nosie. Zamknął się w eremickim klasztorze pracowni swego londyńskiego domu. Nie remontował go, mieszkał byle jak, nosił wiejskie buty, wybierając to, co najważniejsze – malowanie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama