Krzyżyk we framudze

Z Alojzym Lysko, o listach ojca z Wehrmachtu, celtyckich korzeniach Ślązaków i o pomysłach na autonomię, rozmawia ks. Roman Chromy.

Reklama

Ks. Roman Chromy: Jest pan autorem wyjątkowej książki. na jej stronach wcielił się pan w swego ojca, żołnierza Wehrmachtu.
Alojzy Lysko: - Przed napisaniem „Duchów wojny” wyliczyłem, że mój ojciec był na wojnie 667 dni: od wyjazdu na front aż do śmierci, w styczniu 1944 r. Na podstawie 72 listów, które wysłał do domu, opowieści matki, innych osób z rodziny i ze wsi, relacji byłych żołnierzy Wehrmachtu zrekonstruowałem każdy dzień jego pobytu w niemieckim wojsku. Przestudiowałem szlak bojowy 167. dywizji piechoty, w której ojciec służył. Ponieważ był chłopem od pługa, przyjąłem, że w książce będzie „godoł”.

Jaka jest śląska tradycja?
- Była zawsze mocno spleciona z życiem religijnym. Przykładowo w Bojszowach, po dziś dzień robimy palmy na Niedzielę Palmową m.in. z sosny, jałowca, siby i kotek. W Wielką Sobotę opalamy palmę w ogniu, żeby na Wielkanoc zrobić z niej krzyżyki, które zatykamy potem we framugach okien i w narożach pól - na znak Bożego błogosławieństwa. Tutaj ścierały się różnorakie wpływy.

Na przykład?
- W Bojszowach, jak to w byłym państwie pruskim, rygorystycznie przestrzegano nocnej wachty. Chroniła przed złodziejami, którzy przekradali się przez Wisłę z Polski i plądrowali okoliczne wsie. Czesi nauczyli nas kultu św. Nepomucena, opiekuna zagrożonych powodzią, od Niemców przejęliśmy zwyczaj zdobienia choinki na Boże Narodzenie, a od Polaków dzielenie się opłatkiem. Podzielam przekonanie profesor Janiny Rosen-Przeworskiej, badaczki polskich pradziejów, że Ślązacy raczej należą do kultury lateńskiej, a ich przodkami nie są Słowianie, lecz Celtowie, którzy już w IV w. przed Chr. rozpoczęli kolonizację środkowej Europy, w tym plemion Ślężan. Tak jak Celtowie jesteśmy weseli, pomysłowi i odporni na ciężką pracę. Niestety, w polskiej historiozofii mało o tym się wspomina.

W debacie o tożsamości Śląska nie sięgamy aż tak daleko. odwołujemy się zazwyczaj do plebiscytu i dwudziestolecia międzywojennego.
– To złożona sprawa. Kiedy skończyła się I wojna światowa, Ślązacy mieli po prostu dość Niemców. Z wojny nie wrócili ojcowie, synowie… Na domiar złego w 1919 r. panowała bieda i szalała hiszpanka, słynna grypa. Aby uspokoić nastroje, z Berlina przyszła propozycja utworzenia Górnośląskiej Prowincji, z szerokimi przywilejami samorządowymi. Ale Śląsk, ze względu na przemysł, był też kuszącym kąskiem dla odradzającej się Polski. Przedstawiono więc Górnoślązakom polski projekt autonomii. Jej statutem zajął się Konstanty Wolny, późniejszy marszałek Sejmu Śląskiego. Autonomia Śląska stała się częścią ustroju państwa polskiego. Powołano Sejm Śląski, część dochodów odprowadzano do Warszawy, a reszta tworzyła Skarb Śląski. Budowano drogi, koleje i szkoły. Jednak już w drugiej kadencji Sejmu Śląskiego do głosu doszły partie niemieckie, z większością głosów. Ich członkami byli m.in. Górnoślązacy, którzy sprzeciwiali się rabunkowej gospodarce państwa polskiego w śląskim przemyśle. Wtedy też wyprowadzano Górnoślązaków z urzędów, a wolne stanowiska obsadzono nie zawsze kompetentnymi pracownikami z Polski. W tym okresie Ślązacy mocno zawiedli się na polskich rządach.

A co z powstaniami śląskimi?
– Skłaniam się ku poglądowi, że powstania były wojną domową. Górnoślązaków werbowała zarówno jedna, jak i druga strona. Walczących po stronie polskiej wspierali, jak podają źródła, studenci ze Lwowa i oficerowie wojska polskiego; po stronie niemieckiej walczyli Górnoślązacy, którzy podczas I wojny światowej służyli w armii niemieckiej i też byli wspierani przez formacje ochotnicze z głębi Rzeszy. Przed plebiscytem zarówno bojówki niemieckie, jak i polskie dopuszczały się zbrodni na ludności. Myślałem przez wiele lat, że to zwykła propaganda. Zmieniłem zdanie, kiedy poznałem losy Teofila Kupki z Marklowic koło Wodzisławia. Kupka ostrzegał m.in. W. Korfantego, że „rzucanie się” w stronę polską jest nieroztropne. Wzywał do stworzenia śląskiego komitetu plebiscytowego. Bezskutecznie. Kiedy sam taki komitet próbował
zawiązać, zginął on i cała jego rodzina z rąk polskiej bojówki. Zamordowano go, bo deklarował, że jest Ślązakiem i chciał, żeby o tej ziemi decydowali sami Górnoślązacy.

Stawia pan wyraźnie na tożsamość śląską.
– Tak. Jestem Górnoślązakiem. Z takiej perspektywy staram się widzieć historyczne wydarzenia, które zadecydowały o losie i kształcie naszej ziemi. To wspomniany wyżej Teofil Kupka jest moim bohaterem. Gdyby go posłuchano, to prawdopodobnie istniałoby dziś niepodległe państwo śląskie, na wzór Szwajcarii.

Historia potoczyła się jednak inaczej. Czuje się pan związany z Polską?
– Przed laty czułem się wielkim polskim patriotą. Przeszedłem jednak własną drogę do prawdy, której nie uczono mnie w szkole. Jestem za daleko posuniętą autonomią Śląska, ale w ramach Rzeczpospolitej. W spisie powszechnym zadeklarowałem, pomijając całą otoczkę polityczną, narodowość śląską, bo uważam, że Śląsk ma własną historię i kulturę, własny, jakże odrębny system wartości. Nie zgadzam się m.in. z prof. Janem Miodkiem i innymi znawcami języka, że nie istnieje język regionalny śląski. Przypuszczam, że nikt z nich nie próbował z literackimi ambicjami pisać po śląsku. Ożywić w piśmie milczącą przez wieki „śląszczyznę”, to intelektualna, ale jakże satysfakcjonująca katorga.

Kodyfikacja języka śląskiego nie zabije kilkunastu odmian gwary?
– Czy literacki język polski, którym posługujemy się np. w szkole czy urzędach, zabił śląską gwarę? Nie zabił. Podobnie język śląski nie zabije różnych odmian naszej gwary. Przykładem tego jest m.in. moja książka „Duchy wojny”. Pomimo różnic gwarowych jest rozumiana w Opolskiem i w Cieszyńskiem.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama