Rzeźbienie w Chopinie

Niewielu jest kompozytorów klasycznych, których dzieła byłyby tak inspirujące dla muzyki rozrywkowej i jazzu, jak twórczość Fryderyka Chopina.

Chopin żyje – takie stwierdzenie ciśnie się na usta, kiedy słucha się kolejnych płyt inspirowanych muzyką naszego wybitnego kompozytora. I nie chodzi bynajmniej o kolejne klasyczne wykonania jego twórczości, ale o nagrania, w których kompozycje Chopina stanowią punkt wyjścia do łączenia gatunków, tworzenia wariacji, improwizacji czy powstawania nowych utworów.

Wierność mimo innowacji

Trzymam właśnie w ręku świeżutką płytę gitarzysty Patryka Filipowicza „Chopin blue”. Zaskakującą pod każdym względem. Bo choć prób przełożenia muzyki Chopina na gitarę trochę już było, to połączenie jej z bluesem daje zupełnie nową jakość. W dodatku Filipowicz posługuje się techniką fingerstyle, tzn. prowadzi kilka głosów jednocześnie, traktując przy tym gitarę także jak instrument perkusyjny. I należy do grona gitarzystów rozpoznawalnych już po kilku dźwiękach. Siłą rzeczy więc Chopin w wykonaniu Patryka brzmi nieco inaczej. Choć emocje zawarte w melodiach i harmoniach pozostają podobne, to całość zyskuje współczesny nerw: silniejsze akcenty, rytm raczej „cięty” niż swobodnie płynący. Nieprzypadkowo cząstka „chop” została w nazwisku kompozytora na okładce wyodrębniona kolorystycznie. „Chop in blue” to bowiem tyle co „ciąć w błękicie”. A to z kolei nasuwa skojarzenie z pracą rzeźbiarza. Wydaje się, że Patryk Filipowicz tak właśnie traktuje materię Chopinowskiego dzieła. Jak szlachetne drzewo, z którego wycina się nowe, czasem bardzo fantazyjne kształty.

Być może bardziej ortodoksyjni miłośnicy muzyki Chopina takie podejście potraktują jak wandalizm albo nawet profanację. Ale przecież różnica jest istotna: w tym przypadku, mimo rzeźbienia, oryginalne drzewo pozostaje nienaruszone. Mamy więc teraz do słuchania oryginał i… oryginał. Tak, tak, bo w wyniku „cięcia” powstało kolejne dzieło sztuki. Słychać w nim i Chopina, i Patryka, i bluesa. W dodatku nawet przez moment nie mamy wrażenia sztuczności tego połączenia. Przeciwnie – słuchaczowi wydaje się, jakby te utwory od razu zostały napisane na gitarę fingerstyle. A przecież zmierzenie się z nimi było niemałym wyzwaniem. „Podchodzę do niej jak do jeża” – pisze gitarzysta o „Etiudzie rewolucyjnej” w twórczym dzienniku, którego fragmenty dołączył do płyty. „(…) lewa ręka na fortepianie jest bardzo szybka i te pasaże są kluczowe dla charakteru kompozycji. Przypominają wiatr albo morskie fale, które wzbierają i co jakiś czas uderzają. Chciałbym, aby ten element znalazł się w moim opracowaniu. (…) Utwór ten jak dotąd nie został zaadaptowany na gitarę solo, albo ja nic o tym nie wiem. Został napisany na fortepian, a jak wiadomo, możliwości tego instrumentu, jeśli chodzi o skalę, są znacznie większe niż gitary. Dlatego przestroiłem gitarę do stroju, który określam jako C5”. Z tego krótkiego opisu przebija szacunek do dzieła, chęć oddania zwłaszcza jego warstwy emocjonalnej, a jednocześnie poszukiwanie takiej techniki, która pozwoli na wierność mimo innowacji.

Brakujący akompaniament

Patryk Filipowicz nie jest pierwszym muzykiem łączącym Chopina z bluesem. Jednak do tej pory podobnych fuzji gatunkowych dokonywali głównie pianiści. W 2010 r. ukazała się bardzo ciekawa płyta „Chopin Meets The Blues”, na której holenderski pianista Peter Beets traktuje utwory naszego kompozytora jako punkt wyjścia do improwizacji. Beets podchodzi do Chopina nieco inaczej niż Filipowicz, bo więcej tu zabawy. Holender często na początku podaje na fortepianie oryginalny temat, a potem, wraz z towarzyszącymi muzykami: gitarzystą, kontrabasistą i perkusistą, wirtuozersko rozpędza całość, poddając ją rozmaitym wariacjom. Zdaniem Beetsa twórczość Chopina, dzięki wyraźnie wyodrębnionym liniom melodycznym, jest wręcz stworzona do improwizacji. Natomiast 12-dźwiękowa skala, którą operował kompozytor, pozwala na zastosowanie charakterystycznych dla bluesa „blue notes”, czyli dźwięków „pomiędzy”, obniżonych o mniej niż pół tonu względem wyjściowej skali. „On pisał utwory idealne dla bebopu, lecz przecież nie mógł tego przewidzieć” – twierdzi Beets.

Propozycja holenderskiego pianisty sytuuje się jednak bliżej jazzu niż bluesa. A jazzowe opracowania muzyki Fryderyka Chopina mają znacznie dłuższą tradycję. Szczególnie w Polsce, gdzie już w latach 70. ubiegłego wieku Novi Singers śpiewali Chopina, a parafrazy kilku utworów nagrał Mieczysław Kosz – wybitny pianista, który zginął tragicznie w wieku 29 lat. Prawdziwa moda na Chopina w wersji jazzowej nastąpiła jednak w latach 90. Zapoczątkowali ją Andrzej Jagodziński i Leszek Możdżer – obaj wydali swoje pierwsze „chopinowskie” krążki w 1994 r. Obsypana nagrodami płyta „Chopin” tria Andrzeja Jagodzińskiego jest niezwykła także dlatego, że jej nagrywanie zajęło zaledwie… sześć godzin – razem ze strojeniem fortepianu i ustawianiem mikrofonów! Najważniejsze okazało się bowiem zarejestrowanie interakcji między muzykami, napięcia, które rodzi się podczas wspólnego grania. Powstały w ten sposób rzeczy tak niezwykłe, jak chociażby Preludium e-moll, w którym słychać rytm bossa novy. Recenzje były entuzjastyczne: „Jeżeli Chopin rzeczywiście komponował wyłącznie na prawą rękę, jak narzekał gderliwie Wagner, to może właśnie Andrzej Jagodziński dopisał brakujący akompaniament. To nie są ujazzowione interpretacje kompozycji Chopina, lecz oryginalne jazzowe kompozycje, dla których inspiracją były najbardziej poruszające utwory wielkiego Polaka” – pisał o tej płycie Brian Morton, szkocki pisarz i dziennikarz specjalizujący się w muzyce jazzowej. Nic dziwnego, że w ślad za tym eksperymentem poszły kolejne płyty tria inspirowane Chopinem. Płyty, którymi zachwycił się cały muzyczny świat.

Ciągle tylko przygoda

Leszek Możdżer również kilkakrotnie podchodził do jazzowych interpretacji Chopina. W tytułach jego „chopinowskich” płyt zawsze jednak pojawia się słowo „impresje”. Chodzi więc tu raczej o inspirację do tworzenia własnych dźwięków. Natomiast przerabianie oryginalnej muzyki Chopina byłoby, zdaniem muzyka, „szmirą i świętokradztwem”.

Za Jagodzińskim i Możdżerem poszli inni: Krzysztof Herdzin, Włodzimierz Nahorny, Adam Makowicz czy Warsaw Paris Jazz Quintet, który podjął próbę przetransponowania Chopina na kwartet jazzowy, wokalistę jazzowego i orkiestrę symfoniczną. Jak jednak słusznie podkreśla Adam Makowicz, granie Chopina na jazzowo pozostaje ciągle tylko przygodą, nie zaś poważną interpretacją klasycznego dzieła: „Chopina należy grać tak, jak on te utwory napisał i życzył sobie, aby były grane. Natomiast kiedy gra Chopina artysta amerykański, to jest to dla mnie trochę dziwne. To jednak nie jest ten Chopin, bo artysta nie wyrósł w naszym klimacie. Ja, Leszek Możdżer czy inni polscy pianiści wyrośliśmy na Chopinowskiej muzyce, więc jej elementy mamy w sobie, co nas kształtuje. Ale to ciągle tylko przygoda. Nie można naszej gry nazywać wielkim wykonawstwem. Chopin jest Chopinem i ma być taki, jakim się go wykonuje klasycznie” – mówił pianista w jednym z wywiadów.

Tym bardziej „przygodą” trzeba by nazwać rockowe wersje dzieł Chopina – choćby takie jak te z albumu „Rock Loves Chopin” z 2008 r., w którego nagraniu uczestniczyli m.in. Jan Borysewicz, Wojtek Pilichowski, Anna Serafińska czy Patrycja i Grzegorz Markowscy. Choć niektórym nagraniom nie brakuje wdzięku, to jednak cały projekt balansuje na granicy kiczu. Paradoksalnie mniej pretensjonalne okazuje się np. połączenie twórczości kompozytora z muzyką pop, którego dokonał Michał Kwiatkowski na płycie „Chopin Etc.” Kwiatkowski nie proponuje tu monumentalnych form, tylko delikatne popowe piosenki do melodii Chopina, i okazuje się, że one się bronią. Całkiem miło się tego słucha. Zawsze jednak należy pamiętać, że mamy do czynienia zaledwie z parafrazami czy impresjami. Aby naprawdę poznać Chopina, trzeba sięgnąć do oryginału. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg