Moje nie moje piosenki

O wędrówce, w której nie jesteśmy sami, swoich mistrzach i nowej płycie opowiada Antonina Krzysztoń.

Reklama

Szymon Babuchowski: Pani najnowsza płyta „Skarb” zawiera głównie piosenki śpiewane wcześniej przez innych artystów: Niemena, Okudżawę, Demarczyk, Kryla, Kelusa. Co łączy te wszystkie nazwiska?

Antonina Krzysztoń: To ludzie, którzy kształtowali moją wrażliwość i poczucie piękna. Na pewno mieli wpływ na to, co robię w tej chwili. Byli moimi nauczycielami, choć oczywiście nieświadomymi tego faktu. Wspólny mianownik jest też taki, że ci wszyscy ludzie byli autentyczni. To, co śpiewali, wynikało z głębi ich serca. Dzielili się sobą, emocjami, przemyśleniami – z innymi ludźmi. To są pieśniarze, którzy niosą ze sobą przekaz, prawdę, odpowiadają za śpiewane słowo. Wydaje mi się, że każdy z tych artystów ma właśnie takie podejście.

O ile wybór Okudżawy, Kryla czy Kelusa tych, którzy znają Pani twórczość, raczej nie zdziwi, to obecność w tym gronie Czesława Niemena i Ewy Demarczyk wydaje się dość zaskakująca…

Z mojej dyskografii widać, że czerpię z bardzo różnych źródeł. Jednym z nich jest piosenka ludowa, ta korzenna – z różnych stron świata. Słucham bardzo różnorodnej muzyki i ona ma wpływ na to, co robię. Bardzo bliski był mi Czesław Niemen, od którego zresztą wiele osób różnych rzeczy się uczyło. Ja, kiedy miałam 12–13 lat, śpiewałam wszystkie jego piosenki.

Dlaczego akurat on?

Przemówiła do mnie przede wszystkim jego prawda. Ja mu absolutnie wierzyłam. On śpiewał najszczerzej o czymś, co jest najbardziej istotne w życiu, czyli o miłości. Od początku czułam się z nim organicznie związana, i to poczucie nadal trwa. Jestem mu bardzo wdzięczna za wszystko. Przeprowadzał mnie przez czas dorastania. Napisałam to w książeczce dołączonej do płyty, że to był dla mnie czas samotny i trudny, a jego głos, śpiewanie, piękno tego, co robił – dawały mi nadzieję. Chociaż był kompletnie niezrozumiany przez wiele osób. Przez lata dochodził do sławy, odrzucany także przez artystów z najwyższej półki.

A potem, na koniec – znowu go nie rozumiano.

Tak! Myślę, że miał bardzo trudną drogę, był indywidualistą, samotnikiem. Wymyśliłam kiedyś takie słowo, które poszło zresztą w świat: prawdziwek. To znaczy słowo było wcześniej, ale ja odniosłam je do człowieka. Zawsze kochałam ludzi wyraźnie wiedzących, kim są, nieudających. Fakt, Niemen zwracał uwagę także swoim ubiorem – to też był jakiś element jego twórczości. W swoich kompozycjach był absolutnie prawdziwy.

W przypadku Niemena wybrała Pani utwory z pierwszego okresu jego twórczości, kiedy śpiewał po prostu piosenki, a nie monumentalne formy.

Tak, i wybrałam akurat piosenki, które on sam napisał. Później – myślę, że było to też związane z krytyką – Niemen zaczął szukać tekstów pisanych przez poetów. Ja zdecydowanie wolę jego piosenki. Dla mnie on był w tym najprawdziwszy.

Dla mnie właśnie piosenki Niemena były na Pani nowej płycie szczególnym odkryciem, bo usłyszałem je trochę inaczej. Wydobywa Pani z nich ogromny ładunek czułości. Czy da się śpiewać cudze piosenki jako własne?

Czasami śpiewam nie swoje piosenki, ale tylko wtedy, kiedy odczuwam w sercu, że w pewnym sensie są one właśnie moje. Nie jestem odtwórcą i mogę śpiewać tylko to, co jest kompatybilne ze mną, co się ze mną zgadza, w co wierzę. I to, co uważam za piękne i warte podzielenia się. Wielokrotnie dostawałam teksty od różnych ludzi, nawet bardzo dobre, ale nie mogłam ich śpiewać, bo wiedziałam, że jestem w innym miejscu w życiu, na innym etapie, inaczej to czuję. A te piosenki, które wybrałam, to są takie, które ja po prostu czuję.

Jak powstają Pani płyty? Czy myśli Pani o nich od początku jako o pewnej całości?

Na początku jest zwykle pewna myśl, intuicja. Uważam, że intuicja też jest rodzajem wiedzy. Trudno ją zdefiniować i wiele osób by się na niej nie oparło, ale dla mnie to jeden z ludzkich języków, który coś mówi o mnie, o drugim człowieku. Więc i w tym przypadku istniała myśl, przez którą byłam w jakimś sensie „w ciąży”. Nosiłam to w sobie i to się wykluwało. Ale oprócz tego, że mam swoją koncepcję, zawsze wsłuchuję się w to, co ma być. Mam uchylone drzwi w głowie. Przychodzą myśli, ja się im przyglądam, sprawdzam, czy to jest właśnie to. Ta płyta też stanowi pewną całość, wędrówkę. Chociaż piosenki są różnorodne, łączą się ze sobą.

Mam wrażenie, że ta płyta jest trochę pod prąd współczesnej kulturze, hołdującej indywidualizmowi. A może wszyscy potrzebujemy mistrzów, tylko nie zawsze sobie to uświadamiamy?

Dotknął Pan bardzo istotnej rzeczy, dlatego że ta płyta nie jest tylko o pieśniarzach i nie tylko oni są moim skarbem. Chciałam nią przypomnieć, że żadne z nas nie jest indywidualne. Właśnie to jest przekazem tej całej płyty. Na to, kim jesteśmy, składają się całe pokolenia naszych przodków, a także ludzi, których spotykamy na drodze. Czasem są to ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z twórczością, a otwierali mi oczy na coś istotnego, co miało zasadniczy wpływ na to, co potem stworzyłam. Nie lubię zresztą słowa „stworzyłam”, bo uważam, że my jesteśmy raczej takimi „łapaczami”. Czyli że coś do nas przychodzi, a my to po prostu, w zależności od danego talentu, przetwarzamy. A to, co jest naprawdę dobre, to jest „skądś” – nie jesteśmy właścicielami tego, tylko możemy z tego, co istnieje, coś stworzyć. O tym jest też ta płyta. I o tym, że my również jesteśmy absolutnie niepowtarzalni i być może będziemy komuś w czymś pomagać w dalszym ciągu tej wędrówki, w której wszyscy bierzemy udział.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama