Mistrz

– Uznanie, że istnieje tylko to, co badamy rozumem i zmysłami, można nazwać staczaniem się – uważa Tomasz Burek, wybitny krytyk i historyk literatury. Niedawno środowisko związane z pismem „Topos”  uhonorowało go  nagrodą „Mistrz”.

Reklama

Jest przykładem człowieka, który płacąc za swoje wybory, daje świadectwo. Pokazuje, że można, jak pisał Zbigniew Herbert w „Panu Cogito”, „być wiernym i iść”. Oświetla drogę innym, wskazując dzieła, za którymi stoi autorytet tradycji, jaśniejące nieziemskim blaskiem, bo traktujące o czymś więcej niż przyziemność. Wśród nich na pierwszym miejscu wymienia Biblię. Nie zapomniał też, w przeciwieństwie do licznych interpretatorów, że „Ziemia jałowa” Eliota to utwór pasyjny. „Ten sam kwiecień; ten sam kryzys człowieka i świata, ( ) ten sam zamęt ducha tracącego oparcie w prawdach wiecznych” – zanotował w „Dzienniku kwarantanny”, diagnozując sytuację dzisiejszego świata.

Ginące wróble

Pisze świetne teksty krytyczne, eseje będące arcydziełami gatunku, a drukują go jedynie w prasie usytuowanej po „prawej stronie”. Na szczęście przez ostatnie 20 lat można było go słuchać w radiowej Dwójce, gdzie z Matywieckim i Smolką prowadził „Tygodnik Literacki”. W pierwszym dziesięcioleciu III RP współpracował z wieloma czasopismami, Radiem Wolna Europa, Radiem Bis, Programem Pierwszym TVP. Potem zaczął być oszczędniejszy w wypowiedziach. W 2001 r. w szkicu otwierającym książkę „Dzieło niczyje” usprawiedliwia się, dlaczego powściągliwiej uprawia pisarstwo: „Oglądając się, dostrzegam, w jakim filozoficznym punkcie wchodziłem w życie duchowe. To bardzo znamienna chwila, ( ) zastaliśmy trupa metafizyki, znajdującego się w stanie totalnego rozkładu, postępującego od ponad 100 lat”. Nazywa rzecz po imieniu – literatura stała się, jak w tytule książki – dziełem niczyim. Odcięła się od sacrum, Boga osobowego, który nadaje sens nie tylko pisaniu.

Burek w swoich tekstach nie ogranicza się do analizy i oceny dzieł, ale stawia podstawowe pytania – o sens istnienia, możliwość zbawienia, przeznaczenie. Wcześniej, w 1998 r., publicznie przyznał się do szacunku wobec polskiej endecji i krytycznie ocenił poczynania Adama Michnika. W odpowiedzi Piotr Bratkowski na łamach „Gazety Wyborczej” napisał, że Burek przestał być dla niego autorytetem intelektualnym. Autor „Żadnych marzeń” przyjął odrzucenie przez środowisko, które dotąd go chwaliło, i konsekwentnie pozostał przy swoim. Także ze względu na to Małgorzata Juda-Mieloch nazwała go „mężem zuchwałym”. Bo trzeba zuchwałości, żeby trzymać się metafizyki, kiedy inni dryfują na obszary nicości. „Żyjemy we wnętrzu epoki, która cierpi na ogólne rozluźnienie i zachwianie kryteriów. ( ) Zanik zdolności do trwałej uwagi i skupienia, zanik logiki wyboru, (...) odróżnienia prawdy od fałszu – takie są konsekwencje zniweczenia porządku ugruntowanego na pewnikach metafizyki” – napisał w 1996 roku.

Umie wartościować, wybierać, przeciwstawiać się, ale często pewnie musi widzieć, jak bardzo pozostaje w tym samotny. Kiedyś powiedział mi, że gdy był chłopcem, miał poczucie, że dożyje końca świata. Mijały lata, a ten świat umierał po trochu, fragmentami. Na przykład przez wcale nie drobny fakt, że giną wróble i jest ich coraz mniej.

Mundur Putramenta

Urodził się 7 marca 1938 r. w Warszawie. W listopadzie 1939 r. rodzice zdecydowali, że przenoszą się do Sandomierza. Z okupacji w stolicy pamięta obrazek z Powiśla, gdzie mieszkali. Kiedy na początku wojny ludzie rzucili się, by dzielić zabitego konia, on zjadł ze smakiem kawałek jego mięsa. Nie wie, czy to zostało mu w pamięci, czy wzięło się z opowieści bliskich, bo miał wtedy półtora roku. – Rodzice twierdzili, że byłem niejadkiem – dodaje. Do dziś ma delikatne zdrowie. Jako dwudziestokilkulatek prawdopodobnie przeszedł zapalenie mięśnia sercowego. Nie poszedł jednak do szpitala. Czuł osłabienie, ale pojechał na Kaszuby z żoną Krystyną, dziennikarką, która miała zamówienie na cykl reportaży stamtąd, i tam doszedł do zdrowia. Po latach lekarze wykryli u niego wadę serca. Rzeczywiście serce ma wrażliwsze niż inni. Wyczulone nie tylko na strofy literatury, ale także na piszących je.

Jego ojciec Wincenty też był pisarzem, patriotą, który podczas wojny działał w Batalionach Chłopskich. – Rodzina dawała mi poczucie, że jestem bezpieczny, nawet w okropnym świecie okupacji – opowiada.

Miał 6 lat, kiedy w 1944 r. do jego ojca przyjechał Jerzy Putrament, chcąc go ściągnąć do Lublina, gdzie organizowała się nowa władza. Ojciec stanowczo odmówił, z pełną świadomością, że spotkają go później szykany. W 1946 r. został aresztowany przez UB. Tego dnia mały Tomek zapytał Putramenta, czy może założyć jego płaszcz majora I Armii Berlinga. Wszedł na krzesełko, a Putrament okrył go płaszczem. – Wtedy nie wiedziałem, czym różni się mundur polski od polsko-sowieckiego – opowiada. Życie nauczyło go, że to nie taka błaha różnica.

Pałac Kultury

W 1955 r. pojechał do Warszawy na studia. Chciał studiować filozofię, jednak skończył dziennikarstwo. – Jako świeżo upieczony student pojechałem na Zjazd Młodej Literatury w Lublinie. Były tam przemówienia oficjeli w stylu, że poezja powinna traktować o pięknej przyrodzie. Zabrałem głos, wspominając o potrzebie literatury realistycznej, nazywaniu rzeczy po imieniu – wspominał. W tamtych czasach to był akt ogromnej odwagi.

W 1976 r. podpisał protest przeciw planowanym zmianom w Konstytucji PRL, tzw. Memoriał 101. Od tej pory mocno angażował się w działania opozycji. Wykładał na Uniwersytecie Latającym i w Towarzystwie Kursów Naukowych. W 1980 r. głodował w kościele w Podkowie Leśnej, w obronie opozycyjnych wydawców. – Po tym tygodniu poczułem, jak smakuje herbata i chleb – opowiadał mi.

Po reaktywowaniu III RP powiedział, że powinno się zburzyć Pałac Kultury, bo to pieczęć Moskwy na tym mieście. Twierdzi, że tylko znikoma część współczesnych pisarzy rozebrała symboliczny Pałac Kultury w literaturze: – Po odzyskaniu niepodległości pisarzom się spodobało, że mogą wreszcie tworzyć literaturę bez zadań. Drążenie tematu komunizmu było za trudne.

A on lubi literaturę z zadaniem, przesłaniem, sensem. Taką, jaką tworzyli budzący patriotyzm Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, ale też zapominany dziś Stefan Żeromski.

Co roku Sopot

Kiedyś był obrońcą twórczości Iwaszkiewicza, którego uważał za poszukiwacza mądrości. Był nim do momentu, kiedy zrozumiał, że i mądrość jest daremna. Zdecydowanie ważniejsza od niej jest duchowość. Realna obecność Jezusa, o której mówi bohater „Wielkanocy w Nowym Jorku” Cendrarsa, jego ulubionego, francuskiego pisarza: „Znam wszystkich Chrystusów, co po muzeach wiszą,/ Ale w ten wieczór, Panie, idziesz przy mnie ulicą”.

W 1970 r. rozpoczął pracę naukową w Instytucie Badań Literackich PAN. Za niepokorność zwolnili go w 1985, ale ponownie przyjęli w 1989 roku. Przez lata z żoną Krystyną, jego wielką miłością, nie żyli dostatnio. Najpierw mieszkali w Podkowie Leśnej, a po śmierci żony już sam Burek zamieszkał w Brwinowie. Rzadko opuszcza dom, ale każdego roku w październiku stara się jechać do Sopotu. Zaproszono go do jury nagrody „Orfeusz”, bo organizatorzy konkursu wiedzą, że lubi poezję. – Prawdziwa poezja to dowód na istnienie duszy – twierdzi.

Wraca do dzieł, dzięki którym chce mu się żyć, takich jak „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. – Podziwiałem, jak u niego zmartwychwstaje świat, który przepadł – mówi. – To literatura wywołująca rodzaj ekstazy. A ekstaza broni przed nudą i codziennością.

O jego pisarstwie też tak można powiedzieć, dlatego dobrze, że dla wielu jest mistrzem. To znak, że literatura jeszcze się nie kończy. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama