Siedmiu wspaniałych

Czyli kiedy kino było wielkie.

Reklama

Jest coś takiego w tym filmie, że kiedy się go ogląda (który to już raz w życiu?), czuje się że oto obcujemy z czymś większym. Niby to western – gatunek klasyczny, na wskroś amerykański. Ale przecież opowieść ta jest przeróbką innego dzieła, „Siedmiu samurajów” Kurosawy. To pierwszy sygnał, że oto na ekranie dzieje się coś niezwykłego. Uniwersalnego. Mitycznego niemalże.

Dwie (tak odmienne!) kultury zdołały opowiedzieć, przyswoić tę samą historię. A przecież w historii świata podobnych opowieści było więcej. Dzielni Spartanie, bohaterowie z Westerplatte, a nawet biblijni Goliat i Dawid – to przecież ten sam schemat. Beznadziejnej ponoć walki ze złem, które na koniec, jakimś cudem, jednak kapituluje.

„Siedmiu wspaniałych” Johna Strugesa to właśnie taki film „ku pokrzepieniu”, bo przecież każdy z nas zmaga się w życiu z jakimś złem, niesprawiedliwością, sytuacjami beznadziejnymi. Twórcy tego obrazu z 1960 roku dali więc widzom pociechę, nadzieję, a jednocześnie nakręcili dzieło, w którym udało im się przekazać wielką, psychologiczną prawdę o człowieku, o ludzkiej naturze, słabościach.

Tytułowa siódemka to wielcy bohaterowie z… równie wielkimi problemami, zwątpieniami. Jeden nie radzi sobie ze strachem, inny z samotnością, zaś najmłodszy w drużynie jest po prostu zbyt narwany. Brak dojrzałości to także brak dystansu, choć z drugiej strony: gdyby nie jego idealizm, nie wiadomo, czy dzielnym rewolwerowcom udałoby się obronić meksykańską wioskę przed bandą bezwzględnego Calvery.

Ten ostatni, choć jest człowiekiem z krwi i kości, przywodzi na myśl baśniowego smoka. Zjawia się raz w roku. Porywa kobiety, zagarnia plony i kosztowności... – kolejny odwieczny/mityczny/uniwersalny motyw w tym filmie.

Skoro o motywach mowa, to jest tu przecież też Motyw muzyczny. Tak, tak… Przez wielkie „em”, bo melodia, którą skomponował do tego filmu Elmer Bernstein, to jedna z najsłynniejszych kompozycji w dziejach kina. Prawdziwe arcydzieło. Zresztą co w „Siedmiu wspaniałych” nie jest arcydziełem?

Zdjęcia, kostiumy, scenografia, obsada… Na cokolwiek zwrócimy uwagę, momentalnie zachwyca, inspiruje.

„Centralne miejsce w filmie Strugesa zajmują sekwencje walki, perfekcyjnie zrealizowane, o wyszukanej ‘choreografii’. Stały się one wzorem dla wielu reżyserów, m. in. Sama Peckinpaha” – pisali Jacek Ostaszewski i Łukasz A. Plesnar w leksykonie „100 westernów” (wyd. Rabid, 2000 rok).

Od tego filmu zaczęła się też w kinematografii moda na tzw. westerny meksykańskie, a Yul Brynner, Steve McQueen, Charles Bronson, czy James Coburn stali się czymś więcej niż tylko popularnymi aktorami, czy nawet gwiazdami. Zostali bohaterami masowej wyobraźni, jak wcześniej Humhrey Bogart, czy John Wayne, a później np. Harrison Ford, który dla kinofilów na zawsze pozostanie już Indianą Jonesem. Pół-aktorem i pół-bohaterem – współczesną wersją antycznego herosa, który był pół-człowiekiem i pół-bogiem.

***

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama