Lęk, lęk, lęk…

„Psychoza” w reżyserii Alfreda Hitchcocka uchodzi za thriller wszech czasów i niewątpliwie na takie miano zasługuje. Nie można jednak zapomnieć, że to także znakomity film psychologiczny, na co wskazuje już sam tytuł.

Reklama

Pierwsza część powstałego w 1960 roku filmu ma za zadanie… wprowadzić widzów w błąd. Przekonani jesteśmy, że główna bohaterka psychozy to Marion (w tej roli Janet Leigh), która ucieka ze skradzionymi 40 tysiącami dolarów.

Kiedy jednak przybędzie do podejrzanego motelu, zostanie w nim zasztyletowana (słynna scena pod prysznicem, podczas której słyszymy smyczkową kompozycję Bernarda Hermanna. Kto wie, czy nie jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych w dziejach kina i najniezwyklejszy zwrot akcji w historii Hollywood. Uśmiercić główną bohaterkę w połowie filmu? Czegoś takiego jeszcze nie było! Na to mógł pozwolić sobie wyłącznie Hitchcock).

Kto zabił?
Kiedy już pogodzimy się ze śmiercią Marion, zaczynamy zadawać sobie oczywiste w takim przypadku pytanie: kto jest mordercą? Wszystko wskazuje, że szalona matka właściciela motelu. Jednak z czasem, gdy na ekranie pojawi się m.in. prywatny detektyw oraz siostra zamordowanej, zaczynamy mieć wątpliwości. Całkiem słusznie. Wszak w finale okazuje się, że mordował podający się za właściciela motelu Norman, brawurowo zagrany przez Anthony’ego Perkinsa.

Norman, przebierający się za własną matkę, którą przed laty także zabił, cierpi na tytułową psychozę - chorobę psychiczną z którą wiążą się niezliczone zaburzenia i lęki. Ale przecież nie tylko grany przez Perkinsa bohater jest przez nie nękany.

Właściwie każdy z bohaterów ma tutaj coś do ukrycia i panicznie boi się, że jakaś jego tajemnica z przeszłości wyjdzie na jaw. Przeszłość zatruwa tu teraźniejszość, a świat zdaje się być pułapką.

Freud i Biblia
Gdy dodać do tego niezliczone przejęzyczenia bohaterów, wyraźne akcentowanie przez reżysera różnic między tym, co męskie i kobiece, czy wreszcie stosunek Normana do matki, od której nie potrafi się uwolnić, okaże się, że mamy do czynienia nie tyle z trzymającym w napięciu filmem sensacyjnym, ile ze swoistą, kinematograficzną antologią motywów z freudowskiej psychoanalizy.

Z przeciętnej powieści Roberta Blocha („Psychoza” jest jej adaptacją, sama książka zaś wzorowana jest na autentycznej historii mordercy Eda Geina z Wisconsin), Hitchcock zdołał stworzyć traktat o ludzkiej naturze, w którym dowodzi, że najstraszniejsze wcale nie są kinowe wampiry, mumie, czy wilkołaki. To zwykli ludzie w realnym świecie potrafią być znacznie bardziej okrutni.

Hitchcock nie byłby jednak sobą, gdyby parokrotnie, żartobliwie, do widzów nie mrugnął. Co jakiś czas „zaznacza” obecność kamery, sygnalizuje, że to tylko film, ale najciekawszym chyba reżyserskim „mrugnięciem” jest tutaj scena, w której Norman próbuje podglądać Marion. Żeby to zrobić musi zdjąć ze ściany obraz, na którym dostrzec można biblijną Zuzannę... podglądaną przez starców.

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

MiKaylea Psycho Trailer

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama