Co dōmy bajtlōm na zajōnczka?

Felieton przedwielkanocny.

Reklama

Wielki Tydzień – wyjątkowy w roku moment: skupienia, zadumy, powagi. A jednocześnie (sacrum vs profanum) czas gorączkowych przygotowań do świąt, wielkich zakupów -  na Śląsku także prezentów, które najmłodsi członkowie dostaną od zajączka.

Nie ukrywam, mam do tej tradycji ogromny sentyment. Kiedyś już nawet o niej na Wiara.pl pisałem (konkretnie tutaj), ale wtedy był to tekst bardziej sprofilowany, napisany tak, by pasował pod kolejne hasło w cyklu Alfabet religii. Dziś więc pozwolę sobie wrócić do tematu w nieco lżejszej, felietonowej formie.

Lubię „zajączka”, bo ma w sobie coś urokliwego, szykownego (po śląsku szykowne mogą być np. śpioszki dziecka, czy śliczne, miniaturowe figurki. - Ło jakie szykowne! – godo sie po naszymu, na widok czegoś drobnego, ale zachwycającego).

„Zajączek” też jest taki. W wielkanocny, niedzielny poranek, najmłodsi członkowie rodziny (czyli bajtle) raczej nie mają co liczyć na wielkie prezenty, które od Dzieciątka dostają na Boże Narodzenie. Na zajączka daje się raczej drobiazgi, przede wszystkim słodycze - czekoladowe jajka, zające (hazokami zwane), czy inksze cary. A cary to właśnie drobiazgi: figurki, książeczki, maskotki, niewielkie zabawki.

W tym roku „na zajączka” idealnie nadaje mi się… „Babcocha”, czyli książka dla dzieci napisana przez Justynę Bednarek. Tytułowa bohaterka to bardzo sympatyczna czarownica z prowincji, która np. przyjaźni się ze św. Bartłomiejem z przydrożnej kapliczki. Wystarczy też, że pstryknie palcami (rzecz jasna tymi u nóg) i już dzieją się cuda. Ot, dajmy na to, ktoś we wsi wygrywa miesięczny abonament na watę cukrową, albo gaduła Józef Gołb (narzekający „na pracę, na pogodę, na sąsiadów, korniki, miętówki, łosie, błędy w krzyżówkach, drożyznę, złodziejstwo i podłość ludzką, koncerny farmaceutyczne i wiele jeszcze innych rzeczy), zostaje przez nią zamieniony w kolorowy wiatraczek, który odtąd już tylko przyjemnie furkotał na wietrze :)

„Babcocha” to książka dla młodych czytelników, ale humor jaki ją wypełnia, a także niezliczone, absurdalne zwroty akcji, sprawiają, że ta wydana przez Poradnię K. publikacja, zdecydowanie przekracza ramy gatunkowe literatury dziecięcej. Bo te surrealne opowiastki z przyjemnością mogą czytać także dorośli.

W trakcie lektury raz po raz myślałem o starym, dobrym „Przekroju”. Gdyby ktoś w latach ’50, czy ’60 wpadł na pomysł wydawania czasopisma dla dzieci („Mały Przekrój”?), perypetie Babcochy pasowałyby tam idealnie. Klimat babcochowych przygód przywołuje bowiem ducha emanującego z łamów kultowego tygodnika Mariana Eilego. Zresztą pod koniec „Babcochy” pojawia się nawet wzmianka o Gałczyńskim, który do „Przekroju” przecież pisywał (Teatrzyk Zielona Gęś!), więc kto wie, czy autorka faktycznie nie inspirowała się tu twórczością tego poety. To wrażenie dodatkowo potęgują jeszcze dowcipne retro-ilustracje Daniela de Latour.

Jakkolwiek by nie było, „Babcochę” polecam i na zajączka, i na wszelkie inne prezentowe okazje, a dla Państwa miałem jeden jej egzemplarz, który wylosował Pan Marcin.

Gratuluję, książkę prześlemy pocztą.

*

Tekst z cyklu Okiem regionalisty

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama