Czas niszczy krucyfiks i mnie też nie oszczędza

Ludowy artysta. – Jeden z żołnierzy niemieckich ze łzami w oczach mówił do nas po kryjomu przed kolegami po polsku: „my już z Rosji nie wrócimy”. Po ich odejściu miał zamieszkać u nas w domu folksdojcz z żoną. To była gehenna. Wydał moją siostrę, którą wywieziono na roboty do Rzeszy – opowiada Wacław Kowalik z Końskowoli.

Wielki Post życia
Mówi, że jego dzieciństwo i młodość to był jeden wielki post. Dziwi się, że teraz ludzie mają w sobie tak mało wdzięczności wobec innych i Boga. Wacław Kowalik urodził się w Puławach w 1933 roku. – Mieszkaliśmy przy ulicy Kazimierskiej. Miałem pięcioro rodzeństwa. Ojciec pracował na kolei. W 1942 roku został pobity na śmierć przez folksdojczów. Jako maszynista opóźnił transport sprzętu wojennego dla Niemców na front wschodni. Skończyło się to dla niego i dla naszej rodziny tragicznie – wzdycha.

– Nie chodziliśmy do szkoły, gdy było ciepło, bo trzeba się było wynajmować do pracy, był straszliwy głód. Ja pasłem krowy. Zimą też nie chodziliśmy do szkoły, bo nie mieliśmy ciepłych ubrań. Pracowaliśmy w zasadzie za kawałek chleba. Brat i siostry pracowali jako służący u bogatszych osób. Mieliśmy kawałek ogrodu, mama sadziła w nim ziemniaki, ale to była kropla w morzu potrzeb. Poza tym bez nawozu rosły takie orzeszki, a nie prawdziwe kartofle. Jak pasłem krowy, to zauważyłem straszniejszą rzecz. Na wiosnę ludzie sadzili w polu kartofle. Głód był tak duży, że od czasu do czasu wygrzebywali trochę bulw z ziemi i piekli w ognisku. Nawet nie było co ukraść do jedzenia, bo była taka bieda. Na wsi chłopi próbowali potajemnie hodować prosiaka, albo zakopywali w workach zboże. A w mieście było trudno. Bywało, że jadłem nawet zielone, robaczywe jabłka. A nieraz z płaczem człowiek kładł się spać, bo cały dzień się nic nie jadło – opowiada Kowalik.

Mieszkali u nas Niemcy
Sytuacja w domu Kowalików poprawiła się, gdy przyszedł nakaz przyjęcia do ich mieszkania żołnierzy niemieckich, którzy szli na front wschodni.

– Mama musiała im gotować. Kazali jednak gotować więcej, żebyśmy i my mogli zjeść. Mieli ze sobą broń, byli w mundurach i zajęli we trzech największy pokój. Pamiętam, że jeden z nich mówił po polsku, ale tylko po kryjomu, gdy nie było pozostałych Niemców. Ze łzami w oczach powtarzał: my już z Rosji nie wrócimy. Wykończy nas zima, rozkazy dowódców i dzicz ze Wschodu. Pamiętam te słowa doskonale. Po trzech miesiącach odeszli. Ale przyszedł kolejny nakaz. Tym razem miał zamieszkać u nas folksdojcz z żoną. To była gehenna dla nas, a zwłaszcza dla jego żony, której nie szanował. Wydał moją siostrę, którą wywieziono na roboty do Rzeszy – opowiada.

Krwawa Wisła
Niemcy stacjonowali w Puławach w rejonie dzisiejszego parku nauki. Mieli tam kuchnię polową. Mały Wacek często przychodził tam z kubkiem, prosząc o jedzenie.

– Wszędzie są ludzie dobrzy i źli. Jeden Niemiec nalał zupy i włożył kartofla, a nawet kawałek mięsa, inny napluł do środka. Były też egzekucje na cywilach. Jak partyzanci zabili jednego żołnierza niemieckiego, rozstrzeliwano dziesięciu puławiaków. Wszystkich wrzucano do jednego dołu. Matkom nie pozwalano nawet nakryć ciał synów prześcieradłem. To wszystko widziałem. Potem przyszli do miasta Sowieci. Też dawali coś do jedzenia. Długo byli w Puławach, bo jak Niemcy się wycofywali, to wysadzili most w powietrze. Ruscy byli bez pomysłu, często na tratwach próbowali pokonać Wisłę, albo budowali drewniane mosty. Niemcy strzelali do nich jak do kaczek. Raz widziałem, że woda w rzece była czerwona od krwi. Ale tak dosłownie czerwona – opowiada z przejęciem.

Patrzę na krzyż
Pod koniec wojny znalazł pracę w gospodarstwie i zakładzie stolarskim państwa Skwarków w Starej Wsi. – Im zawdzięczam edukację i wychowanie. Potem się ożeniłem i zamieszkałem w Końskowoli. Zbudowałem dom i pracowałem uczciwie ile sił. To, że przetrwałem, to zasługa Pana Boga. Kiedyś proboszcz poprosił mnie, żebym zrobił krzyż na zakończenie misji w parafii. Przygotowałem piękny dąb i zaczęliśmy pracę. W pewnym momencie coś się stało z moim kręgosłupem, tak że nie mogłem się wyprostować. Ale nie chciałem zawieść proboszcza. Jak wnosiliśmy gotowy krzyż pod kościół, pod wpływem ciężaru coś mi przeskoczyło i od tamtej pory chodzę wyprostowany. Zawsze jak idę do kościoła, to patrzę na ten krzyż i dziękuję Bogu nawet za tego Parkinsona – wyznaje z uśmiechem pan Wacław.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

Reklama