Niczego nie żałuję

O wysokiej kulturze, urodzie życia i protestach artystów mówi Leszek Długosz.

Reklama

Piotr Legutko: Co czuje artysta, gdy dobiega pięknego wieku – 75 lat?

Leszek Długosz:Przykrym symptomem jest sześćdziesiątka, po której artysta pozbywa się pretensji i jakichkolwiek roszczeń do młodości. Siedemdziesiątka też niewesoła, ale ma się za sobą już przejścia z sześćdziesiątką, więc jest się w jakimś stopniu uodpornionym. Jak po szczepionce. 75 lat jest pewnym problemem, nie oszukujmy się, tego wieku dawniej nie tak często się dożywało.

A Pan świetnie się trzyma. No to gdzie ten problem?

Rzeczywiście, wcale nie czuję się stary i nieskoro mi do umierania. Mało tego, znajduję w swoim wieku także przyjemności, na przykład widzę rzeczy, których dawniej nie dostrzegałem. Tyle drobiazgów, tyle niezwykłości, urody świata. Jest mi też lekko, bo od wielu złudzeń zostałem uwolniony. I od wielu starań. Nie zgłaszam pretensji do urzędów, zaszczytów, ani do podbojów miłosnych. To by wyglądało śmiesznie. Nie na miejscu.

A czy ten piękny wiek uwalnia od złych emocji?

Taki już mój „skład”, że chyba nie jestem w stanie wykrzesać w sobie takiego uczucia jak nienawiść. Nie umiem na zimno źle życzyć. Niektórzy wręcz twierdzą, że to moja wada, ten brak pasji „na nie”... Dotyczy to także osób, co do których mam uzasadnione powody, by mieć żal czy pretensje. No ale nie mam. Zwłaszcza teraz, gdy wszyscy jesteśmy już na dalekich kilometrach. Po co zapiekać się, hodować urazy?

Ma Pan na myśli artystów Piwnicy pod Baranami, którzy nie zostawili na Pana politycznych wyborach suchej nitki?

Za to, że nie potraktowałem tak lekko jak inni tam, ot, bez znaczenia, kolaboracji i donosicielstwa? Nie będę do tego wracał, mówmy o tym, co było dobre. Opuśćmy zasłonę na to, co złe, resztę odeślijmy w niepamięć.

Nie ma Pan wrażenia, że złym emocjom sprzyja coraz cieńsza warstwa kultury w życiu publicznym?

Myślę, że znaczenie kultury rozumianej właśnie jako osłona budująca relacje jest nie do przecenienia. Ułatwia porozumiewanie się, wyłuskiwanie rzeczy ważnych spośród nieistotnych, ale też wzajemne wybaczanie. Dobry koncert, ciekawa lektura, nawet odpowiedni cytat mogą rozładować złe emocje. Odkrywamy na przykład, że to, co nas dzieli, ktoś kiedyś już pięknie nazwał. Rozbroił. Możemy się tym cytatem poczęstować. Zjedzmy go, ciesząc się wspólną konsumpcją. Lekkością i humorem można obronić się przed sztywnością, zbędnym patosem. Rozładujmy napięcie ironią, ciepłym żartem.

To coś, co jest niemodne. Dziś raczej mówi się, kto kogo „zaorał”

Kultura łagodzi obyczaje pod warunkiem, że posiadamy odpowiednia bazę. Że nie brakuje wyczucia, smaku, przeczytanych książek. A brakować zaczyna Kończy się pewna płaszczyzna porozumienia. To poważny problem, bo kultura spaja nas, gromady ludzkie, jako społeczeństwo, buduje wspólnotę.

Trudno jest dziś przekonać ludzi, że kultura to nie tylko wypełniacz czasu wolnego, że jest nam równie potrzebna jak dobry transport zbiorowy.

Jeśli odnosimy się do tych samych książek, filmów, cytatów, to szybciej się odnajdujemy, stajemy się sobie bliżsi. Człowiek dobrze osadzony kulturowo ma lepsze samopoczucie. I wyższą samoocenę. Także w kontaktach z innymi. Również i z zagranicą. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Do Krakowa przyjechałem z prowincji jako chłopak oczytany. Szybko zorientowałem się, że jestem lepiej wyedukowany niż wielu moich kolegów z dobrych krakowskich szkół. Dzięki niezwykłej postaci i wielkiej osobowości – pani Annie Nagórskiej. Dobry los sprawił, że jedna z pierwszych Polek na Sorbonie była moją mentorką i wychowawczynią. Od małego dziecka po okres studiów. Dorastałem więc na prowincji, w małym miasteczku, ale odebrałem jeszcze prawdziwe XIX-wieczne wykształcenie, według najlepszych europejskich norm. To dzięki niemu jako młody człowiek zza żelaznej kurtyny dawałem sobie radę na Zachodzie. Jeśli zna się języki i posiada bazę kulturową, nie ma żadnych powodów do kompleksów. Owszem, przyjeżdżaliśmy z kraju biedniejszego, o niższym poziomie technologicznym, ale nie kulturowym. Co to, to nie!

Co Pan czuje, widząc subtelnych artystów występujących dziś na politycznych mityngach w obronie zagrożonej demokracji?

Nie widzę w nich subtelnych artystów. Widzę ludzi instrumentalnie wykorzystywanych w walce o utracone przywileje i wpływy. Patrzę nawet nie tyle z politowaniem, co z niesmakiem.

Dlatego że maszerują pod hasłami obrony podstawowych wartości obywatelskich, wolności twórczej?

A czy ktoś im czegokolwiek zabrania? W sensie wyboru środków, wolności wypowiedzi? Jeśli rzeczywiście coś zostało im odebrane, to raczej w wymiarze materialnym niż duchowym. Czy naprawdę zmiana partii rządzącej ma jakiś wpływ na możliwości twórcze, na wybory artystyczne?

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama