Doceńcie, co zrobiłem

O człowieku, który uratował świat przed III wojną światową, z Jerzym Bukowskim

Piotr Legutko: Kiedy poznał pan Ryszarda Kuklińskiego?

Jerzy Bukowski: W 1994 roku zacząłem pisać pierwsze teksty o pułkowniku, głównie do prasy polonijnej, stąd zapewne moje nazwisko nie było mu obce. Osobiście połączył nas ze sobą mój przyjaciel Jerzy Koźmiński. Kiedy został ambasadorem w USA, zadzwonił do mnie, bo zorientował się, jak sprawa Kuklińskiego jest ważna dla Waszyngtonu. To był czas, gdy w Polsce nie był on nawet zrehabilitowany. Paradoks historii polega na tym, że nie chciał tego zrobić Wałęsa ani rządy solidarnościowe, a zrobił to Kwaśniewski z Millerem.

Chyba nie z wewnętrznego przekonania albo sympatii dla pułkownika?

Dziś już wiemy, że podczas rozmów z prezydentem Clintonem w Warszawie zostało to postawione jako jeden z warunków przyjęcia Polski do NATO. Dla Amerykanów było niepojęte, że człowiek, który uratował świat przed III wojną światową, jest we własnym kraju oficjalnie uważany za zdrajcę.

Kukliński wielokrotnie powtarzał, że drogę do Polski otworzył mu Kraków. Co miał na myśli?

Ma tu swoje wielkie zasługi radny Antoni Kuźniar z Unii Polityki Realnej. To on w połowie lat 90. ub. wieku uparcie i w końcu z sukcesem forsował pomysł, by Kukliński został honorowym obywatelem Krakowa. Udało się to 3 maja 1997 roku, i wtedy właśnie wystosowano do pułkownika oficjalne zaproszenie. Kukliński podkreślał, że właśnie ono było głównym motywem jego przyjazdu do Polski, bo nikt inny go wtedy nie zapraszał!

Dlaczego to Pan reprezentował pułkownika w mediach podczas tej wizyty?

Któregoś dnia po prostu usłyszałem w słuchawce głos: „Tu mówi Ryszard Kukliński”. Byłem bardzo wzruszony, zwłaszcza gdy okazało się, o co mnie prosił. Myślę, że padło na mnie, bo jako jedyny spełniałem jednocześnie trzy warunki: miałem już sporo publikacji o Kuklińskim, rekomendację polskiego ambasadora w USA oraz dobre kontakty w krakowskich mediach. Gdy PAP podał informację, że jestem oficjalnym reprezentantem pułkownika, mój telefon się urywał, najbardziej ujęła mnie pewna dziennikarka z lifestylowego miesięcznika, która chciała mieć wyłączność na wywiad z Kuklińskim o… kobietach w jego życiu.

To była wizyta „wysokiego ryzyka”…

Pułkownik dostał najwyższy stopień ochrony, tzw. jedynkę. Cały czas bardzo blisko towarzyszyło mu 11 oficerów BOR. Jak się później okazało, były dwa poważne sygnały o możliwości zamachu. Nigdy nie widziałem tak szczegółowych kontroli jak te, którym poddawani byli wtedy dziennikarze w Krakowie. Kukliński zamieszkał w pokojach hotelowych na Wawelu, wieczorem zaprosił mnie do siebie, bo chciał stylistycznie dopracować swoje wystąpienie w magistracie. Było znakomite, jego fragmenty uwiecznił film „Wizyta” Beaty Kołaczyk i Bożeny Toporek, który TVP pokaże 15 lutego. Słychać tam, jak głos mu się załamuje, gdy mówi, że „Polska wymaga ofiary”.

W Warszawie pułkownik miał spotkania wyłącznie z dostojnikami, tu po raz pierwszy i jedyny miał się spotkać z tłumem reporterów.

Bardzo nie chciał spotykać się z dziennikarzami, nakłoniłem go z trudem na jedną jedyną konferencję prasową po wręczeniu honorowego obywatelstwa Krakowa. Tak bardzo tego nie chciał, że jeszcze w przeddzień dzwonił z prośbą, czy nie można by jej odwołać.

Obawiał się pytań natury osobistej?

Tak. To była dla niego bardzo bolesna sprawa. Kiedy nasze relacje były już bliższe, powiedział mi kiedyś: „Ja jestem człowiekiem wypalonym, wiem, że przeze mnie zginęli moi synowie, już niczego od życia nie oczekuję, poza tym, by mnie oceniono za to, co zrobiłem, a nie na podstawie tego, co o mnie mówili komuniści”. Pamiętam, że przed konferencją wyraził nadzieję, że nie będą go pytać o rodzinę. Oczywiście pierwsze pytanie, jakie padło, brzmiało: „Czy gdyby pan miał świadomość tego, co się wydarzy w pana życiu, ze śmiercią synów włącznie, podjąłby pan jeszcze raz tę samą decyzję?”. Ja struchlałem, pułkownik zbladł, ale trwało to dosłownie trzy sekundy. A potem zdecydowanym tonem powiedział: „Tak. Sytuacja była na tyle poważna, że nie można było myśleć o sprawach osobistych”. Następne pytania były już bardzo rzeczowe. Kilka razy Kukliński musiał odpowiadać: „Ta wiedza jest w wyłącznej dyspozycji CIA”.

Czy poznał Pan w szczegółach prawdziwą wersję ewakuacji pułkownika z Polski?

W ostatni dzień pobytu jedliśmy śniadanie w hotelu rządowym naprzeciw ambasady rosyjskiej. Zwróciłem uwagę na to, że historia właśnie zatoczyła koło, bo przecież stąd, po przyjęciu z okazji rocznicy rewolucji październikowej, został 7 listopada 1981 r. ewakuowany. Roześmiał się, zapytał, skąd mam takie informacje, odpowiedziałem, że wszyscy tę historię znają i zapytałem, czy należy ją zdementować. On odpowiedział: „Tak nie było, ale nie dementujemy. Ja nie byłem autorem tej ewakuacji, a jedynie jej przedmiotem. Nie będę się więc w tej sprawie wypowiadał, bo być może ten kanał przerzutowy wciąż jest czynny”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg