Zadziorność poety

O piramidzie skreśleń i słowach, które wyjaśniają świat, opowiada żona Marka Grechuty.

Reklama

Szymon Babuchowski: Właśnie ukazała się książka „Pani mi mówi niemożliwe…” – najpełniejsze, jak dotąd, wydanie wierszy i piosenek Marka Grechuty. Czekaliśmy na nie dość długo. Dlaczego?

Danuta Grechuta: To chyba wina rynku. Wydawnictwo wpadło na ten pomysł po sukcesie tomiku Agnieszki Osieckiej. Okazało się, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu publikacje. Redaktor stwierdził wówczas z ogromnym zdziwieniem, że nie ma podobnej książki z tekstami Marka. Wprawdzie za jego życia stworzyliśmy taki wybór, ale to była raczej miniatura. Ta nowa rzecz jest znacznie większa. Praca nad nią trochę trwała, bo wiązała się z poszukiwaniami, przeglądaniem zapisków.

Pani mąż do końca poprawiał swoje teksty. Czy to wynikało z perfekcjonizmu?

W większości są to teksty piosenek i – jak to w piosenkach bywa – autor na koncertach lubi często zmienić nawet jedno słowo, żeby zbudować nastrój albo udoskonalić metaforę. Marek miał taki właśnie zwyczaj – pracy do końca. Na koncertach, gdy był w dobrym nastroju, śpiewał: „Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele”. A jak miał zły nastrój, to straszył: „Czasu jest niewiele”. Poszukiwania właściwego słowa często powodują zmianę całego sensu i tekst zaczyna się pisać od nowa. Czasem poprawianie tekstu szło tak daleko, że gdybym go nie powstrzymała, to napsułby strasznie.

Czy to znaczy, że miała Pani wpływ na powstawanie tych tekstów?

Tak, Marek w czasie tworzenia nie lubił się izolować. Wokół niego musiało pulsować normalnie życie. Wtedy dobrze mu się działało. Wciągał w to wszystkich. Bo poeci lubią znać prawdę: czy to dobrze brzmi, czy jest zrozumiałe. Inaczej czują się bardzo osamotnieni. Z muzyką było podobnie: stałam przy nim i śpiewałam drugim głosem.

Mąż od razu wszystko zapisywał?

Zaczynało się od pomysłu, jakiegoś lejtmotywu, który nagle świtał w głowie. Później Marek siadał w kąciku i świat przestawał istnieć. Trudno było się do niego przebić z czymkolwiek. Kiedy przegląda się te pierwsze zapiski szkieletu wiersza, widać często, że jest to coś zupełnie innego niż wersja ostateczna. Czasem nad jakimś wersem rośnie piramida skreśleń. Dopiero po takim przetrawieniu sprawy Marek siadał do fortepianu i zaczynał komponować. Tekst podpowiadał muzykę.

Zawsze najpierw był tekst?

Zawsze. Dlatego te piosenki są takie harmonijne.

Pani mąż śpiewał też często wiersze innych poetów.

Tuwimem zainteresował się jeszcze w młodości. Bardzo cenił Leśmiana i Tadeusza Nowaka, których wiersze złożyły się na całe płyty. Poezja Nowaka tak go zainspirowała, że zaczął pisać piosenki o wsi, której właściwie nie znał. Do płyty „W malinowym chruśniaku” z wierszami Leśmiana namówiła go Krystyna Janda. Świetna płyta, Marek bardzo ją cenił, choć nie wszyscy krytycy podzielali tę opinię. Jeden z redaktorów „Encyklopedii rocka” napisał nawet, że to jedna z najgorszych płyt Grechuty. Swoją drogą, nie wiadomo dlaczego Marek znajduje się w takich encyklopediach. Ludzie, którzy zajmują się inną materią, nie powinni się wypowiadać na takie tematy. Byłam świadkiem, jak Marek tłumaczył temu redaktorowi: pan miesza ludziom w głowach.

Czyli sam za rockmana się nie uważał?

Nie.

A jak siebie samego definiował?

Jeżeli wykonywał wiersze poetów, to czuł się przekaźnikiem. Skrywał się za wiersze, nie eksponował siebie. U niego nie było ruchu, tańca, zwracania na siebie uwagi. On słowem budował atmo- sferę. I wciągał w nią ludzi, tak że siedzieli w napięciu. Na Marka koncertach ludzie bardzo zanurzali się w tekst, czuli, co to jest słowo. Dla niego tekst był najważniejszy, budował piosenkę. Ja też tak uważam: jeżeli nie ma dobrego tekstu, to nie ma od czego zacząć.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama