Żniwo gniewu

W filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” przeraża płynący z ekranu stek wulgaryzmów oraz skala brutalnych aktów przemocy.

Martin McDonagh, brytyjsko-irlandzki dramaturg, scenarzysta i reżyser filmowy, wyjaśniał, że pomysł na scenariusz tego filmu zrodził się w czasie podróży po USA. W jednym z południowych stanów przez okno autobusu dostrzegł gdzieś w polu kilka billboardów z gniewnym żądaniem, by policja wyjaśniła nierozwiązaną zbrodnię. Zadał sobie wówczas pytanie, jak boleśnie musiała zostać zraniona osoba, która zamieściła takie desperackie wezwanie.

Nagrodzone czterema Złotymi Globami „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” otrzymały również siedem nominacji do Oscara, doczekały się powszechnego uznania krytyków i odniosły sukces frekwencyjny. Rzeczywiście, obraz McDonagha ogląda się dobrze, co jest wielką sztuką w sytuacji, kiedy film oparty jest na kliszach. A tych jest niemało, m.in. rasizm i feminizm. Chociaż został nakręcony jeszcze przed wybuchem afery Weinsteina, z pewnością miała ona wpływ na odbiór filmu przez widzów i krytykę.

Gdzieś na prowincji

Historia rozgrywa się w fikcyjnym miasteczku Ebbing w Missouri. Już na początku czujemy, że miejscowość najlepsze dni ma za sobą, a nostalgiczne ballady tylko to wrażenie pogłębiają. Pierwszoplanową bohaterką filmu jest Mildred Hayes, kobieta w średnim wieku. Mąż porzucił ją i związał się z pracującą w miejskim zoo 19-letnią dziewczyną. Mildred mieszka teraz z dorastającym synem. Wkrótce dowiadujemy się, że kilka miesięcy wcześniej dotknęła ją niewyobrażalna tragedia. Straciła córkę, która została zgwałcona i w brutalny sposób zamordowana. Policja, zdaniem matki, nic w tej sprawie nie zrobiła. Zdesperowana kobieta postanawia wynająć trzy podniszczone billboardy stojące przy mało uczęszczanej drodze w pobliżu Ebbing. Zamieszcza na nich pytania będące w istocie oskarżeniem miejscowego szefa policji, Willoughby’ego, o bezczynność w sprawie morderstwa. Zgodnie z oczekiwaniami jej działania przynoszą efekt, zarówno zamierzony, jak i (tak przynajmniej się wydaje) nie całkiem oczekiwany. Sprawą zaczyna interesować się lokalna stacja telewizyjna, która nagłaśnia historię. Billboardy stają się swego rodzaju papierkiem lakmusowym, który ujawnia zróżnicowane postawy mieszkańców miasteczka wobec działań Mildred. Prowokują też nieprzewidywalne reakcje, które nie mają bezpośredniego związku z tragedią kobiety. Taki jest punkt wyjścia „Trzech billboardów...”. I chociaż na początku stajemy po stronie Mildred, z czasem nabieramy dystansu do tego, co robi.

Wszyscy są gangsterami

Działania Mildred napędza gniew skierowany przeciwko wszystkim, czym kobieta naraża się na powszechną dezaprobatę. Ale czy za tym nie kryje się również poczucie winy, co sugeruje jedna krótka scena filmu? Czasem bohaterka wyraża swoje uczucia tekstami zaczerpniętymi z poprawnościowej narracji dotyczącej pedofilii wśród duchownych. Przykładem może być monolog, jaki wygłasza w czasie odwiedzin o. Montgomery, który usiłuje przekonać Mildred, że powinna skończyć z billboardową kampanią, bo uderza w człowieka, który cieszy się zaufaniem mieszkańców miasta. Nie wiemy, jakie wyznanie reprezentuje w filmie o. Montgomery, ale kobieta porównuje jego Kościół do jednego z działających na ulicach wielkiego miasta gangów. Dodaje, że jeżeli jeden z gangsterów zabije człowieka, winni są wszyscy członkowie gangu. Podobnie jest z duchownymi. Jeżeli któryś z nich okazał się pedofilem, winni są wszyscy, łącznie z o. Montgomerym, któremu zabrania oceniać swoje działania. Wydaje się to kolejną, powtarzaną w hollywoodzkich produkcjach kliszą, gdzie postać przyzwoitego księdza byłaby politycznie niepoprawna. Oczywiście zdarzają się rzadkie wyjątki. Trudno zrozumieć, jakie znaczenie dla filmu ma ta scena. Idąc śladem tego rozumowania, można wyciągnąć wniosek, że gangsterami są nie tylko policjanci, ale wszyscy mężczyźni, ponieważ jeden z nich dopuścił się zbrodni.

W miarę rozwoju akcji rodzą się wątpliwości co do przesłania filmu. Można określać go jako czarną komedię, ale jeżeli już, to raczej jako bardzo, bardzo czarną. I smutną, bo nawet sceny, które mają budzić uśmiech, w kontekście raczej nie śmieszą. Tej czerni nie rozświetla nawet, mimo wysiłków reżysera, niezbyt przemyślane zakończenie filmu. To raczej pójście na łatwiznę. Oczywiście w komediach nie zawsze liczy się logika. Film McDonagha nie jest jednak czystą komedią. Znajdziemy tu elementy dramatu, westernu i kina sensacyjnego, a niektórzy bohaterowie przypominają postaci z komiksu. To gatunkowe pomieszanie nie wyszło filmowi na dobre. Zawodzi także dramaturgia. Niektórym scenom brak logicznego umocowania w narracji. W filmie znalazło się tak dużo wątków, że nie wystarczyło czasu na ich rozwinięcie. Wydaje się, że reżyser odwołuje się do wiedzy i inteligencji widza, co jest rzeczą jak najbardziej chwalebną. Jednak po obejrzeniu filmu zdajemy sobie sprawę, że chociaż przedstawione w nim wydarzenia rozgrywają się współcześnie, z realiami nie mają wiele wspólnego.

Świat mrocznej baśni

To raczej bardzo mroczna baśń filmowa, w której znaleźć można przebłyski ironii i humoru rodem z filmów braci Coen. Ale tylko czasami. Obraz amerykańskiego miasteczka hołdującego uprzedzeniom wobec wszelkiego rodzaju mniejszości, w którym policja nieustannie, a do tego bezkarnie dopuszcza się aktów przemocy, to klisza zaczerpnięta z filmów i literatury opisujących rzeczywistość południowych stanów USA w dawnych latach. Dzisiaj każdy przypadek przemocy wobec czarnoskórych obywateli zostałby nagłośniony i stałby się sprawą ogólnokrajową. Tak samo mało przekonuje wrogość, z jaką odnoszą się do siebie mieszkańcy. Właściwie żaden z nich nie potrafi rozmawiać, najczęściej widzimy, jak na siebie krzyczą. Przerażają wulgaryzmy, płynące z ekranu, i skala pokazanej przemocy. Mildred na początku budzi sympatię widza, bo przecież przeżyła śmierć córki i żąda tylko sprawiedliwości. Żałoba przeradza się w gniew wobec świata, a jej działania stają się coraz bardziej irracjonalne, aż stają na pograniczu obsesji. Uderza we wszystkich niezależnie od konsekwencji, jakie przynosi to tym, którzy z tragedią nie mieli nic wspólnego. Czy gniew jest sposobem na dojście do ładu ze światem i samym sobą?

Wykreowana w „Trzech billboardach…” rzeczywistość jest światem odrealnionym. Razi sztucznością nagła ewolucja postaci Dixona, najbardziej negatywnej postaci w filmie. Dixon jest policjantem, brutalem, seksistą i rasistą, który zmienia się pod wpływem wysłanego zza grobu listu, przeżywając swego rodzaju odkupienie. Czy łaska może wypłynąć z grzechu, aktu przemocy skierowanego wobec siebie samego? Czy to odkupienie ma jakąś duchową podstawę? Tego się nie dowiemy.

Nie wiem, czy wszyscy widzowie zwrócą uwagę na jedną z pierwszych scen filmu, rozgrywającą się w biurze Reda Welby’ego, właściciela firmy wynajmującej billboardy. Welby czyta właśnie opowiadanie „Trudno o dobrego człowieka” Flannery O’Connor, katolickiej pisarki z amerykańskiego Południa. Niewątpliwie reżyser wskazuje trop, jakim powinien podążać widz jego filmu. O’Connor podejmowała tematy trudne, niektóre jej opowiadania budzą przerażenie. Jednak wierzyła, że opisywana przez nią przemoc mogła się stać, jak to nazywała, „drogą łaski”. A w chrześcijaństwie łaska jest darem udzielanym człowiekowi przez Boga i nie wiąże się z żadną zasługą. Trop wskazany w filmie przez reżysera wiedzie nas na manowce. •

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, reż. Martin McDonagh, wyk.: Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, USA 2017

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • E
    05.03.2018 19:24
    Moim zdaniem amerykańskie kino jest już tak mocno przesiàknięte propagandà że nawet dobry pomysł I ciekawa fabuła zazwyczaj sà niszczone przez różne " ukryte przesłania tworzone na zapotrzebowanie różnego rodzaju lobby
  • Kas
    06.03.2018 14:21
    Obejrzałam ten film z niekłamanym zainteresowaniem, mimo przemocy i ogromnej dawki przekleństw, uważam przeciwnie niż autor tekstu - że wszystko w "3 billboadrach..." do siebie idealnie pasuje. Nie ma niezamkniętego wątku i niedokończonej postaci, co razi w wielu produkcjach. Film oceniam bardzo dobrze, też ze względu na ścieżkę muzyczną, która jest bardzo dobrze dobrana do tego rodzaju filmu - trochę western, trochę dramat, trochę komedia. Nie uważam też, że widz zostaje z czarnym obrazem świata - wręcz przeciwnie - film pokazuje mozolną walkę z ludzką naturą, w której jest opieszałość, gniew, jest smutek i niekiedy brutalność - ta walka jest walką o sprawiedliwość, której przecież główna bohaterka ma prawo się domagać. Jeśli chodzi o otrzymane nagrody to z pewnością się należały, szczególnie za pierwszoplanową rolę żeńską.
  • Ilona
    22.04.2018 08:20
    Myślę, że film trzeba zobaczyć żeby go zrozumieć i mieć o nim własne zdanie. Natomiast piszącemu tę recenzję wyraźnie zależy na zniechęceniu potencjalnych widzów którzy zdanie o tak zwanych "sługach bożych" mogliby mieć podobne jak Mildred. Myślę również, że kluczem do zrozumienia tej recenzji jest ten fragment: "Wydaje się, że reżyser odwołuje się do wiedzy i inteligencji widza, co jest rzeczą jak najbardziej chwalebną. Jednak po obejrzeniu filmu zdajemy sobie sprawę, że chociaż przedstawione w nim wydarzenia rozgrywają się współcześnie, z realiami nie mają wiele wspólnego", który należy rozumieć tak: "Wydaje się, że reżyser odwołuje się do wiedzy i inteligencji widza, co jest rzeczą jak najbardziej chwalebną. Jednak po obejrzeniu filmu zdajemy sobie sprawę, że nam powyższych cech zabrakło."
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.