Od hipisa do mistyka

„Jestem gotów, Panie” – to cytat z najnowszej płyty Leonarda Cohena, która ukazała się dwa tygodnie przed jego śmiercią. Zgoda zawarta w tych słowach jest owocem długiej, pełnej zakrętów drogi, którą przeszedł artysta.

Słuchanie tytułowej piosenki z ostatniej płyty „You Want It Darker” to przeżycie niemal mistyczne. Niski głos Cohena, zarejestrowany na najbliższym z możliwych planów, brzmi jak szept z zaświatów. „Chcesz, by było ciemniej – gasimy płomień” – mówi bard, a kiedy spojrzymy na wideo, z tekstem koresponduje nieruchomy portret artysty, wyłaniający się z białego okna na czarnym tle. Postać Cohena też jest czarno-biała, a jedynego koloru nadaje obrazowi żar papierosa, z którego unosi się smużka dymu – symbol dopalającego się życia. W tle słychać chór, a potem przejmujący, rdzenny głos, wyśpiewujący hebrajskie słowo „Hineni”, oznaczające „Oto jestem”. To właśnie tym słowem Mojżesz, Abraham i Samuel odpowiadali na wezwanie Boga.

Życie i legenda

Jeśli prześledzi się biografię Leonarda Cohena, ta zgoda nie jawi się wcale jako coś oczywistego, ale raczej jako owoc długiej, pełnej zakrętów drogi, którą przeszedł artysta. Urodzony w 1934 roku w Montrealu, w żydowskiej rodzinie (jego ojciec miał także polskie korzenie), debiutował najpierw jako poeta i powieściopisarz. Niewiele wskazywało na to, że będzie śpiewać, a już tym bardziej, że zaśpiewa teksty takie jak ten zacytowany na wstępie. Jego powieść „Piękni przegrani” z 1966 roku zawiera dużą dawkę perwersyjnej erotyki. To był czas, kiedy Cohen prowadził intensywne życie towarzyskie i, jak sam mówił, „miał coś wspólnego z hipisami”. Otaczał się pięknymi kobietami i eksperymentował z LSD. Raczej też nie biedował, bo – zdaniem biografów – otrzymywał w tamtym czasie niemałe granty literackie.

Z dużym dystansem należy więc traktować jego opowieści o tym, że zaczął śpiewać, bo trudno mu było wyżyć z pisania. To raczej część legendy, którą starał się stworzyć wokół własnej osoby. Niektórzy uważają, że do tej legendy należą również liczne romanse artysty, a w każdym razie, że było ich znacznie mniej, niż wieść gminna głosi. W autokreacji Cohen upodabnia się zresztą trochę do innego barda z tego samego pokolenia – Boba Dylana.

Tak czy inaczej, dobrze się stało, że Cohen zaczął łączyć swoje teksty z muzyką, bo właśnie z tego połączenia wyniknęło wszystko, co najlepsze w jego twórczości. Poszedł jednak w trochę inną stronę niż Dylan – występował głównie z towarzyszeniem gitary akustycznej, do której czasem dołączały łagodne partie innych instrumentów. Dopiero w późniejszych latach aranżacje stały się nieco bardziej rozbudowane, a głos Cohena, który przez lata znacznie się obniżył, częściej słyszeliśmy w intymnych melorecytacjach niż w lirycznym śpiewie.

Bard uniwersalny

Nie zmieniło się natomiast jedno: rola słowa, które ma tutaj znaczenie kluczowe. To również odróżnia Cohena od Dylana: o ile słowa piosenek tegorocznego noblisty pozbawione muzyki tracą dużą część swojej mocy, teksty autora „Hallelujah” możemy bez problemu czytać jak wiersze. Choć oczywiście Cohen również miał talent do tworzenia pięknych melodii. To dlatego piosenki takie jak „Dance Me to the End of Love”, „I m Your Man” czy „In My Secret Life” mogły stać się przebojami.

Trzeba tu jednak dodać, że skala popularności kanadyjskiego barda jest w naszym kraju wyjątkowa. Dość powiedzieć, że w Polsce był przez wiele lat bardziej znany niż w swojej ojczyźnie. Spora w tym zasługa Macieja Zembatego, który popularyzował twórczość Cohena. Nie tylko tłumaczył, wraz z Maciejem Karpińskim, wiele jego dzieł, ale także z powodzeniem je wykonywał. To m.in. dzięki niemu autor „Słynnego niebieskiego prochowca”, przybywając do Polski w 1985 r., mógł wypełnić największe hale koncertowe. Cohen spotkał się wówczas z Lechem Wałęsą i wygłosił sporo pozytywnych słów na temat „Solidarności”, co poskutkowało kilkumiesięcznym szlabanem na jego piosenki w Polskim Radiu.

Pieśniarz wzbraniał się jednak przed przypisywaniem mu roli barda „Solidarności”, co było zrozumiałe. Jego twórczość miała przecież charakter uniwersalny. Pisał dużo o miłości – sporo jego piosenek to erotyki, oczywiście o wiele bardziej subtelne niż wspomniana proza z lat sześćdziesiątych. Z czasem coraz większe znaczenie zaczęła mieć też w jego utworach tematyka religijna, obecna już wcześniej w licznych nawiązaniach biblijnych. Wydaje się, że w ostatniej fazie twórczości stała się ona motywem przewodnim.

Niemal ludzki Jezus

Relacja poety z Bogiem, zapisana w tekstach piosenek, wydaje się dość skomplikowana. Z jednej strony znajdziemy tam „Opowiadanie Izaaka”, z pytaniem o granice posłuszeństwa wobec Boga, z drugiej – pokorne, pełne wyciszenia „Jeśli wola Twa”. Jeszcze ciekawiej przedstawia się stosunek Cohena do Jezusa, którego w „Suzanne” bard nazywa „niemal ludzkim”, przypisując Mu w poetyckiej wizji zwątpienie. A jednak słowo „niemal” sugeruje bóstwo Jezusa. Brzmi to nieco dziwnie w ustach człowieka, który w 1997 roku nadal deklarował, że „jest żydem i nie szuka nowej religii”.

Skąd więc u Leonarda Cohena fascynacja postacią Nazarejczyka? Być może wyjaśni to lepiej fragment rozmowy, którą z poetą przeprowadził pisarz Larry Sloman. Cohen mówi tam: „Jezus pokierował swoim życiem w ten sposób, że nic nie oddzielało Jego woli od woli Boga. Jest to osiągnięcie wszystkich wielkich mistrzów. Był prawdziwy. Nie miał wątpliwości. Przekroczył piekło. Piekło wątpliwości. (...) Przez moment pokazał siebie jako człowieka. Ale to nie ma znaczenia. (...) gość, który napisał »Kazanie na Górze«, rzucił wyzwanie, do którego nawet nie zbliżyło się żadne społeczeństwo. Żadna ideologia, nawet najdziksza i najbardziej radykalna wersja komunizmu, braterstwa czy czegokolwiek, nie zbliżyła się do właściwego skierowania niezgłębionej szlachetności tamtych deklaracji. Uważamy dzisiejszy świat za okrutny, lecz wyobraźmy sobie, jaki był wtedy, kiedy On powstał i powiedział: »Błogosławieni łagodni, albowiem oni odziedziczą ziemię«. Nie było nigdy nauczyciela o takiej potędze moralnej, kogoś, kto naprawdę stanąłby obok nędzarza, przestępcy i prostytutki”.

Światło w ciemności

Jeszcze bardziej komplikuje obraz religijności Cohena jego pobyt w Centrum Zen niedaleko Los Angeles. Miało to miejsce w latach 1994–1999. Pieśniarz uczył się tam medytacji, przygotowywał posiłki dla swojego mistrza, nie stał się jednak buddystą. W rozmowie z dziennikarką Kingą Dębską wyznał, że potrzebował tego czasu, aby uporządkować swoje życie, w którym było dużo chaosu. Przyznał też, że zażywane dawniej duże ilości narkotyków stały się przyczyną powracającej depresji. Po pięciu latach tej specyficznej pustelni miał jednak powrócić jako nowy człowiek. Powrócił też ze świetnym albumem „Ten New Songs” i wielkim przebojem „In My Secret Life”. To już ten Cohen, którego spotykamy także na ostatniej płycie: niezwykle intymny, wyszeptujący do naszego ucha najgłębsze tajemnice swojego serca: „Maskuję gniew uśmiechem/ Nie cofam się przed zdradą i kłamstwem/ Robię wszystko co trzeba/ Żeby przetrwać/ Ale wiem, co jest dobre a co złe/ I oddałbym głowę za prawdę/ W moim tajemnym życiu” (tłum. Daniel Wyszogrodzki).

Michał Kuźmiński celnie zauważył niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że słowem kluczem, ciągle powracającym w tekstach Cohena, jest broken, czyli „złamany”. Symbolizuje ono rozdarcie, którego śpiewający poeta doświadczał na wielu poziomach swojego życia. Ale, jak mówił kiedyś w piosence „Anthem”, jest ono potrzebne, aby mogło się przez nie przebić światło. Wydaje się, że w życiu Cohena tak właśnie się stało. W tytułowym utworze z ostatniej płyty szepcze on przecież w stronę Boga: „Jeśli jesteś uzdrowicielem/ To znaczy, że jestem rozbity i chromy”. W tym kontekście ciemność, o której mowa w tytule piosenki, należałoby nie tyle łączyć z Bogiem, ile z kondycją człowieka zmagającego się ze Stwórcą na wzór biblijnego Jakuba walczącego z aniołem. Jest to ujęcie bliskie doświadczeniu mistyków, takich jak św. Jan od Krzyża, który mówił, że dusza zbliżająca się do światła zostaje przez nie oślepiona i dlatego odbiera je jako ciemność. W tej ciemności 82-letni Leonard Cohen staje i mówi: „Oto jestem”. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.