Planeta nieszczęśników

W filmie „Człowiek” jednostka ludzka pozostaje bezradna wobec zła. Szuka ratunku w samej sobie i innych ludziach,
 a nie w Bogu. Ten najdroższy w historii film dokumentalny właśnie wszedł na ekrany polskich kin.

Reklama

Wyczyn, którego dokonał francuski reżyser i fotograf Yann Arthus-Bertrand, może robić wrażenie. W ciągu 3 lat odwiedził on 60 krajów i rozmawiał z 2 tys. osób różnych ras, kultur i religii. Pomagała mu sześcioosobowa ekipa filmowa i zatrudnieni do przeprowadzania wywiadów dziennikarze, którzy zadali każdemu rozmówcy 40 pytań. Ich celem było odkrycie tego, co czyni nas ludźmi. Bohaterowie pod okiem kamery zastanawiają się, czym jest miłość, szczęście, bogactwo, ubóstwo i śmierć. Zmieniające się co kilkadziesiąt sekund twarze wyrażają całą paletę emocji: radość, smutek, gniew, rozczarowanie, zmieszanie i strach. Wypowiedzi są przeplatane świetnymi zdjęciami krajobrazów, które ukazują piękno naszej planety. Mogłyby stanowić idealne dopełnienie tego najdroższego w historii filmu dokumentalnego, gdyby nie jeden poważny problem: brak pogłębionej refleksji nad człowieczeństwem, którego uniwersalizacja i oderwanie od religii doprowadziły do spłaszczenia przesłania tego całkiem nieźle zapowiadającego się dokumentu.

Przerost
 formy

Mocniejszego początku Arthus-Bertrand nie mógł sobie wyobrazić. Czarnoskóry mężczyzna w sile wieku odsiaduje wyrok za zabójstwo kobiety i jej dziecka. Szukając przyczyn tego zachowania, opowiada o swoim dzieciństwie. Okazuje się, że ojczym bił go czym popadło, twierdząc, że to dowód na to, jak wielką miłością darzy chłopca. Mężczyzna wszedł w dorosłe życie z przeświadczeniem, że właśnie na tym polega okazywanie uczuć. Myślał tak do momentu, w którym uzyskał przebaczenie od matki i babci osób, które zamordował. Ogromne wrażenie robią łzy tryskające z jego oczu, kiedy zdaje sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu doświadczył prawdziwej miłości.

Po pierwszych minutach filmu można przypuszczać, że jego tematem będą sprawy stanowiące esencję człowieczeństwa. Niestety, w kolejnych sekwencjach przedstawiono serię banalnych wypowiedzi, które burzą wytworzony za pomocą obrazu i świetnej muzyki nastrój refleksji nad sensem życia. Uśmiechnięta kobieta przyznaje, że szczęście to dla niej ulubione jedzenie i ukochany w łóżku, a wesoły mężczyzna opowiada o motorze, który trzyma w sypialni – to daje mu największą radość. Po kilku głosach, będących wyrazem apoteozy życia, wybity i rozluźniony odbiorca znowu ogląda mocne świadectwa, m.in. mężczyzny, który stracił nogi, ale dalej walczy o życie. Huśtawka emocjonalna trwa.

Trudno mieć pretensje o to, że reżyser skrupulatnie dokumentował rzeczywistość, jednak czy wszyscy bohaterowie musieli znaleźć się w filmie? Wykorzystano w nim wiele niepotrzebnych wypowiedzi: „Człowiek” trwa 2,5 godziny, a w wersji rozszerzonej aż 4,5. Narrację poprowadzono w bardzo chaotyczny sposób – po pierwszej godzinie odczuwa się ogromne znużenie. Najciekawsze wypowiedzi spokojnie można było zmieścić w dwudziestominutowym dokumencie.

Na wymarciu

Podczas seansu polskiemu widzowi niemal natychmiast nasuwa się skojarzenie z „Gadającymi głowami”. Film Krzysztofa Kieślowskiego także opierał się na pomyśle rozmów ze zwykłymi ludźmi – trwa zaledwie 14 minut, ale można znaleźć w nim znacznie więcej treści niż w „Człowieku”. Kieślowski przeprowadził wywiady z osobami zajmującymi różne miejsca w hierarchii społecznej. W intymnych rozmowach udało mu się wydobyć prawdę o nich samych: mówią o Bogu, wolności, życiu w zgodzie z własnym sumieniem, dużo wartościowych uwag wnoszą intelektualiści. Mimo różnorodności kulturowej w filmie „Człowiek” społeczeństwo jest homogeniczne – brakuje głosu kogoś, kto wszedłby na wyższy poziom refleksji. Przedstawiony człowiek jest zbitką emocji i własnych przeżyć, jest zadowolony tylko wtedy, kiedy sam może o sobie decydować. Poza kilkoma przypadkami nie ma w nim woli czynienia świata lepszym.

W wypowiedzi dla mediów reżyser stwierdził: „Nadal nie potrafimy żyć razem i zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje”. W filmie nie próbuje jednak znaleźć odpowiedzi w różnicach związanych z systemami wartości, którymi się kierujemy. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że nad ludzkością po prostu unosi się jakieś fatum, na które nie ma ona żadnego wpływu. Brodaty muzułmanin stwierdza, że pragnie pokoju, ale musi walczyć w imię religii. Przedstawiono go jako ofiarę, chociaż wprost mówi o konieczności zabijania innych. Z kolei młoda muzułmanka z uśmiechem przyznaje, że podoba jej się twardość relacji damsko-męskich panujących w jej religii, jest szczęśliwa. Czy eksponowanie takich wypowiedzi nie świadczy przypadkiem o pewnej uległości reżysera wobec wyznawców Allaha?

W filmie nie znajdziemy żadnej wypowiedzi, która wprost traktowałaby o chrześcijaństwie. Pojawia się ono tylko w ukrytej formie, kiedy starsze małżeństwa mówią o wzajemnej pomocy, a młody mężczyzna wyznaje, że Bóg dał mu chore dziecko po to, żeby stał się lepszym człowiekiem. Takich głosów jest jednak bardzo mało jak na społeczność, która na Ziemi liczy ponad 2 miliardy. W obrazie nie zachowano właściwych proporcji – w efekcie z filmu wyłania się obraz egzotycznego świata, w którym wyznawcy Chrystusa są wymierającym gatunkiem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama