Patroni Hołowni

Dziś premiera książki "Święci pierwszego kontaktu".

Reklama

Muszę przyznać, że bardzo lubię styl tekstów i wypowiedzi o. Adama Szustaka, Marcina Jakimowicza, czy Szymona Hołowni. W Kościele zawsze było miejsce dla szaleńców Bożych, a ta trójka ewidentnie, nowo-ewangelizacyjnie szaleje.

I w tym ich szaleństwie jest metoda, bo potrafią opowiadać o wierze, świętych i Chrystusie, w sposób, który trafia do wielu. Także do tych, którym z Kościołem coraz miej po drodze.  

Kiedy Hołownia dwa lata temu wydawał książkę „Święci codziennego użytku”, pisał że „katolicki Zachód od jakiegoś czasu świętych ma generalnie w nosie”. Zdają się być obciachowi, nie z tej epoki – krótko mówiąc: relikty dawnych wierzeń. Jemu jednak się udało -  stworzył całą serię zabawnych i porywającą opowieści o patronkach i patronach (nie tylko sprzed wieków), którzy stali się dla niego swoistym, modlitewnym gronem „znajomych na niebiańskim Facebooku”. Teraz wrócił z książką „Święci pierwszego kontaktu” i raz jeszcze udowodnił, że to sie do.

W publikacji pojawiają się dobrze wszystkim znane święte Kinga i Agnieszka, czy bł. Jerzy Matulewicz, ale spotkamy tutaj także św. Emerencjanę, św. Pantelejmona, czy błogosławionego Odoryka – podróżniczego celebrytę z przełom XIII i XIV wieku. Niesamowite, jakie postacie potrafi wyszukać Hołownia i jak pomysłowo, dowcipnie i porywająco o nich pisać. Tak np. charakteryzuje św. Jana z Kronsztadu:

„Ksiądz Bashobora gromadzący na warszawskim stadionie i trzydzieści tysięcy osób mógłby za nim teczkę nosić. Świętemu Janowi Kronsztadzkiemu – w czasach gdy nie było jeszcze możliwości tworzenia „wydarzeń” na Facebooku i ogłaszania się w rozgłośniach diecezjalnych – udawało się bez trudu zebrać wokół siebie i sześćdziesiąt, i sto tysięcy ludzi. Każda jego podróż z rodzinnego Petersburga (a precyzyjniej – pobliskiego Kronsztadu, portu wojennego i nadmorskiej twierdzy) przebiegała tak samo: dzikie tłumy na stacjach, przez które przejeżdżał pociąg, na miejscu jeszcze bardziej nieprzebrane rzesze ludzi. Jechali czasem wiele dni, by tylko spojrzeć na ojca Jana i uzyskać jego błogosławieństwo. Odprawiane przezeń msze mogły trwać od piątej rano do trzeciej po południu, bo rozdawanie komunii przeciągało się w nieskończoność”.

Cały tekst Szymona Hołowni o św. Janie z Kronsztadu przeczytają Państwo w naszym serwisie Ekumenizm (wystarczy kliknąć tutaj), zaś książkę „Święci pierwszego kontaktu” od dziś można kupić w księgarniach.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama