Talent w okopach poprawności

Udowodnił, że potrafi pisać kryminały. Już odnosi międzynarodowe sukcesy. Ale Zygmunt Miłoszewski wpadł w pułapkę, która każe bardzo ostrożnie dobierać tematy.

Gdy debiutował w 2005 r. powieścią „Domofon” – horrorem czy też thrillerem, w którym akcja dzieje się w bloku z wielkiej płyty – w polskiej literaturze współczesnej czuć było powiew świeżości. Ten gatunek nie cieszy się wśród autorów nad Wisłą wielką popularnością. Nie rzucają się na niego ani pisarze, ani reżyserzy. Koncept „Domofonu” wymyślił, gdy razem z bratem jechali windą w bloku na warszawskim Bródnie. – Zastanawialiśmy się, w ilu potwornych horrorowych scenach można by taką windę wykorzystać – tłumaczy Miłoszewski. Rok później napisał baśń dla dzieci „Góry żmijowe”, za którą otrzymał wyróżnienie w konkursie o Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego. Przygotował ją dla 7-letniej wówczas córki. Prawdziwą popularność przyniosły mu jednak opowieści o losach prokuratora Teodora Szackiego. Chociaż tak naprawdę „Uwikłanie” i „Ziarno prawdy” to dwie różne książki. Pokazują, że w świecie pełnym politycznej poprawności nie wystarczy pisać i czekać na sukces. Powodzenie można też programować. Zacząć trzeba już od wyboru tematu.

Pierwsze szlify z sądowych sal

Miłoszewski, jak wielu pisarzy, przeszedł drogę od mediów do literatury. Urodzony i wychowany w Warszawie, w 1995 r. zaczął pracować w „Super Expressie”. Przygotowywał tam reportaże z sal sądowych. – Mogłem czytać akta spraw, oglądać zdjęcia z miejsc zbrodni, ofiar, narzędzi, od których zginęły, studiować protokoły zeznań. A na sali na wyciągnięcie ręki mieć sprawców, rodziny, słuchać ich, oglądać reakcje. Sama prawda, rzadko szokująca, często niesłychanie bolesna. Do zbrodni dochodzi w bardzo banalnych okolicznościach. Ktoś się napił, emocje wzięły górę, złapał, co miał pod ręką. Potem płacze nad zwłokami i nie wierzy, że to zrobił – wspomina pisarz w jednym z wywiadów. W czasie tej pracy zobaczył, jak działa wymiar sprawiedliwości w Polsce. Dlatego jego bohater jest prokuratorem, a nie policjantem czy detektywem. – Podobało mi się, że praca prokuratora nie kończy się w momencie złapania sprawcy. On musi zgromadzić dowody, potem pójść do sądu, włożyć swoją togę z czerwoną lamówką i powiedzieć: „Udowodnię, że ta osoba jest winna” – wyjaśnia Miłoszewski. Później były „Newsweek” oraz inne wydawnictwa. W 2004 r. „Polityka” opublikowała jego opowiadanie „Historia Portfela”, przysłane na konkurs organizowany przez Jerzego Pilcha. Krakowski prozaik piał z zachwytu nad młodym autorem. „W literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski – pisarz rasowy” – napisał Pilch w swoim felietonie. Po kilku książkach można pytać, czy mocna presja politycznej poprawności nie zabije w nim tej rasowości. Niedawno ukazała się kolejna powieść Zygmunta Miłoszewskiego zatytułowana „Bezcenny”. Nie ma ona ognia „Uwikłania”, ale nie trąci też koniunkturalizmem jak „Ziarno prawdy”. To solidne wakacyjne czytadło. Pokazujące, że 37-letni pisarz chociaż odnotowuje sukcesy, to chyba ciągle szuka swojego miejsca na literackiej scenie.

Esbecja rządzi krajem

„Uwikłanie”, książkę z 2007 r., można smakować fragmentami, poszczególnymi etapami akcji. To nie jest prosta opowiastka, która nie daje nic oprócz zwyczajnej czytelniczej przyjemności. Współczesna zbrodnia korzeniami sięga okresu PRL. Żeby w niej się rozeznać, prokurator musi skorzystać z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. Bez tego ani rusz, bo komunistyczne służby specjalne dalej rządzą w kraju. Strzegą swych tajemnic i pilnują, by nie stała się im krzywda. Kryminał Miłoszewskiego pokazał, że adaptacja dobrej książki jest najlepszym materiałem na scenariusz filmowy. W 2011 r. „Uwikłanie” w reżyserii Jacka Bromskiego weszło na ekrany kin. Prokurator Szacki został zamieniony na kobietę. Początkującą w sprawach kryminalnych panią prokurator dobrze zagrała Maja Ostaszewska. Zarówno w filmie, jak i w książce nie brakuje dialogów i bon motów nawiązujących do publicznych dyskusji, jakie toczyły się w Polsce po roku 2000. Zmienione zostało też miejsce akcji „Uwikłania”, która dzieje się nie w Warszawie, lecz w Krakowie. Grający w filmie przez Andrzeja Seweryna prezes Osuchowski, szef dużej firmy, mówi do swojego współpracownika, pokazując na wielkie szafy okalające biuro, że „tutaj jest nasza broń”. – Korupcja, oszustwa finansowe, zdrady małżeńskie, a tam sprawy obyczajowe – wylicza, prezentując oględnie ten magazyn „haków”, jakie zdążył nazbierać, służąc w SB, w groźnym Departamencie „D”. Równie symboliczna jest krótka rozmowa prokuratora z archiwistą z IPN. Młody historyk dzieli się gorzkim doświadczeniem, że czyta materiały ze świadomością, iż „prawda nie wyjdzie na jaw w imię spokoju establishmentu”. Prokurator odpowiada mu, że może nie każda prawda powinna wyjść na jaw, bo czasami cena krzywdy jest za wysoka. Historyk nie dowierza, że mówi to prokurator RP. I jeszcze jeden wymowny fragment. Wspomniany prezes Osuchowski mówi prokuratorowi: „W IPN jest tylko to, co chcemy, żeby tam było (…) Oni mają inne kompetencje. Nie zajmują się nami, tylko tymi, którzy z nami współpracowali. Tak jest wygodniej dla wszystkich”. Wystarczy tych cytatów. W ich świetle łatwiej zrozumieć, że po „Uwikłaniu” jedni chcieli zapisywać Miłoszewskiego do prolustracyjnego PiS, a inni dziwili się i oburzali z niedowierzania, że taki zdolny, dobrze wychowany, a tak trąci faszyzmem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg