Trzecia skóra

Kolory Friedensreicha Hundertwassera przypominają ślady po pocałunkach zostawione przez bawiące się dzieci, które pomalowały sobie usta na intensywne kolory. A linie jego budowli są zmienne jak ich nastroje.

W albumach przedstawiających osiągnięcia architektury trudno znaleźć rozdział poświęcony temu oryginalnemu artyście. Może dlatego, że jedynie trzy miesiące studiował w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, lekceważąc akademików. A od 54. roku życia, kiedy malowanie odsunął na drugi plan, aż do ostatnich dni zajmował się projektowaniem budowli, podważając założenia, według których wznosili je współcześni. Nie przez przypadek wielu nazywa go Antoniem Gaudim końca XX wieku. Podobnie jak Gaudi stworzył niepowtarzalny styl, zwracający uwagę linią falistą, intensywnym kolorem, autorskimi pomysłami jakby rodem z „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla.

Podobały mu się slumsy i domki na wiedeńskich ogródkach działkowych, bo wyrażały indywidualność mieszkańców. Był przekonany, że każdy na swój sposób powinien mieć możliwość wyrażania piękna w miejscu, w którym mieszka. W jednym z artystycznych manifestów pisze o „prawie okna”: „Każdy mieszkaniec wynajmowanego domu musi mieć prawo wychylić się przez okno i oskrobać mur w zasięgu ręki. Co więcej, musi pomalować wszystko, co znajduje się w zasięgu jego ręki po to, by dla osób na ulicy było widoczne, że osoba mieszkająca tam jest inna od uwięzionego, zniewolonego i ustandaryzowanego człowieka rezydującego za drzwiami obok”. Uważał, że nasze betonowe miasta projektowane są przez architektów, których nie obowiązuje przysięga Hipokratesa.  „W tym przypadku powinna ona brzmieć: powstrzymać się od budowania domów, które szkodzą naturze i duszy człowieka” – apelował.

Prosta bezbożna

Oskarżano go o kicz – przerysowanie, jarmarczne kolory, krzywe linie. Na szczęście nie przejmował się tym i robił swoje. Uważał, że powinnością artysty jest korzystanie z bogactwa barw. Walczył z dyktatem linii prostej, którą uznał za bezbożną, bo w przyrodzie wszystko się pnie i wije. Używał materiałów budowlanych z recyklingu, żeby nie przybywało bezdusznych obiektów z modnego zestawienia – szkło, stal i beton. Grunt, który zabierał pod swoje domy ziemi, przenosił na dachy czy zbudowane pod odpowiednim kątem ściany budowli, gdzie tworzył napowietrzne ogrody. Twierdził, że jesteśmy tylko gośćmi na tej ziemi i nie możemy jej zawłaszczać i niszczyć. Przekonany, że architektura musi harmonizować z naturą realizował społeczne projekty, za które nie pobierał wynagrodzenia. Jego wizytówką w Wiedniu jest odwiedzany przez turystów Hundertwasserhaus, czyli kompleks domów mieszkalnych. Mieszczą się tam 52 mieszkania komunalne, cztery biura, 16 prywatnych i 3 komunalne tarasy, na których rośnie 250 drzew i krzewów. Projektując je, postawił warunek, żeby nie zepsuto tego miejsca, budując w pobliżu standardowe budynki. Jest też autorem słynnej spalarni śmieci, która wznosi się nad Wiedniem, przypominając bączka dla dzieci, który nie może się rozkręcić w powietrzu. Wcześniej zastrzegł sobie, że bezpłatnie zrobi z niej dzieło sztuki, jeśli władze miasta obniżą emisję zanieczyszczeń. Tak się stało, a dziś zatrudnieni tam ludzie chwalą się swoim wyjątkowym miejscem pracy. W Wittenberdze zmodernizował szkołę średnią na prośbę tamtejszych uczniów. Wszystkie ważniejsze realizacje wykonywał we współpracy z architektem Peterem Pelikanem.

Budynki do leczenia

W Szpitalu Uniwersyteckim w Grazu według pomysłu Hundert- wassera powstał jedyny w Austrii kolorowy oddział onkologiczny. Kiedy oglądamy tablicę, na której wywieszono zdjęcia lekarzy, dostrzegamy brzmiące znajomo nazwisko. Okazuje się, że nosi je jedyna Polka zatrudniona w tym szpitalu – doc. Joanna Szkandera. – Ten oddział bardzo podoba się chorym, przyzwyczajonym dotąd do wzbudzającej lęk sterylnej bieli. Dlatego oprócz sal dla osób poddawanych chemioterapii i naświetlaniom stworzyliśmy tu także izbę przyjęć – opowiada pani doc. Szkandera, zastępca ordynatora, a zarazem lekarz domowy, internista i onkolog. Pracuje w tym szpitalu od 10 lat i świetnie mówi po polsku. Jej rodzice – Zofia i Antoni wyjechali z kraju, kiedy miała 8 lat. Mama pochodzi z Czeladzi, a tata z Krakowa, więc lekarka co jakiś czas odwiedza rodzinne strony. – Na onkologii mamy 30 łóżek i jako jedyni w szpitalu używamy kolorowej pościeli – pokazuje wesołe szpitalne sale. Są tak urządzone, żeby ludzie cierpiący na poważną chorobę cieszyli się bogactwem kolorów i nie mieli ochoty dopuszczać myśli o żegnaniu się ze światem. – Tutaj więcej rozmawiam z pacjentami niż wtedy, kiedy pracowałam na internie – mówi pani doktor. Kiedy robi się cieplej, zawsze znajduje chwilę, żeby wspólnie z chorymi usiąść na balkonie, znajdującym się na dachu budynku. W centrum małego placyku szemrze fontanna, wokół niej stoją kosze, jak na plaży w Międzyzdrojach. Przebudowę budynku ukończono w 1994 roku. – Profesor Samonigg zaangażował mnie jako doktora architektury – powiedział podczas otwarcia Hundert- wasser. – Pozbawiony duszy tutejszy oddział onkologii wymagał leczenia. W klinikach i szpitalach nie można zdrowieć, gdy same budynki szpitalne są chore..

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.