Moje nie moje pliki

Prawo własności intelektualnej powinno uwzględniać interesy obu stron – twórców i odbiorców.

Do kogo należą pliki zakupione przez nas w sieci? Odpowiedź na to pytanie tylko z pozoru jest oczywista. Bo to wcale nieprawda, że z tym, co zwykliśmy uważać za naszą własność, możemy zrobić, co nam się żywnie podoba.

Własność wirtualna

W ostatnich dniach brytyjski tabloid „The Sun” ogłosił, że Bruce Willis zamierza pozwać koncern Apple. Znany aktor i producent filmowy miał rzekomo pretensje o to, że nie może przekazać swoim córkom bogatej kolekcji plików muzycznych zakupionych w internetowym sklepie iTunes. Są one bowiem objęte licencją, która uniemożliwia ich przekazywanie osobom trzecim, a tym samym – dziedziczenie. Choć informacja „The Sun” okazała się plotką, którą żona aktora szybko sprostowała, problem w niej zasygnalizowany istnieje naprawdę. I dotyczy nie tylko kwestii dziedziczenia, ale w ogóle użytkowania współczesnych mediów. Sieciowe sklepy, takie jak Amazon czy wspomniany iTunes, nie posługują się bowiem taką definicją własności, jaką zwykliśmy dotąd wiązać z płytą czy kasetą. Kupując tradycyjną płytę, analogową albo kompaktową, mogliśmy ją przekazywać dalej, pożyczać, odsprzedawać. Teraz, w wielu przypadkach, mimo że płacimy za plik, nie możemy nim swobodnie dysponować.

Osoba, która go od nas otrzyma, chcąc działać w pełni legalnie, musi za niego ponownie zapłacić. – W przypadku praw autorskich czy innych praw dotyczących własności intelektualnej nie mamy do czynienia z prawem własności, możemy się jedynie do niego zbliżać – podkreśla mecenas Krzysztof Wąsowski, ekspert w dziedzinie prawa autorskiego. – Prawnicy stosują tu pewne analogie, ale pojęcie własności wiąże się ściśle z materią, a nie z dobrami intelektualnymi. Łatwiej to połączyć w przypadku dzieł malarskich, gdzie utwór został nierozerwalnie związany z nośnikiem, jakim jest płótno. Ale już w przypadku utworów muzycznych, przekazywanych przez internet, nośnik właściwie znika. Dozwolony zakres korzystania z dzieła określa wówczas licencja.

Dwa razy za to samo

Muzyka z iTunes czy książki w formie e-booków zakupione od Amazona podlegają całkiem innym prawom niż te zapisane na fizycznych nośnikach. Licencje wydawane przez te sklepy zabraniają konsumentowi przenoszenia jego praw na inne podmioty. Oczywiście, w praktyce może korzystać z nich ktoś, kto zna login i hasło właściciela konta wykorzystanego do zakupu. Tyle że nadal jest to łamanie umowy licencyjnej. Czy dystrybutorzy dóbr kultury nie posuwają się zatem za daleko? Ile razy można pobierać opłatę za ten sam towar? Okazuje się, że można. Wiedzą to dobrze właściciele kawiarni czy salonu fryzjerskiego, którzy, chcąc umilić swoim gościom czas, puszczają im muzykę. Muszą oni odprowadzać zryczałtowane opłaty do ZAiKS-u lub innych stowarzyszeń zajmujących się ochroną praw autorskich, choćby odtwarzane płyty kupili z własnej kieszeni. W takim przypadku mamy jednak do czynienia z odtwarzaniem publicznym, z którego – przynajmniej pośrednio – owi właściciele czerpią zyski. Opłata jest może dyskusyjna, ale częściowo uzasadniona. Ale dlaczego płacić za coś, co ktoś ofiarował nam do prywatnego użytku? Przypomnijmy, że polskie prawo nie ściga za samo pobranie pirackich treści (wyjątek stanowi tu oprogramowanie), a jedynie za ich udostępnianie. Choć i tu, coraz częściej rodzą się wątpliwości, bo czym jest powieszenie np. filmu na YouTube czy Chomikuj.pl, jeśli nie jego udostępnieniem? Właśnie m.in. w tego typu serwisy uderzać miało porozumienie ACTA, którego ostatecznie Polska nie podpisała. – Nie dziwię się, że twórcy, a przede wszystkim producenci i dystrybutorzy dóbr kultury chcą pobierać opłaty za każde odtworzenie utworu – komentuje Krzysztof Wąsowski. – Większość proponowanych obecnie rozwiązań prawnych zmierza w kierunku zabezpieczenia ich interesów.

Kultura przed kasą

A co z interesami odbiorców kultury? Trudno raczej liczyć na powrót do średniowiecza, kiedy to twórcy nie traktowali wykonywanych przez siebie dzieł jako swojej własności. Ówczesna sztuka anonimowa, tworzona na chwałę Boga, znajduje się na przeciwnym biegunie w stosunku do dzisiejszego show-biznesu. Tu najważniejsze wydaje się wypromowanie nazwiska twórcy za wszelką cenę. Dlatego tak małą wagę przywiązuje się dziś do wartości duchowej i estetycznej samego dzieła. Ważniejsze jest opakowanie, promocja, skandal. Dać byle co, byle się sprzedało – oto dewiza nie tylko artystów, ale także, tych, którzy owymi dobrami intelektualnymi handlują: menedżerów, wydawców, dystrybutorów. Brak szacunku dla publiczności jest w tej sferze widoczny aż nadto. I może właśnie w tym tkwi problem. Bo rozwiązania prawne powinny uwzględniać interesy obu stron – twórców i odbiorców. Tymczasem wypieranie tradycyjnych nośników przez wirtualne może pozbawić tych drugich swobodnego dostępu do dóbr kultury. Jeśli bowiem np. pełną dyskografię Beatlesów, zawierającą unikatowe nagrania, można kupić tylko w serwisie iTunes, to jest to dostęp – przyznajmy – dość ograniczony. Zwłaszcza że nie można tej kolekcji przekazać dalej, nie stając się przestępcą. W Stanach powstaje już oprogramowanie, które ma umożliwić bezpieczne przechowywanie plików dla przyszłych spadkobierców. To krok w dobrym kierunku, z pewnością jednak nie wystarczy. Rozwój technologiczny wytworzył bowiem zupełnie nową sytuację, która wymaga innych niż dotychczasowe regulacji prawnych. Oby były to rozwiązania uwzględniające potrzeby zarówno artystów, jak i publiczności. W tej sprawie konieczny jest kompromis, tak, by prawo faktycznie służyło kulturze, a nie tylko zbijaniu kasy.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |