Nie pytam już: dlaczego…

Nie tylko o historii jednej znajomości mówi Alicja Klenczon, żona Krzysztofa Klenczona (1942–1981), sławnego niegdyś muzyka rockowego.

Reklama

Agata Puścikowska: Jak to możliwe: przejść przez wielki dramat, wielką żałobę, a nadal się uśmiechać, działać, zachowywać pogodę ducha?

Alicja Klenczon: Jak widać, da się. Może po prostu twarda jestem, silna, zawzięta, podobnie zresztą jak mój tata i kresowa babcia Stefania. Nie boję się życia, choć faktycznie mocno mnie doświadczyło. Może pewne cechy przejęłam w genach? Wspomniana babcia Stefania, arystokratka, twarda kobieta, musiała na przykład uciekać z ogarniętej rewolucją Rosji. A żeby jej nie rozpoznali, przebrała się za chłopkę i niszczyła swoje dłonie, trąc je kamieniami z Dniestru…

Kobiety są silne?

Są różne. Ale w wielu drzemie wielka siła. To prawdziwy feminizm właśnie: pewna twardość, kobieca duma, świadomość własnej wartości, ale bez niszczenia kogokolwiek, w zgodzie ze sobą. To natomiast, co obecnie nazywa się feminizmem, czyli jakaś walka z mężczyznami, z rodziną, wartościami, kompletnie do mnie nie przemawia. Kobieta kocha i chce być kochana. I to daje jej szczęście.

Z mężem, Krzysztofem Klenczonem, przeżyliście 16 lat. W zgodzie?

I w wielkiej miłości! To było w tamtych czasach jedno z nielicznych małżeństw artystycznych, które się nie zdradzało, po prostu dobrze żyło, szanowało się, wspierało. Byliśmy sobie przeznaczeni, poznaliśmy się niby przypadkiem, niby zwyczajnie. A jednak nie ma przypadków. Wiem, że to wszystko pochodzi z góry, od Pana Boga. Poza tym po prostu pasowaliśmy do siebie: ja byłam wtedy już bez rodziców, którzy uciekli przed komuną do Stanów Zjednoczonych (mnie władze komunistyczne do rodziców nie puściły), Krzysztof pochodził z rozbitego domu. Przylgnęliśmy do siebie, bo potrzebowaliśmy siebie nawzajem. Po dwóch latach „chodzenia ze sobą” pobraliśmy się.

Podobno przed kościołem stał tłum fanek i próbował przeszkodzić w ceremonii.

Tak, tak było. Dziewczyny przyszły pod kościół i krzyczały, żeby „Krzysztof się zastanowił”, by nie popełniał tego błędu. (śmiech) Ale widać ślub ze mną błędem nie był, bo gdyby nie wypadek, pewnie dożylibyśmy razem starości… Krzysztof był świetnym mężem, a potem bardzo dobrym ojcem.

Mimo że sam miał deficyt ojca. Przynajmniej we wczesnym dzieciństwie…

Faktycznie, to ciekawe, ale i wytłumaczalne. Ojciec Krzysztofa, Czesław, był wyjątkową postacią. Walczył najpierw z Niemcami, po wojnie poszedł do lasu, bo nie zgadzał się na okupację komunistów. Był żołnierzem niezłomnym. Nie wrócił więc na stałe do rodziny, choć wiem, że żonę i dwoje dzieci w miarę możliwości odwiedzał. Następnie został aresztowany, w brawurowy sposób uciekł z więzienia i musiał się ukrywać pod zmienionym nazwiskiem aż dziesięć lat. Gdy w końcu wrócił, Krzysztof go nie poznał. Na ratowanie małżeństwa moich teściów było już wtedy za późno. Ale na nawiązanie relacji ojciec–syn na szczęście starczyło czasu. Między teściem a moim mężem zrodziła się wyjątkowa więź. Kochali się, wspierali, byli do siebie bardzo podobni. Zresztą Czesław Klenczon doskonale śpiewał. Potem, jeszcze w Polsce, teść zamieszkał z nami. Chcieliśmy sprowadzić go też do USA. Umarł jednak przedwcześnie.

Ojciec walczył o Polskę, ale rozbił rodzinę. Syn miał o to pretensje?

Teść się z tego tłumaczył. Mówił, że kraj go potrzebował, że trzeba było iść. Zawsze mężczyźni patrioci opuszczali domy i walczyli. Bywa, że ta walka wymagała ofiar… To były straszne czasy, wiele rodzin przeżywało podobne dramaty. Myślę, że Krzysztof to rozumiał. Z pewnością nie miał do ojca pretensji. Mówił mi zresztą wielokrotnie, że gdyby wybuchła wojna, on również by walczył. Myślę też, że gdyby żył, w wolnej Polsce spróbowałby… polityki. Interesowały go sprawy kraju, miał poglądy prawicowe, w USA był (tak jak ja) republikaninem. Dobrą, prawą politykę pojmował jako działalność propaństwową, wysiłek, by ludziom żyło się lepiej.

Trudne były Wasze początki w USA?

Byliśmy młodzi, odważni, pracowici, mieliśmy siebie. Pamiętam, że mój ojciec zawiózł nas do salonu samochodowego. Mógł z powodzeniem kupić nam wóz, bo był majętnym człowiekiem. Jednak kazał wziąć kredyt. Dlaczego? Bo chciał, żebyśmy sami stanęli na nogi, poradzili sobie. I tak się stało. Pracowaliśmy, wychowywaliśmy dzieci, byliśmy tak po prostu szczęśliwi. Ja to nazywam „zwyczajnymi historiami”, prosto z życia. Teraz gwiazdy czy celebryci chyba nie cenią takiego życia. My ceniliśmy.

Ale Krzysztof zrezygnował z gigantycznej sławy w Polsce. Nie żałował?

Nigdy nie żałował. To był jego wybór, bardzo przemyślany i świadomy, żeby wyjechać. W PRL-u się dusił, nie czuł się wolnym człowiekiem. Nasz wyjazd był przede wszystkim podyktowany sytuacją polityczną, tęsknotą za wolnością. W Polsce przecież mieliśmy pieniądze, nie szukaliśmy lepszego życia w sensie materialnym. I rzeczywiście w Stanach ową wolność odnaleźliśmy, nigdy jednocześnie nie zrywając kontaktów z Polską. W USA Krzysztof założył firmę taksówkarską, ale również koncertował. Miał wielkie plany na przyszłość, powoli szykował się również do kontynuacji kariery. Wierzę, że z czasem by mu się udało. Myśleliśmy zresztą, by za jakiś czas łączyć życie w USA z życiem w Polsce.

Wasze marzenia przerwał dramatyczny wypadek samochodowy. Krzysztof zginął, Ty zostałaś z dwojgiem małych dzieci.

Tak. Moja babcia zawsze powtarzała, że Bóg każdemu człowiekowi daje do potrzymania zapaloną świeczkę. I nie wiadomo, kiedy ta świeczka zgaśnie. U Krzysztofa zgasła przedwcześnie. Mnie się świat zawalił, długo byłam w ciężkiej depresji i musiało minąć wiele, wiele lat, zanim zaczęłam w ogóle mówić o wypadku. Teraz czas trochę zagoił ranę. Ale pamiętać będę zawsze.

Jak długo stawałaś na nogi?

To były etapy, gorsze i lepsze dni. Na szczęście miałam duże oparcie w moich rodzicach. Ojciec na przykład wziął nas całą rodziną w wielką podróż po Stanach. Oderwał nas w ten sposób od straszliwych myśli, co pozwoliło złapać jakiś dystans. I oczywiście miałam dzieci, które stawiały mnie do pionu, wymuszały pewne działania. Przyznam, że byłam w tak dużej depresji, że nawet myślałam o samobójstwie. Bóg jednak ochronił… Poza tym zawsze podświadomie zastanawiałam się: co będzie z córeczkami, gdy mnie zabraknie? Odpowiedzialność matczyna za dziewczynki uratowała więc mnie samą. Chyba każda kobieta – matka reagowałaby podobnie: trzeba wstać i iść. Mimo wszystko.

Jednak po latach od straty Krzysztofa ponownie wyszłaś za mąż.

I przyznam, nie planowałam tego. Byłam pewna, że zostanę wdową do końca życia. Wychodziłam z założenia, że jedna wielka miłość starczy. Po latach jednak ponownie się zakochałam, wyszłam za Polaka, lekarza Stefana. Drugi mąż szybko jednak umarł na białaczkę. Na jego pogrzebie poznałam trzeciego męża, Ślązaka z pochodzenia. Z Piotrem byłam kilka lat, umarł na glejaka mózgu.

Straszne…

I straszne, i niewytłumaczalne, ale w jakiś sposób… życiowe. Potem poznałam Józia, mojego obecnego męża. Jest Amerykaninem, urodził się w Meksyku. Jest katolikiem, kocha Matkę Bożą Częstochowską na równi z Madonną z Guadalupe. Kocham go. Choć zupełnie otwarcie przyznaję, że moją największą miłością życia był Krzysztof. Pierwszej miłości się nie zapomina. I w moim przypadku jest najsilniejsza.

A zastanawiasz się czasem: dlaczego?

Kiedyś pytałam Boga. Wręcz wściekałam się na Niego. Ile razy można tracić ukochaną osobę? I pytałam: dlaczego mnie to wszystko spotkało? Zastanawiałam się, za jakie grzechy cierpię. Bo tak byłam wychowana, tak mnie nauczono, że cierpi się za grzechy. Teraz wiem, że tak nie jest. Bywa, że dzieje się z nami coś strasznego, ale nie zawsze dowiemy się, dlaczego tak się stało. To tajemnica taka sama jak data naszego odejścia. Więc teraz już nie pytam: dlaczego? Takie jest nasze przeznaczenie: choć byśmy chcieli, nie wiemy wszystkiego, a życie to raz chwile dobre i radosne, a raz trudne… Zobacz zresztą, jak wyglądało życie Karola Wojtyły. Młody chłopak, który przeżył śmierć matki, ojca, brata. Przeżył wojnę. To nie było „radosne” życie! A mimo to pozostał dobrym, ufającym człowiekiem. Po wszystkim, co przeżyłam, staram się przyjmować to, co przynosi los, i nie rozdrapywać pewnych spraw.

A jednocześnie starasz się, by pamięć o Twoim mężu pozostała żywa.

Tak, współorganizuję festiwal jego imienia w Pułtusku, prowadzę fundację, której celem jest zachowanie i promocja jego dorobku. Porządkuję dokumenty, łączę jego fanów poprzez media społecznościowe. Co mnie ogromnie cieszy, kolejne pokolenia odkrywają Krzysztofa Klenczona, zakochują się w jego muzyce. Dzięki fanpage’om docierają do mnie ludzie, którzy opowiadają zupełnie nieznane historie, anegdoty związane z Krzysztofem. Piszą o tym, jak go pamiętają, jaki był. Może za jakiś czas powstanie kolejna książka, wyłącznie o Krzysztofie. Ta, którą wydałam niedawno, to historia naszej miłości, naszych rodzin, taka saga. Teraz być może skupię się wyłącznie na Krzysztofie.

Napiszesz nową książkę w Polsce czy w USA? Bo przecież mieszkasz i tu, i tu…

Chyba jednak w Polsce. Nad książką „Historia jednej znajomości” pracowaliśmy w Polsce wraz z Tomkiem Podkajem. Przekopywaliśmy dokumenty, rozmawialiśmy, zbieraliśmy materiały. Polska jest miejscem odpowiednim, by te wszystkie informacje zdobywać. Z drugiej strony Krzysztof mieszkał wiele lat w USA, i to też było jego miejsce na świecie…

Czasem jesteś rozdarta między Polską a Stanami?

Oczywiście, taki los emigranta. Mieszkam kilka miesięcy w roku w USA, kilka miesięcy w Polsce. Polskę kocham, tu mam wielu przyjaciół, ale USA to również mój dom, gdzie mieszkają moje córki i wnuki. Staram się jakoś zachować harmonię i chyba mi się to udaje. Gdy mieszkam w USA, tęsknię za Polską. Potem w Polsce tęsknię za USA. Ale daję radę.

Jesteś szczęśliwa?

Tak. Jestem szczęśliwą, spełnioną kobietą. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama