Mother!

"Im dalej w film", tym rozmaitych biblijnych postaci, wątków i nawiązań jest coraz więcej i więcej.

Reklama

Ten nakręcony przez Darrena Aronofsky’ego film najczęściej, pod względem gatunkowym, uznaje się za horror.

Ogromny, stary dom na odludziu, dziwne zachowania pojawiających się w nim gości, właścicielka popadająca w obłęd… - tak to mniej więcej wyglądało w zwiastunie i podobnie wygląda w początkowych sekwencjach filmu.

Z czasem jednak, opowiadana w filmie historia, zaczyna ewoluować w stronę przypowieściowej psychodramy, a nawet kina metafizyczno-biblijnego. Osobliwego, eksperymentalnego, bliższego może nawet teatrowi, niż tradycyjnym dziełom X muzy.

No właśnie – muza. Czy przypadkiem nie jest nią bohaterka grana tu przez Jennifer Lawrence? Wydaje się, że taką rolę (muzy, natchnienia, inspiracji) pełni dla swojego męża-twórcy: pisarza i poety. Ale może to tylko „zmyłka” reżysera i scenarzysty w jednej osobie, który postanowił zrealizować bardzo ambitny cel – opowiedzieć o dziejach ludzkości, grzechu i religii w niespełna dwie godziny. W telegraficznym (kinematograficznym) skrócie.

W związku z tym niemal wszystko w tym filmie jest umowne i symboliczne zarazem. Mąż-poeta (Javier Bardem) pełni więc także rolę Boga Ojca. Dom, w którym toczy się akcja całego filmu jest jakoby kulą ziemską, zaś Lawrence to nie tylko żona i muza, ale także anielica, Maryja, Matka Ziemia i każda ziemska kobieta w jednym.

Poplątanie z pomieszaniem? Poniekąd tak, bo nie jest to film do końca udany. Ale z pewnością ciekawy i intrygujący. Bo kto by początkowo pomyślał, że odwiedzający młode małżeństwo goście, w których wcielili się Ed Harris, Michelle Pfeiffer oraz Domhnall i Brian Gleesonowie, to tak naprawdę… Adam, Ewa, Kain i Abel. A „im dalej w film”, tym takich biblijnych postaci, wątków i nawiązań jest coraz więcej i więcej.

Jedne zachwycają, jak np. wieczorny poród, po którym następuje przejmująca, kojąca cisza („cicha noc, święta noc”), inne drażnią, bądź śmieszą (tuż po porodzie Bardem dziarsko wmaszerowuje z tacą ze smakołykami i wypowiada taką oto kwestię: „Przynieśli nam dary”. Publiczność w kinie, w którym oglądałem „Mother!” parsknęła śmiechem).

Niestety, sporo w tym filmie podobnej łopatologi, „chodzenia na skróty”. Ale sporo także ciekawych sekwencji (np. przedzieranie się bohaterki przez tłum imprezowiczów. Dochodzi wtedy do coraz większych ekscesów, konfliktów, starć i walk, które oznaczają/przeradzają się we wszystkie wojny i tragedie jakich doświadczyła ludzkość).

Świetna jest klamra łącząca koniec z początkiem filmu (teoria wiecznego powrotu się kłania), pomysłowo zamieniono także rajskie jabłko na inny (nie zdradzę jaki) przedmiot. Warto więc ten film obejrzeć, pamiętając jednak, że z tradycyjnym, kostiumowym, klasycznym kinem biblijnym nie ma on zbyt wiele wspólnego.

*

Tekst z cyklu ABC filmu biblijnego

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama