Ślady po atramencie

Po Władysławie Syrokomli w dworku na Borejkowszczyźnie zachował się jego kałamarz. Dziś w znajdującym się tam muzeum odbywają się zajęcia z kaligrafii, podczas których dzieci, jak kiedyś poeta, zanurzają gęsie pióra w kałamarzach.

Lekcje kaligrafii są niezwykłe nie tylko na Litwie – mówi Anna Taukiń, z wykształcenia specjalistka nauczania początkowego i właśnie kaligrafii. W Muzeum Władysława Syrokomli na Borejkowszczyźnie uczy pięknego pisania zarówno uczniów polskich szkół na Litwie, jak i chętnych odwiedzających to miejsce. – Można świętować pisanie, nie tylko będąc dzieckiem, ale i w moim wieku, bo to bardzo pożyteczne.

Kaligrafię uznaje za świętowanie, bo to prawdziwa sztuka celebrowania zapisu liter, rozwijająca sprawność ręki, ucząca cierpliwości, kształtująca linię pisma. – Nasz umysł pracuje poprzez rączki. Palce i mózg są ze sobą związane – wyjaśnia pierwszoklasistom z gimnazjum w pobliskich Rukojniach. Pyta, czy pani Anna Bakuło, ich wychowawczyni, zadaje dużo prac pisemnych.

– Tak! Często piszemy dyktanda! – odpowiadają chórem.

– To bardzo dobrze, bo pani dba, żeby wasze umysły rozwijały się, żebyście byli mądrzy – podsumowuje. – Nie przeżywajcie, jeżeli wybrudzicie ręce, bo łatwo je wyczyścić.

Uczestniczący w lekcji uczniowie ubrani są tak, jak chodziło się w polskich szkołach w latach 60. i 70., w granatowe mundurki ze śnieżnobiałymi kołnierzykami koszul i bluzek. Wielu pod koniec zajęć ogląda ubrudzone atramentem dłonie. Te ślady da się wyszorować szczoteczką. Ważne, żeby w ich pamięci przetrwały też inne ślady: zapach atramentu, drapanie gęsiego pióra o kartkę, wysiłek zapisu każdej litery. Pisząc, odkrywają, że każda z nich ma swoją wagę, jak w poezji dawnego gospodarza tego dworku – Syrokomli.

Twarz jak płótno

Po przedstawieniu się sobie żartujemy, że na Borejkowszczyźnie najpopularniejsze imię to Anna. Okazuje się, że noszą je: instruktorka kaligrafii, wychowawczyni pierwszoklasistów i wiele mam uczniów. Dzieciaki zapisują je gęsimi piórami na kartkach jako ulubione. Podobnie jest z nazwiskiem Bakuło, bo tak przedstawia się też pomysłodawczyni przedsięwzięcia, dyrektorka muzeum o imieniu Helena. Jest po polonistyce, uczyła też plastyki, a w 2011 r., po renowacji dworku, zaczęła kierować tą placówką, położoną 16 km od Wilna, przy starej trasie na Mińsk. Wtedy dworek otrzymał status muzeum i stał się centrum informacji turystycznej regionu wileńskiego. Od tego czasu oprócz warsztatów tkactwa, ceramiki i lania świec odbywają się tu cykliczne zajęcia „Syrokomla piórem”, czyli nauka kaligrafii dla dzieci z polskich szkół.

– Może mam to zamiłowanie po swojej cioci, rocznik 1924, urodzonej za czasów polskich, która uczyła się z dawnego podręcznika kaligrafii – zastanawia się. – W szkole dzieci piszą obsadką i tutaj mogą porównać swoje warunki pracy z tymi, jakie miał w XIX w. Syrokomla. Ten bardzo popularny w swoich czasach poeta, który naprawdę nazywał się Władysław Ludwik Kondratowicz, przyjechał tu w 1853 r. jako trzydziestolatek i mieszkał do śmierci przez 9 lat. Pochodzącego ze zubożałej szlachty poety nie stać było na kupno dworku i folwarku, ale wydzierżawił go od Benedykta Tyszkiewicza. Przedtem w Wilnie napisał wiersz „Śmierć słowika”, w którym utożsamił się z tytułowym ptakiem, który wpadł pod koła powozu, bo nie umiał znaleźć się w wielkim mieście. Na Borejkowszczyźnie powstały jego 24 doceniane przez współczesnych utwory. „Lirnik wioskowy”, jak sam o sobie pisał, był wtedy na Litwie jednym z najpopularniejszych poetów. Wydawcy zabiegali o jego nowe utwory, płacąc mu po 2 złote, a nawet pół rubla od wiersza. Józef Szostakowski, przewodnik po muzeum, emerytowany profesor wileńskiej polonistyki, sam uznany poeta i pisarz, podkreśla, że Syrokomla należał do nielicznych autorów, którzy w tamtych czasach potrafili pracą literacką z powodzeniem zarabiać na utrzymanie gospodarstwa i rodziny.

Wincenty Korotyński, pomocnik i sekretarz Syrokomli, tak opisywał intensywną pracę artysty: „Czasami tak się zdarzało, że z Niemieży przysyłano (na Borejkowszczyznę) po ratę dzierżawną. W Borejkowszczyźnie szabasował nabywca przyszłego poematu, a jego autor przez całą noc i jeszcze dobrą część dnia nazajutrz siedział przy świecy nad stolikiem w pokoju z zamkniętymi okiennicami. Gdy drzwi się otwierały i stawała w nich blada jak płótno twarz poety, to oznaczało, że jakiś utwór [...] wysypał się na papier i oczekuje tylko przepisania, z którym na gwałt potrzeba się śpieszyć”.

Gęsie i łabędzie

Uczniowie uczą się kaligrafii w dawnych pokojach gościnnych z kaflowym piecem. W latach 1919–1969 mieściła się tu mała szkoła. – Program w początkówce jest trudny, dlatego piszemy bardzo dużo, żeby wypracować nawyk pisania – tłumaczy ich wychowawczyni Anna Bakuło. – Takie nietypowe lekcje odbywane raz na jakiś czas lepiej zapadają w pamięć.

– Starsi uczniowie bardziej ciekawią się aktualnymi gadżetami elektronicznymi, ale młodsi fascynują się pisaniem gęsim piórem, stalówką i odpowiednio zaostrzonym patyczkiem – opowiada Anna Taukiń. Instruuje uczniów, jak mają korzystać z rozcieńczonego w kałamarzach atramentu: – Zanurzamy w nim gęsie pióro, żeby stopniowo ściekał na jego koniuszek. Jeśli nie pisze, to trzeba postukać.

Wyjaśnia, że ptasie pióra były narzędziami pisarskimi od VI do XIX wieku. Robiono je z lotek gęsi, rzadziej łabędzi, wron, sów, jastrzębi, czy nawet indyków. Najłatwiej było zdobyć gęsie pióro, dlatego było najpopularniejsze. Najdroższe było z łabędzia. Pokazuje, że każda lotka musi być odpowiednio ścięta pośrodku, aż powstanie w niej otworek. – Możecie końcówki pióra dotknąć palcem, nieważne, że jest czarna, nie wybrudzicie się nią, bo ten kolor świadczy tylko o tym, że tym piórem pisało wiele osób. Kto powie, jakiego ptaka to pióro? – pyta.

– Gęsi! Bo nasza pani nam mówiła – zdradzają uczniowie.

– Bardzo ważny przy ładnym pisaniu jest wasz układ ciała – zwraca uwagę kaligrafka. – Przeszkadza takie siedzenie, kiedy lubimy nogę na nogę sobie zakręcić. Kiedy naciska się pióro, mięśnie się napinają, a po skończonej pracy trzeba je odprężyć.

Zachęca, żeby koniecznie rozluźnili ręce po pisaniu i nie zamykali zeszytów, bo litery muszą wyschnąć. – Czy poeta ciężko pracował, pisząc? – pyta na zakończenie.

– Ciężko! – odpowiadają zgodnie uczniowie. Jest przekonana, że kaligrafia to dobra terapia uspokajająca: – Dzieci, które są w szkole nieposłuszne, tu zachowują skupienie. Dorośli, jeśli czują się zdenerwowani, powinni usiąść i pisząc, przelać swoje myśli na kartkę, a minie im napięcie.

Oprócz gęsich piór uczestnicy zajęć używają stalówki z cienkim, rozdwojonym na końcu ostrzem ze stalowej blachy, od której pochodzi jej nazwa, i odpowiednio przyciętych patyczków, takich, jakimi je się w chińskich restauracjach. – Odręczne pisanie ma swoje tajemnice – mówi. – Jak coś napisze się raz, to nie da się tego identycznie powtórzyć. To też sposób na okazanie szacunku odbiorcy, który czuje się ważny. Coraz modniejsze stają się ręcznie pisane certyfikaty, dyplomy, zaproszenia. Dzieciaki wypisują laurki dla mamy czy babci, a młodzież – kartki walentynkowe. – Takie życzenia są pełne ciepła, odczuwa się zapach piszącego je – uważa. Na koniec zajęć Ernest, Oskar, Norbert i dziewięcioro pozostałych uczniów piszą na kartkach z wizerunkiem poety jego imię i nazwisko. Zabiorą je ze sobą na pamiątkę do domu.

Katharsis

– Syrokomlę zagrzebały niepamięć i postęp cywilizacyjny – mówi Józef Szostakowski. – Nie wytrzymał, tak jak Mickiewicz, w tym bałaganie. Urodził się, kiedy wieszcz wyjechał z Wilna, i nigdy się nie spotkali. Był, chcąc nie chcąc, jego epigonem. W „Urodzonym Janie Dęborogu” możemy znaleźć inwokację podobną do tej z „Pana Tadeusza”: „Ziemio moja rodzona, Litwo moja święta,/ Żółtym piaskiem i drobną trawą przytrząśnięta (...)”. Wśród ważnych dzieł Syrokomli stworzonych na Borejkowszczyźnie trzeba wymienić poemat bohaterski z dziejów Litwy „Margier” i pierwszy przewodnik turystyczny „Wycieczki po Litwie w promieniach od Wilna”.

W prawym skrzydle dworku, gdzie znajdował się gabinet poety, można obejrzeć jego meble, księgozbiór, dziesięciotomowe wydanie jego dzieł, świadectwo ze szkoły w Nieświeżu, na którym widnieją same dziesiątki (najwyższe noty). Oprócz kałamarza zachowały się też nożyk do otwierania kopert i kawałek zegara słonecznego, który wykopał, bo zajmował się również archeologią. Szostakowski zwykł pytać dzieci zwiedzające muzeum, jak długo żyje książka, i podpowiada im, że wielokrotnie przeżywa autora. Pokazuje kartkę, jaką do swoich książek wklejał Syrokomla: „Książka musi być zwrócona cała i niepoplamiona”, i zachęca, żeby trzymać się tego przesłania.

Konrad Obst, dziennikarz i kolekcjoner, twórca muzeum Mickiewicza w Wilnie, tak opisał to miejsce 50 lat po śmierci Syrokomli: „(…) Pokoik poety: narożny, pięć kroków wzdłuż i tyleż może w szerokość, skromna to izdebka, lecz zawsze słoneczna. Zamiast firanek od słonecznej spiekoty – za oknem gąszcz bzów i jaśminów; oko tonie w świeżej zieleni, przetkanej gęsto złotymi promieniami słońca”. Sam Syrokomla w wierszu „Borejkowszczyzna” opisał swoje otoczenie w strofach wiersza: „Nie mój to domek, nie moja gleba/ Choć chleb mi rodzi przez lato,/ Moim jest tylko ten błękit nieba,/ Co się unosi nad chatą”. Obok biurka poety 31-letni Syrokomla patrzy na nas z portretu pędzla Adama Szemesza. – Inteligentny człowiek, na którego twarzy widać ślady dręczącej go gruźlicy – mówi Szostakowski.

W sąsiednim pokoju przy stole ustawiono papierowe sylwetki bywających tu osobistości. W XXI w. było tu małe centrum intelektualne, które odwiedzali: Stanisław Moniuszko, który stworzył muzykę do jego „Śpiewników domowych”, pisarze Ignacy Chodźko i Antoni Edward Odyniec, redaktor Adam Kirkor, archeolog Eustachy Tyszkiewicz. Zwiedzający obowiązkowo wychodzą do ogrodu, gdzie znajduje się stolik z blatem z kamienia młyńskiego, na którym pisał swe utwory „lirnik wioskowy”. Według tradycji, kto położy na nim dłoń, będzie miał natchnienie do pisania. Oprowadzający nas Józef Szostakowski jest ubrany w surdut i cylinder, jak Syrokomla na zdjęciach. – W surducie chodzi się inaczej, wkładano go na odświętne wyjścia, gdy jechało się do kościoła, do miasta – mówi. – Wizyta w muzeum to też święto, chciałbym, żeby zwiedzający przeżywali katharsis jak po dobrym spektaklu czy książce. Muzea biograficzne przez aurę autentyczności powinny tak na nich wpływać. A lekcje kaligrafii jeszcze bardziej przenoszą w epokę, gdzie naprawdę ceniono pisanie.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |