Nie ogranicza mnie wyobraźnia

O znanym na świecie gmachu NOSPR-u w Katowicach Tomasz Konior mówi: „Zbudowałem z zespołem wielki instrument, który brzmi”.

Reklama

Nieraz, słuchając tu muzyki, czuł, że czas przestaje płynąć. Może powtarzał wtedy słowa z „Fausta” Goethego: „Chwilo, trwaj!”. To Krystian Zimerman, zachwycony jego muzycznymi budowlami, uświadomił mu, że sala koncertowa to wielki instrument. Tomasz Konior przypomina powiedzenie wybitnego pianisty, że podczas koncertu gra nie na fortepianie, ale właśnie na sali koncertowej. – Zawsze marzyłem o tym, żeby być muzykiem, ale spełniam się jako architekt budujący dla muzyki – mówi. – W obu dziedzinach skupiamy się na rytmie, kompozycji, matematyce. Nie ma dwóch innych dyscyplin, które można by tak porównywać. A jednocześnie to dwie skrajności. Architektura jest bardzo konkretna, rzeczywista, materialna, trzeba jej doświadczać w sposób fizyczny, po prostu w niej być. Na drugim biegunie znajduje się muzyka, najbardziej abstrakcyjna ze sztuk – dodaje.

W jego życiu od początku muzyka nieustannie przeplata się z architekturą: – W szkole na krawędzi mojego biurka narysowałem sobie klawiaturę pianina, żeby na niej ćwiczyć – wspomina. W technikum w szczytowym okresie grał na perkusji w trzech zespołach naraz. – Muzyka jest częścią mnie, bez niej gasnę. Mam wrażenie, że jest ważniejsza niż architektura. Zastanawiam się, jak ten fakt wpływa na moją praktykę zawodową – zamyśla się. Żartuję, że pewnie kiedy projektuje mieszkanie czy dom, pyta klienta, jakiej słucha muzyki. Zaprzecza, ale przyznaje, że gdy projektował siedzibę Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia czy gmach Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, wyobrażał sobie, jak będą tam brzmiały konkretne utwory. Teraz szefowie tych miejsc starają się, żeby on i jego zespół dostawali zaproszenia na większość koncertów.

Sojusze

Pracownicy i muzycy witają się z nim serdecznie, kiedy wchodzimy do Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej „Symfonia”, czyli Akademii Muzycznej w Katowicach. Za jej projekt Konior otrzymał Nagrodę Roku SARP 2008 oraz nagrodę Międzynarodowej Unii Architektów. – Dzięki temu, że mam taki, a nie inny zawód, spotkałem wielu cudownych ludzi. Dodają mi skrzydeł, a ja zawieram z nimi sojusze, bez nich nic bym nie zbudował – opowiada. – Te monumentalne, wymyślone przez Pana mury to jakby zwielokrotnienie Pana osoby. Jak się Pan w nich czuje? – pytam. – Muszę przyznać, że fantastycznie – śmieje się. Po drugiej stronie ulicy, w starym budynku z czerwonej cegły, ma siedzibę założone przez niego w 1998 r. biuro architektoniczne Konior Studio. Jakby kontestując fakt, że jego nazwa jest znana nie tylko w kraju, na froncie umieszczono ledwie dostrzegalny znak firmowy. – W Katowicach pracuję w zespole 20-osobowym, w Warszawie – z 7 osobami – wyjaśnia. – Niczego nie zrobiłbym sam. Mam to szczęście, że zajmuję się tym, co kocham. Dlatego nie mówię, że chodzę do pracy. Architektura daje mi radość – dodaje.

Od ponad 20 lat mieszka w Katowicach, ale urodził się w Żywcu. – Jestem góralem niskopiennym. Zanim zacząłem przygodę ze studiami w Krakowie na tamtejszym wydziale architektury, mieszkałem w Żywcu. Tam chodziłem do szkoły, zdałem maturę, mam stamtąd mnóstwo cudownych wspomnień – opowiada. Już wtedy duże znaczenie miały dla niego miejsca – sale pałacu Habsburgów, gdzie mieściła się jego szkoła, park, kościół. – Tańczyłem i grałem na trombicie w góralskiej grupie Jodły. Trenowaliśmy w sali lustrzanej pałacu, tam też ćwiczyliśmy z zespołami, w których grałem – wspomina. Prawie od zawsze rysował to, co przykuło jego uwagę. – Kiedy miałem siedem lat, mój najstarszy brat (mam ich dwóch) podarował mi książkę „Zarys historii architektury” Edwarda Charytonowa. Najwidoczniej zaobserwował moją skłonność do rysowania – opowiada. Dzięki tej lekturze zaczął się orientować w dziedzinie architektury. Studiował kolumny, maswerki i sklepienia kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Żywcu i już wtedy wyobrażał sobie, że będzie architektem. – Ten kościół był dla mnie jak objawienie, uwielbiałem te wnętrza, ich atmosferę i półmrok – wspomina. – Przepowiedziałem, że zostanie katedrą. Ale najbardziej działały na mnie tamtejsze organy. Fascynowało mnie ich potężne brzmienie. To prawdziwy król instrumentów, do tego budynek w budynku. Jeśli się dobrze przyjrzeć, widać, że to jakby ogromna budowla umieszczona we wnętrzu kościoła. Te organy stały się praprzyczyną mojej miłości do muzyki, a ten kościół – miłości do architektury.

Rebusy

– Czy można szybko zaprojektować budynek? – pytam. – Nie powinno się – nie namyśla się nad odpowiedzią. – Jeżeli efekty pracy architektów mają być ponadczasowe, trzeba poświęcić im sporo uwagi. Ważne, żeby w ich wyniku powstała wygodna i trwała przestrzeń dla ludzi – dodaje. Przyznaje, że kiedy wszystko ulega przyspieszeniu, on po swojemu przyhamowuje. – Kiedy potrzebuję więcej czasu, żeby coś przemyśleć, jestem szczery wobec tego, dla kogo pracuję, i mu o tym mówię. Dziś architekt nie jest artystą, który może się cieszyć pełną swobodą twórczą, ale zostaje zmuszany do kompromisów – mówi. Łatwiej odpowiedzieć na pytanie, co go nie ogranicza. Na pewno nie ogranicza go wyobraźnia. Natomiast osaczają go realia, które sprowadzają jego pracę do działania pod presją czasu, najróżniejszych regulacji urzędowych, prawnych, pieniędzy. Dlatego praca architektów często zmienia się w trudny do rozwiązania rebus. Jest pod wrażeniem miejsc, które wyszły spod ręki Stwórcy, takich jak Bieszczady czy ulubiona Dolina Chochołowska. Sam tworzy nowe miejsca, starając się, aby miały tożsamość, charakter, nie odcinały się od korzeni. – To podstawa, żeby nasze budynki posiadały cechy związane z przestrzenią, w której powstają – podkreśla. – Nie chciałbym, żeby można było je przestawiać jak klocki Lego. Każdy obiekt jest dedykowany danemu miejscu i czasowi. Powstaje, jak mawiał mój profesor Witold Korski, „z szacunkiem dla przeszłości, ale bez kompleksów” – zaznacza.

Jest krytyczny wobec modernizmu, który obiecywał wspaniałe miejsca do życia, a przyniósł początek rozpadu miast. Odrzucenie dziedzictwa przeszłości stało się manifestem jego twórców, którzy założyli, że to, co przed nimi, już się nie liczy. – Nie potępiam w czambuł wszystkiego, co z tego wynikło, choćby dlatego, że wciąż żyjemy pod wpływem tej epoki – mówi. – Jednak nie da się ukryć, że dotkliwe skutki pozbawiły miasta tożsamości i ludzkiej skali. W myśl nowej, rewolucyjnej doktryny architekci przestali dbać o tzw. tkankę urbanistyczną, czyli strukturę, którą od wieków rządziło się miasto. Tworzyła ją siatka ulic z kwartałami zabudowy, a tam, gdzie nie budowano domów, powstawały place albo parki. To podstawowa zasada, która nie straciła nic na aktualności – twierdzi. Przyznaje, że dziś w miejscach, które nie są sformatowane na skalę człowieka, mamy przestrzeń, która się rozpada. – W mieście równie ważne są przestrzenie między budynkami, które powinny mieć sens – mówi. Porównuje stojące na blokowiskach domy do kości rzuconych przypadkowo przez graczy. – Skutki pracy architekta są trwałe, na lata zmieniają przestrzeń – przypomina. – Jest takie powiedzenie, że błędy lekarzy leżą zakopane pod ziemią. Błędy architektów stoją i krzyczą.

Krąg

– Jaka architektura jest dobra? – pytam. – Zadaję sobie to pytanie, nawet kiedy śpię – uśmiecha się. – Już od czasu studiów, kiedy jadę oglądać jakiś budynek, to mniej przyglądam się jemu samemu, a bardziej obserwuję, jak ludzie z niego korzystają. Czy tylko przez niego przemykają, czy lubią w nim być. Ważne są atmo­sfera, komfort, funkcjonalność. Jak w mieszkaniu – dodaje. I o dziwo wcale nie chodzi tu o metraż: – Moje mieszkanie w Warszawie ma 23 metry kwadratowe i świetnie spełnia swoje funkcje. Wszystko jest w nim na swoim miejscu – mówi. Przypomina, że na komfort wpływają dobre światło, tworzywa, które dają poczucie chłodu bądź ciepła, to, czy są przyjemne w dotyku, jaką mają barwę, a nawet – jak w przypadku drewna – zapach. – Kiedy projektuję budynki, gdzie gra się muzykę, jest ważne, żebyśmy nie tylko ją słyszeli, ale i widzieli, co dzieje się na estradzie. Grający i słuchający powinni tworzyć krąg wokół spektaklu, jakim jest koncert.

Projekt siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach stał się dla niego, jak dotąd, największym i najbardziej złożonym wyzwaniem. – Ileż to razy podczas jego przygotowania przerabialiśmy z moim zespołem zagospodarowanie tych 4 hektarów terenu, obmyślając, co zrobić, żeby tak wielką działkę ożywić – opowiada. Zaprojektowanie wszystkiego od pierwszego szkicu do ostatniego elementu projektu zajęło im 24 miesiące. Budowa – 30 miesięcy. W porównaniu z innymi tego typu obiektami – niewiele. – To taki swoisty przypadek niemożliwy – podkreśla. – W takim tempie, przy mocno ograniczonym budżecie, powstał skrajnie skomplikowany budynek na szkodach górniczych. Miał być funkcjonalny, trwały, wysokiej jakości i przede wszystkim – miał brzmieć – dodaje. Dzisiaj widać, że tak się stało. – Dzięki architekturze dla muzyki mam dziś więcej przyjaciół wśród muzyków niż architektów – przyznaje. Henryk Mikołaj Górecki po koncercie otwarcia Akademii Muzycznej, kiedy siedzieli w atrium, powiedział mu: „Panie Tomku, mam jeszcze jedno marzenie, chciałbym kiedyś usiąść w sali koncertowej w NOSPR-ze”. Niestety, nie doczekał tego, ale jego muzyka nieraz brzmi w tym wnętrzu.

Od Bacha

Wojciech Kilar też jest w NOSPR-ze często grany. Dlatego Koniorowi marzy się, żeby kompozytor był tu jeszcze bardziej obecny przez swój pomnik. Najlepiej, gdyby Kilar „przysiadł” na brzegu fontanny przed głównym wejściem.

W 2009 r., rok po wygranym konkursie na projekt NOSPR-u, Tomasz Konior poznał Krystiana Zimermana: – Miałem przyjemność być na jego koncercie w Akademii Muzycznej. Tak spodobał mu się nowy budynek, że poprosił prof. Knapika o spotkanie ze mną. Nazajutrz, podczas długiej rozmowy przy śniadaniu, dowiedziałem się, że marzeniem Krystiana było zostanie architektem i że tak jak ja urodził się 5 grudnia. Kiedy dowiedział się, że będę budował ­NOSPR, zaoferował mi pomoc. Dzięki niemu odwiedziłem najważniejsze sale koncertowe w USA. Potem pojechałem w tym samym celu do Japonii, gdzie umówił mnie z Yasuhisą Toyotą, guru od akustyki, z którym pracowałem przy budowie NOSPR-u – opowiada. Aktualnie znów korzysta z jego rad przy realizacji projektu nowych szkół muzycznych w Warszawie.

– Bez jakiej muzyki nie mógłby Pan żyć? – dopytuję. – Zbyszek Wodecki, z którym zaplanowane i odkładane spotkanie już się nie odbędzie, wspaniale śpiewał „zacznij od Bacha” i miał rację – mówi. – Też zaczynam od Bacha. A nawet dodam za klasykiem: Bach jest dla mnie początkiem i końcem muzyki. Nawet współczesna muzyka wciąż czerpie z jego geniuszu. Tak jak kiedyś wciąż mogę słuchać bez końca jego toccaty i fugi, ale też Wariacji Goldbergowskich. Oprócz tego słucham każdej muzyki, pod warunkiem że wywołuje u mnie pozytywne emocje. Jazz często brzmi w domu i w samochodzie, lubię go od czasu gry na perkusji – tłumaczy.

Jego miłością są miasta. Z polskich – Żywiec, Kraków, Rzeszów, Warszawa i Katowice. Ale coroczne wypady z przyjaciółmi do Toskanii stały się wręcz imperatywem. Wciąż odkrywa nowe miejsca i wraca do tych już poznanych: Florencji, Lukki, Arezzo, Sieny. – Panuje tam fenomenalna symbioza natury i kultury, tradycji i kontynuacji – wylicza. – Tam można smakować życie – dodaje. Kiedy pytam, co jest dla niego najważniejsze, odpowiada, że ludzie i dobre wino. Jak wiem, w Toskanii ma ono szczególny smak.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama