Morderczy chaos

Jeden z wątków słowackiego filmu, zatytułowanego „Czerwony kapitan”, dotyczy relacji pomiędzy czechosłowacką służbą bezpieczeństwa a Kościołem.

Po raz pierwszy od lat na ekrany naszych kin trafia film słowacki. No, może nie do końca, bo został nakręcony w koprodukcji, ale jego twórca jest Słowakiem. Kiedyś filmy ze Słowacji trafiały do naszych kin studyjnych, chociaż nie było ich wiele. Starsi widzowie z pewnością pamiętają filmy Juraja Jakubiska, najwybitniejszego słowackiego reżysera, autora znakomitej „Tysiącletniej pszczoły” czy „Pani Zimy”. Ale to było dawno, bo jego ostatnie filmy, w tym „Hrabina Bathory”, nie dorównują wcześniejszym, żadnego z nich zresztą nie oglądaliśmy w kinach. Był co prawda „Janosik”, ale nakręciła go polska reżyserka Agnieszka Holland.

„Czerwony kapitan”, który pojawi się w naszych kinach, również powstał we współpracy z Czechami i Polską. Udział strony polskiej jest znaczący, bo część zdjęć kręcono w Krakowie, a ich autorem jest Polak, Kacper Fertacz. Już jednak na wczesnym etapie produkcji reżyser Michal Kollár na odtwórcę roli głównej wybrał Macieja ­Stuhra, który zagrał w towarzystwie słowackich i czeskich aktorów. Film okazał się największym rodzimym tegorocznym hitem na Słowacji. Czy równie dobrze poradzi sobie w Polsce? Nie bardzo w to wierzę, bo to film kryminalny, reklamowany jako thriller, który niczym specjalnie się nie wyróżnia. Podobnych, i to znacznie lepszych, powstało i powstaje na całym świecie wiele. Ale warto go obejrzeć z jednego, co prawda pozaartystycznego, powodu.

Gwóźdź w głowie

Znaczący sukces filmu na Słowacji z pewnością ułatwił fakt, że jest ekranizacją powieści Dominika Dána, autora niezwykle tam popularnego. Kilka z jego 21 wydanych na Słowacji tytułów ukazało się również w Polsce. Dán to pseudonim. Pisarz starannie strzeże swojej prywatności, jego nazwisko znają tylko najbliżsi współpracownicy i nieliczni dziennikarze. Fabułę swoich powieści opiera na autentycznych wydarzeniach, sam pracuje w wydziale kryminalnym policji w Bratysławie. Richard Krauz, bohater jego rozgrywających się w nienazwanym mieście kryminałów, jest, podobnie jak autor, oficerem policji.

Dlaczego reżyser przeniósł właśnie tę, a nie inną książkę Dána na ekran? Sam reżyser „Czerwonego kapitana” w wywiadzie dla słowackiego dziennika „Prawda” stwierdził, że głównym powodem, był czas akcji, w jakim rozgrywają się opisane w niej wydarzenia, i sprawa współpracy pomiędzy czeską służbą bezpieczeństwa a przedstawicielami Kościoła w byłej Czechosłowacji. Akcja filmu rozgrywa się w 1992 r., 2,5 roku po aksamitnej rewolucji i kilka miesięcy przed „aksamitnym rozwodem”, czyli pokojowym podziałem Czechosłowacji na dwa osobne państwa. Film nie jest wiernym przeniesieniem książki na ekran. Scenarzyści zrezygnowali z niektórych wątków, inne są tu powody zbrodni, kto inny też okaże się mordercą.

Richard Krauz, młody śledczy, zakończył właśnie dochodzenie w sprawie seryjnego zabójcy, postaci autentycznej. Obiecuje żonie, że wreszcie będzie miał więcej czasu dla rodziny, ale wyszło jak zwykle. Na jednym z cmentarzy w czasie robót budowlanych odkryte zostają zwłoki ze śladami licznych obrażeń. Co więcej, w czaszkę zmarłego ktoś wbił gwóźdź. Czy pochowany jeszcze w latach 80. człowiek został zamordowany? Jeżeli tak, to z jakich powodów zginął, kto był sprawcą okrutnych tortur? Krauz wraz ze swoim partnerem Edo Burgerem mają wyjaśnić zagadkę. W trakcie dochodzenia okazuje się, że nie jest to zwykły przypadek kryminalny. Ofiarą był niejaki Klokner, który przez lata pracował dla Kościoła poddanego brutalnym prześladowaniom w czasie rządów komunistycznych w Czechosłowacji. Klokner w ostatnich latach swojego życia był zakrystianem. Jednak odkrycie zwłok i dochodzenie nie są nikomu na rękę. Mimo mnożących się przeszkód młody policjant ze swoim doświadczonym towarzyszem, który w policji pracuje od dawna, usiłują doprowadzić sprawę do końca. Nie wiedzą, że ci, którym zależy, by sprawę odłożyć ad acta, gotowi są na wszystko.

Słowacki kryminał rozczaruje nawet najbardziej wytrwałych miłośników gatunku. Jego jedynym atutem są znakomite zdjęcia, które przynajmniej częściowo oddają klimat czasu, w jakim rozgrywają się wydarzenia. Ale to za mało.

W labiryncie kłamstw

Film składa się z powielanych wielokrotnie w obrazach tego gatunku stereotypów. Z nich zostały także zbudowane przez scenarzystów sylwetki głównych bohaterów. Mamy tu wypalonego pracą i zmęczonego życiem, dążącego jednak uparcie do celu policjanta, czy jego partnera, cynicznego starego wygę z dawnej epoki, nieszczędzącego kolegom i widzom wulgarnych dowcipów. Może te filmowe klisze można by jakoś przełknąć, gdyby nie panujący na ekranie dramaturgiczny chaos, będący następstwem „twórczej” pracy scenarzystów. Należał do nich także reżyser filmu. Oglądamy ciąg niezbyt udolnie powiązanych ze sobą scen, które nie układają się w jakąś logiczną całość. Widz szybko zgubi się w labiryncie przedstawianych wydarzeń i gąszczu niezbyt jasnych powiązań między bohaterami filmu. Kompletną porażką jest też nieczytelne rozwiązanie kryminalnej zagadki. Przypuszczam, że dla tych, którzy nie czytali książki Dominika Dána, zagadką będzie nie tylko finał, ale większość zarysowanych w filmie wątków. Piszę zarysowanych, bo żaden z nich nie został pogłębiony.

„Czerwony kapitan” zasługuje na uwagę z jednego powodu. Rozgrywa się niedługo po obaleniu komunistycznego reżimu w Czechosłowacji, w okresie decydujących przekształceń dla obywateli państwa, które wkrótce przestanie istnieć. W okresie kiedy wywodzące się z dawnych czasów struktury państwowe, w tym policja, muszą dostosować się do zmieniającej się gwałtownie rzeczywistości. To niełatwe zadanie, bo w służbach porządkowych większość personelu, jak widzimy w filmie, wywodzi się z czasów reżimu. Dołączają do nich pozytywnie zweryfikowani funkcjonariusze byłej czechosłowackiej służby bezpieczeństwa. Inni, nieliczni, jak wspominany w filmie tajemniczy „Generał”, siedzą w więzieniu, a pozostali, w tym tytułowy „Czerwony kapitan”, przeszli na emeryturę. Nie znaczy to jednak, że nie odgrywają żadnej roli w życiu publicznym. Wprost przeciwnie. W filmie mordercza sieć byłych agentów wydaje się wszechwładna, z czym właśnie wiąże się wątek rozliczeniowy dotyczący relacji między czechosłowacką służbą bezpieczeństwa a Kościołem.

Wątek ten, ważny dla fabuły filmu, poprowadzony jest w sposób jednostronny, można powiedzieć prostacki. Film wbija widzowi gwóźdź w głowę. Duchowni, a szczególnie wyżsi dostojnicy kościelni, od strony moralnej stoją w nim niewiele wyżej niż pracownicy służb, którzy ich inwigilowali, prześladowali i zmuszali do współpracy. Rzeczywiście skala współpracy księży z władzami była znaczna, nie daje to jednak pełnego obrazu sytuacji Kościoła w Czechosłowacji. Nie wszyscy widzowie wiedzą, jak brutalnie prześladowano Kościół czechosłowacki w czasach komunizmu. Były to represje o wiele gorsze niż w Polsce. Biskupów aresztowano, maltretowano księży, wytaczano im procesy. „Prześladowania kleru i wierzących trwały na Słowacji do ostatniej chwili, do listopada 1989 r., nie było żadnej odwilży” – podsumował ten okres ks. Anton Hlinka w wydanej również w Polsce książce „Siła słabych i słabość silnych. Prześladowanie Kościoła na Słowacji 1945–1989”. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.