Most na rzece Kwai

Film o honorze, etosie i różnicach kulturowych. Tematach odwiecznych, a przy tym bliższych kinu psychologicznemu, niż wojennemu.

Reklama

W 1958 roku ten wojenny film nagrodzono 7 Oscarami. Od tego czasu technika filmowa niesamowicie „poszła” do przodu. Niemal co dekadę ogłaszano nową, filmową rewolucję. A jednak „Most na rzece Kwai” nic a nic się nie zestarzał. Jak to możliwe?

Myślę, że kluczowa jest tu gatunkowość. Reżyser David Lean nie nakręcił przecież wojennej „przygodówki” (taki film zapewne zacząłby trącić myszką już po kilku latach od premiery). Późniejszy twórca „Lawrence’a z Arabii” zdecydował się na film o honorze, etosie i różnicach kulturowych, a więc tematach odwiecznych, a przy tym bliższych kinu psychologicznemu, niż wojennemu.

Głównych bohaterów mamy tutaj trzech: pierwszy z  nich to zarządzający obozem jenieckim pułkownik Saito (w tej roli japoński aktor Sessue Hayakawa). Od swych przełożonych otrzymał on rozkaz zbudowania tytułowego mostu, dzięki któremu możliwe będzie kolejowe połączenie między Bangkokiem i Rangun.

Saito w życiu kieruje się tradycyjnym, niepisanym, samurajskim kodeksem bushido i po trupach dąży do zrealizowania powierzonego mu zadania (jeśli most nie powstanie, będzie musiał popełnić rytualne samobójstwo).

Zupełnie inną mentalnością cechuje się pułkownik Nicholson (Alec Guiness), który z całym swoim odziałem trafił w 1943 roku do japońskiej niewoli. Dla Nicholsona najważniejsze są prawo, przepisy i… angielska flegma. Gdy Saito będzie próbował zmusić oficerów do ciężkich pracy fizycznych (a zabrania tego Konwencja Genewska), Anglik, ze stoickim spokojem odmówi i mimo rozmaitych prób nacisku, czy wręcz tortur, nie ugnie się przed swym azjatyckim prześladowcą. Mimo militarnej porażki, chce pokazać, że kulturowo Wielka Brytania wciąż góruje nad Japonią.    

I wreszcie ten trzeci, chcący tylko przeżyć, amerykański komandor Shears. Wcielający się w tę postać William Holden z niedowierzaniem obserwuje zachowanie Saito i Nicholsona. Choć tak naprawdę do szaleństwa i okrucieństwa Saito zdążył już przywyknąć. To postawa Nicholsona zdaje się być dla niego większym szokiem.  

Obowiązkowa musztra, maszerowanie w miejscu, pogwizdywanie skocznego „Colonel Bogey March”… - Brytyjczycy zachowują się jakby wciąż byli w koszarach, a nie w obozie jenieckim. Jakby nie zauważali, że z ich mundurów pozostały już tylko strzępki, a większość chodzi boso. Dla Nicholsona najważniejszy jest jednak regulamin, zasady, prawo. Bo jak mówi „bez prawa nie ma cywilizacji”.

- Ale tu nie ma cywilizacji! – wykrzykuje zdumiony Shears.

- Więc mamy szansę ją zaprowadzić – ripostuje Nicholson. I robi wszystko, by tak się stało.  

To typ brytyjskiego kolonizatora, niosącego przy okazji kaganek oświaty. Pokazującego czym jest etos i sens pracy, nawet w tak nieludzkich warunkach, w jakich się znalazł.

Szaleństwo? – jak w finałowej scenie filmu kilkakrotnie wydusi z siebie jeden z bohaterów? A może jednak „w tym szaleństwie jest metoda”? Na to pytanie każdy z widzów musi odpowiedzieć sobie sam. A jest tu co oglądać. Bo to absolutne, filmowe arcydzieło.

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FILM, KINO, KULTURA, SZTUKA

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama