Muzyka mnie uskrzydla

O szczerości w śpiewaniu, barwie słowa i nowej płycie opowiada Lidia Pospieszalska.

Reklama

Szymon Babuchowski: Dziesięć lat czekaliśmy na Twoją kolejną płytę.

Lidia Pospieszalska:No nie, znowu się muszę tłumaczyć…

To chyba nieuniknione.

Cóż, było trochę innych projektów muzycznych. W międzyczasie zaczęliśmy budowę domu, która totalnie mnie pochłonęła. Sporo rzeczy miałam już skomponowanych dosyć dawno, więc ostatnie cztery lata to było tylko dopieszczanie i dogrywanie – a to smyczków, a to chórków czy innych instrumentów. Niestety, mój mąż Marcin to człowiek bardzo zajęty. Jest bardzo cenionym producentem. Daje dużo wolności muzykom, a jednocześnie motywuje ich do większych wyzwań i wydobywa z nich rzeczy najlepsze. Często zastanawiałam się, czy mogę wziąć jakiegoś innego producenta, ale nie znam nikogo, z kim miałabym tak podobną wrażliwość muzyczną.

Chyba też nie ścigasz się jak duża część show-biznesu.

Nie mam takiego charakteru. Największą radość mam z etapu tworzenia, a praca promocyjna wydaje mi się żmudna. Chciałoby się, żeby to zadziało się samo. Poza tym chyba psychicznie nie jestem odporna, żeby udźwignąć rolę gwiazdy.

Ale koncerty lubisz?

Bardzo, oczywiście! W tej muzyce jest sporo miejsca na improwizację, dzięki której koncerty można grać z dużą swobodą muzyczną.

Czy kiedy piosenka „Inaije” z Twojej poprzedniej płyty dotarła do pierwszego miejsca listy radiowej Trójki, nie było pokusy, żeby wykorzystać pozytywne zamieszanie wokół Twojej osoby?

Przede wszystkim nie było osoby, a właściwie środków, aby wykonać gigantyczną pracę, by wypromować kogoś nieznanego i dotrzeć do odpowiednich odbiorców. Ale nie było aż tak źle, trochę koncertów wtedy zagraliśmy.

Myślisz, że nowa płyta „Podróże na chmurze” może wywołać podobne zamieszanie?

Mam nadzieję, gdyż zależy mi na graniu koncertów. One pozwalają na kontakt ze słuchaczami, rodzi się więź między publicznością a muzykami, ale też dialog między muzykami na scenie, od których wiele się uczę. To wszystko sprawia, że muzyka z płyty nabiera nowego życia, staje się inspiracją dla dalszych pomysłów, których brak, gdy tworzy się wyłącznie w domu.

Twoje utwory są mało komercyjne, miejscami nawet trudne, a jednak dotykają wielu. Może ludzie potrzebują ambitniejszej muzyki, tylko mało jej dostają w mediach?

Myślę, że można znaleźć wiele współczesnych rzeczy znacznie trudniejszych, chociażby z awangardy jazzu, które istnieją w świadomości słuchaczy. Moje piosenki znowu aż takie trudne nie są. Aczkolwiek utwór liczony na piętnaście faktycznie łatwy nie jest. (śmiech)

W komercyjnych rozgłośniach raczej takiej muzyki nie usłyszysz.

No tak, ja jestem jeszcze z tego pokolenia, które pamięta piosenki trudne, o skomplikowanej harmonii, ale jednocześnie tak piękne, że tym pięknem pociągały słuchaczy. Weźmy np. piosenkę „Na całych jeziorach ty”, skomponowaną przez Adama Sławińskiego. To jest autor, którego ja uwielbiam. Kompozytor muzyki symfonicznej, który pisał też przepiękne piosenki. Dwie z nich znalazły się na płycie z piosenkami Agnieszki Osieckiej śpiewanymi przez Kasię Nosowską. Próbowałam je sobie harmonicznie spisać – one są niesamowite! Zmiany tonacji, progresje – konstrukcja piękna i złożona. Ale gdy jest wykonana po mistrzowsku, nie odczuwa się jej jako niezrozumiałej. Myślę, że nawet muzyka oparta na improwizacji może być podobnie przyjęta. To zależy od wykonawcy, jego szczerości, energii, którą daje.

Natalia Niemen powiedziała kiedyś, że człowiek, który Cię słucha, czuje się „upiękniony, obdarowany pokojem”. Czy śpiewając, masz poczucie, że dajesz komuś pokój i piękno?

Popłakałam się, gdy to przeczytałam. Muzyka zawsze była dla mnie czymś ważnym. Pomagała w życiu, wpływała na mój nastrój, czasami nawet na decyzje. Uskrzydlała mnie. Muzyka – nie tylko jako komentarz rzeczywistości, ale takie przetworzenie jej, żeby dawać ludziom motywację – do życia, do działania. Żeby przekazywać innym to, co się samemu wcześniej otrzymało.

Na nowej płycie śpiewasz cudze teksty, głównie wiersze. Co musi mieć w sobie wiersz, żeby mógł stać się tekstem Lidii Pospieszalskiej?

Na pewno musi mieć jakieś drugie dno. Im więcej znaczeń, najlepiej ukrytych, tym więcej możliwości „umuzycznienia” go. I musi być o tematyce, która mnie jakoś poruszy. Tematyka przyrodnicza zawsze była mi bliska, gdyż wychowałam się na wsi, blisko lasu, wśród pól.

Faktycznie dużo na płycie przyrody, pór roku, trochę ludowości, ale i zabawy słowem. Wrażliwość jakby leśmianowska…

Grzegorz Żak ma taką wrażliwość.

Kim jest ów tajemniczy Grzegorz Żak, autor największej liczby tekstów na tej płycie?

Grzegorz urodził się w Zgorzelcu i tam mieszka. To bardzo ciekawy człowiek, np. zdobył kilka szczytów górskich powyżej 7 tysięcy metrów. Lokalny patriota – jak mówi o sobie, organizator imprez kulturalnych, konkursów, np. „Mistrzostwa świata w zupie” albo Dżem Session (z konkursem na najlepszy dżem, oczywiście), przez co integruje środowisko tego tygla kulturowego. Autor bajek, wierszy, opowiadań. Często nas zaprasza na wspólne grania, gdyż sam śpiewa i gra na gitarze.

Pisał specjalnie dla Ciebie?

Najpierw wybrałam sobie niektóre z jego wierszy, ale później poprosiłam, żeby napisał coś dla mnie. Okazało się, że tekst zupełnie nie pasował do melodii, którą mu wysłałam, więc zrobiłam nową. (śmiech) Bo pisanie tekstów do gotowej muzyki jest niezwykle trudne. Żeby nie złamać frazy muzycznej, trzeba tak „nagiąć”, dobrać słowa, że czasem to jest totalnie niewykonalne. I są na tej płycie melodie, które nie mają tekstu – bo nie dało się go ułożyć. A przynajmniej nie znalazł się jeszcze nikt, kto by go napisał.

Nie słychać na tej płycie, żeby ktoś musiał się naginać.

Ale było trochę takich prób. Kilka tekstów nie weszło na płytę. Jeśli ktoś napisze słowa do muzyki, a ja czuję, że nie o tym nuciłam w moim demo; że to poszło w zupełnie innym kierunku – rezygnuję z takiego tekstu. Łatwiej o spójność, kiedy tekst jest najpierw, a później tworzy się do niego muzykę. Słowo ma swoją frazę, łatwiej zilustrować je muzycznie niż robić odwrotnie – ze względu na niebezpieczeństwo transakcentacji, nieodpowiednią liczbę sylab, nie wspominając już o treści. Poza tym słowo ma też swoją barwę i emocje. Te emocje muszą się zgadzać z muzyką.

Wybierając wiersze, kierujesz się ich muzycznością?

Nie. Najpierw porusza mnie treść. Oczywiście nie z każdego wiersza da się zrobić utwór, czasem też nie ma się po prostu na to pomysłu. Niekoniecznie muszę od razu słyszeć muzykę, ale wiersz musi mi się podobać.

Przysiadasz wtedy przy fortepianie?

Najczęściej, niestety, przy instrumencie klawiszowym, który służy mi jako klawiatura sterująca. Ale dzięki temu mogę to natychmiast nagrać.

A w którym momencie Marcin wkracza do akcji?

Przy nagraniach. Oczywiście zawsze daję mu swoje kompozycje do posłuchania i czasem ma jakieś uwagi, po których przysiadam jeszcze nad utworem. Przeważnie robię to, kiedy Marcina nie ma, bo wtedy łatwiej mi się skupić, np. nie słyszę bezustannych telefonów. (śmiech) Lubię życie poukładane, pozałatwiane sprawy, posprzątane w domu. (śmiech) Kiedy jestem po jakimś treningu, najlepiej po bieganiu – wtedy najlepiej mi się pracuje.

Jesteście z Marcinem zazwyczaj zgodni co do ogólnej wizji utworu?

Marcinowi podobają się moje pomysły, choć są to zupełnie inne kompozycje niż jego własne. Raczej nie ingeruje w nie, ale pomaga, aby przez nagrania nie straciły pierwotnego zamysłu.

W opisie płyty wyczytałem, że część śladów nagrałaś w domu.

Tak, różnie z tym bywało. Niektóre utwory nagrywane były w całości na tzw. setkę, np. sekcja piosenki „Czikiczika” została nagrana w studiu. Później dograne były wokal, chórki i saksofon. Ale są też na płycie utwory, dla których bazą było to, co nagrałam w domu na klawiszu, używając różnych sampli. Część z tych sampli została zastąpiona żywymi instrumentami, ale część postanowiłam zostawić. Chciałam choć trochę ocalić swoją pracę, gdyż kompozytor najbardziej czuje swoją muzykę. I czasem nawet niezbyt udolne uderzenie klawisza może być walorem.

Trudność pojawia się chyba na etapie miksowania.

Tak, fajnie by było mieć czternaście utworów nagranych w tym samym miejscu, z tymi samymi instrumentami. Wtedy realizator ustawia sobie jakieś podstawowe brzmienie i jego zmiany w utworach są niewielkie. A tu do każdego utworu trzeba podejść inaczej. To jest wariactwo i duży stres.

Ale masz ostatecznie poczucie, że płyta jest spójna?

Wcześniej się o to obawiałam, ale teraz już jestem spokojna. Ważne było odpowiednie ułożenie kolejności utworów i uzyskanie podobnego brzmienia. Bez tego mogłoby być nieciekawie, zbyt eklektycznie.

Wyobrażasz sobie czasem odbiorcę Twojej płyty? Czy kiedy tworzysz, to nie ma znaczenia?

Nie ma. Gdybym zaczęła tak myśleć, weszłabym w komercyjne tryby tworzenia „pod kogoś”. Wtedy przestaje to być szczere, zaczynasz się naginać, wybierasz sobie język muzyczny, który jest ci obcy.

A kto przychodzi na Twoje koncerty?

Sporo osób z mojego pokolenia, bywają też młodsi, ale na pewno nie licealiści. Oni chyba w ogóle są w innym świecie muzycznym.

Po tekstach z tej płyty dyskretnie przechadza się Bóg, a Ty wydajesz ją w świeckim wydawnictwie. Da się śpiewać o Bogu i nie zamykać się w getcie?

Robert „Litza” funkcjonuje poza gettem, podobnie jak wielu innych muzyków chrześcijan, którzy grają na bardzo różnych scenach. Przyznają się do wiary i ja nie widzę w tym problemu. Może po prostu nie robią tego nachalnie? Bo chyba chodzi też o to, żeby odbiorca nie czuł presji, tylko raczej zachętę, radość z usłyszanego wyznania. I żeby ono było szczere. 

Lidia Pospieszalska

Wokalistka, kompozytorka, absolwentka Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Wydała płyty „Inaije” (2007) i „Podróże na chmurze” (2017). Prywatnie żona Marcina Pospieszalskiego, matka Nikodema i Mikołaja – wszyscy są muzykami.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama