Zimne ognie diabła

Z Tomaszem Burkiem o pieczęci Moskwy, daremnej mądrości i ciele rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Barbara Gruszka-Zych: Kiedyś powiedział Pan, że powinno się zburzyć Pałac Kultury w Warszawie.

Tomasz Burek: – Bo jest symbolem agresywnej dominacji ZSRR. Kiedy go budowano, stolica jeszcze całkiem nie podniosła się z ruin, a tu stanęła nad nią obca pokraka, którą na dodatek odczuwało się jako koszmar estetyczny. Tak Moskwa postawiła swoją pieczęć na tym mieście. Myślałem o pałacu jako o metaforze faktu, że żyjemy w długim cieniu PRL-u. Mamy wolność, niepodległość, ale gdzieś zza kulis odbywa się sterowanie różnymi dziedzinami życia. Szczególnie daje się odczuć sterowalność kultury.

Czy w literaturze ktoś rozebrał symboliczny Pałac Kultury?

– Kiedy zaczęto mówić o konieczności grubej kreski, zamknięto temat. Po odzyskaniu niepodległości pisarzom się spodobało, że mogą się wreszcie trochę pobawić, tworzyć literaturę bez zadań. Drążenie tematu komunizmu było za trudne. Zaczął się komercyjny wyścig, żeby wydawać, zarabiać. Wolny rynek w kulturze oznacza dominację silniejszych. Część pisarzy zaczęła tworzyć dla odbiorcy zagranicznego. Od początku nie lubiłem prozy Sefana Chwina, widząc, że nastawia się głównie na odbiorcę niemieckiego. Twórcy dawali nam do zrozumienia, że Polska nie jest godna opisu, trzeba dogonić Zachód.

Ale pojawiły się książki, które mierzyły się z problemem.

– Rozrachunek z PRL-em na pewno podjęły dwie powieści Bronisława Wildsteina – „Dolina nicości”, jedna z nielicznych, po której przeczytaniu żałowałem, że się skończyła i „Czas niedokonany”. A także świetna „Madame” Antoniego Libery.

Widać w nich, że w minionym ustroju żyliśmy ze świadomością postkolonialną.

– Polegało to na tym, że wybieraliśmy to, co chcieli kolonizatorzy, którzy nie byli tępakami i manipulowali naszą świadomością.

Ale i tak wielu robiło swoje. Dlaczego Pan protestował przeciw poprawkom w konstytucji w 1976? Musiał Pan za to zapłacić.

– Już od lat 60. czułem się stale ograniczany i myślałem, że trzeba się zbuntować. W październiku 1966 poszedłem na zebranie studenckie w 10. rocznicę Października. Sam Październik przeżyłem jako świeżo upieczony student; przyjechałem do Warszawy z Sandomierza. To zebranie było niezwykłe, bo Leszek Kołakowski, jeszcze wtedy filozof partyjny, przeprowadził na nim miażdżącą krytykę tego, czego nie spełniła władza ukonstytuowana w październiku 1956. Parę tygodni później pojechałem na Zjazd Młodej Literatury w Lublinie. Były tam przemówienia oficjeli w stylu, że poezja powinna traktować o pięknej przyrodzie. Wtedy sam zabrałem głos, wspominając o potrzebie literatury realistycznej, nazywaniu rzeczy po imieniu. Nie tylko dostałem barwa, ale koledzy też nabrali odwagi. Jako „straż pożarna” pojawił się Jerzy Putrament.

Jaki był?

– To człowiek tamtej władzy, bardzo nieciekawy. Jeśli zrobił coś niekonwencjonalnego, to miał to obrachowane. Nie pamiętał, że spotkaliśmy się, kiedy byłem dzieckiem. W 1944 jeździł samochodem wojskowym po okolicach i ściągał do Lublina, gdzie organizowała się nowa władza, różnych twórców. Mój ojciec, któremu to proponował, stanowczo odmówił. Byłem małym chłopcem i spytałem, czy mogę założyć jego płaszcz majora I Armii Berlingowskiej i być żołnierzem. Dał mi go. Wszedłem na krzesełko, nałożyłem go na ramiona i przez chwilę tak stałem. Pod koniec obrad ktoś zgłosił postulat, żebyśmy zaprotestowali przeciw wojnie w Wietnamie. Wtedy powiedziałem, żebyśmy raczej zaprotestowali przeciw obowiązującej w kraju cenzurze. Wygraliśmy głosowanie w stosunku 100 do 10.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg