Cud w Mediolanie

Jeden z najsłynniejszych neorealistycznych filmów, który… niemal zupełnie nie pasuje do tej poetyki. Raz po raz się ją tu przekracza, kompromituje, rozbija konwencję.

Reklama

Decyzja Vittoria de Siki by nakręcić właśnie taki, baśniowo-nierelany film była zaskakująca, ale gdy spojrzeć w filmografie neorealistycznych twórców, okazuje się, że właśnie wtedy ów sztandarowy, włoski gatunek filmowy zaczynał przeżywać kryzys. Przecież rok wcześniej podobnie postąpił Roberto Rossellini, kręcąc „Franciszka, kuglarza Bożego”.

Owszem, jest to obraz o biedaczynie (ludzi ubogich neorealistyczni artyści portretowali przede wszystkim), ale przecież św. Franciszek, był też cudotwórcą. Do tego żyjącym w średniowieczu! Coś nie do pomyślenia w (neo)realistycznym filmie, mającym niemalże obowiązek rozgrywać się w trudnej, podrugowojennej współczesności.

Akcja „Cudu w Mediolanie” w powojennej Italii się toczy. Głównymi bohaterami są tutaj także ludzie ubodzy (straszliwi nędzarze). De Sica nie zdecydował się jednak na kino społeczne, czy paradokumentalną formę. Wręcz przeciwnie. Bardzo szybko sięga tu bowiem po baśń, utopię, groteskę.

Oto na jedno z wysypisk przybywa Totò, który przyszedł na świat w cudowny sposób (narodził się z główki kapusty), a teraz, gdy wkracza w dorosłość, okazuje się, że jedyne co potrafi, to tak naprawdę… zachwycać się światem.

- Cóż to za umiejętność? – ktoś mógłby zapytać. Tymczasem okazuje się, że jest ona czymś niezwykłym. Jego wrodzone dobro i niegasnący optymizm sprawdzają, że udaje mu się zmotywować apatycznych dotąd bezdomnych do stworzenia na wysypisku miasteczka (wręcz państewka!) nędzarzy, w którym będą mogli żyć skromnie, ale za to długo i szczęśliwie.

Oczywiście okazuje się, że tylko do czasu. Gdy na miejscu odkryte zostaną złoża ropy naftowej, o tereny te upomni się ich prawowity właściciel, a bezdomni, mimo heroicznych działań i nadprzyrodzonych interwencji (duch, anioły, gołąb spełniający życzenia), zmuszeni będą opuścić swą utopijną krainę.

W „czystym gatunkowo” neorealistycznym filmie widz zapewne zapłakałby nad ich losem. W „Cudzie w Mediolanie” jest jednak inaczej. De Sica nieustannie uświadamia nam, że biedni i bogaci właściwie niewiele się od siebie różnią. Ci bardziej zamożni mieli po prostu trochę więcej szczęścia w życiu, ale ludzka natura jest niezmienna. Podłość, zachłanność, nienawiść… - każdy jest do nich zdolny. Każdy zmaga się z wewnętrznym złem, które niestety zbyt często bierze górę. Przez które na świecie zawsze będzie bieda.

Czy jest no to jakaś rada? Pociecha? De Sica zdaje się dawać ją w finałowej sekwencji filmu, w której bohaterowie łapią za miotły i… odlatują na nich do lepszego świata. Co może symbolizować ów nierealny, baśniowy gest?

Być może chodzi w nim o potrzebę fikcji. Zakodowaną w ludzkiej psychice konieczność marzenia, fantazjowania, a więc i kontaktu ze sztuką (np. literaturą, teatrem, kinem), czy – last but not least -  religią.

***

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama