Sztuka to nie dom mody

O spacerach wśród zabytków, studiowaniu natury i wzruszeniu, od którego wszystko się zaczyna, z prof. Stanisławem Rodzińskim, malarzem, byłym rektorem krakowskiej ASP

Myśli Pan, że dziś trudniej o taką szczerość w sztuce?

Pewien młodszy kolega powiedział mi, że trudno jest teraz porozumieć się ze studentami, ponieważ oni pewnymi rzeczami w ogóle się nie interesują. Niechętnie podejmują to, co nazywa się studium natury, natomiast są podekscytowani nowościami. I pyta się mnie ten kolega, co z tym robić. Na pewno nie można im niczego zakazać, bo będzie jeszcze gorzej. Tylko trzeba im sugerować pewne lektury, podsunąć jakiś wyjazd za granicę. Nie zapomnę nigdy swojej pierwszej podróży po Francji – tropami Van Gogha. Przyjechałem do tej mieściny, gdzie on jest razem z bratem pochowany i gdzie są te wspaniałe pola, tak samo oranżowe jak na jego obrazach. Człowiek wchodził w ten świat i czuł się w nim jak dziecko. Pejzaże Van Gogha czasami bardzo precyzyjnie odtwarzały rzeczywistość, a innym razem stawały się niebywale dynamiczne i żywiołowe. Trzeba szukać siebie, odnajdywać swoje emocje, bo wtedy dochodzi do tego, co jest najważniejsze: to, co robimy, staje się prawdą o nas.

Czy te same zasady dotyczą sztuki religijnej? Czy może rządzi się ona jakimiś szczególnymi prawami?

Przypuszczam, że ze sztuką religijną jest tak samo. Z tym, że zainspirowane religijnym przeżyciem mogą być zarówno pejzaż czy martwa natura, jak i obraz związany z życiem Chrystusa. Osobną, niezwykle istotną sprawą jest sztuka sakralna realizowana dla świątyń. Dzisiaj w wielu przypadkach dochodzi tu do dekoracyjnych płycizn. Jeszcze przed kilkudziesięcioma laty ludzie, którzy realizowali do kościołów witraże, polichromie, rzeźby, nie naśladowali przeszłości. Byli świadomi tego, że swoimi dziełami będą uczestniczyć w życiu religijnym tych, którzy przyjdą do kościoła. Pamiętam, że jako pierwszoklasista oglądałem drogę krzyżową Mehoffera dopiero co zawieszoną w kościele franciszkanów. Zabrał nas tam katecheta. Było czymś niezwykłym zobaczenie tych obrazów, które oddziaływały nie tyle poprzez piękno, co poprzez swoją wyrazistość, poprzez ukazywanie dramatu drogi krzyżowej. To była jedna z pierwszych dróg krzyżowych w polskiej sztuce sakralnej, budzących wśród ludzi ogromne zaskoczenie. Katecheta wyjaśniał nam wtedy, dlaczego tak właśnie powinno być. Dlaczego Pan Jezus jest taki zmęczony, udręczony. Mówił: popatrzcie, przed przybiciem do krzyża Chrystus żegna się. Robi to, bo wie, co Go czeka. Dla nas to było przeżycie, spowodowane nie tylko komentarzami katechety, ale przede wszystkim formą tego malarstwa. Jego siłą, ekspresją. Dzisiaj wielu twórców ogranicza się w świątyniach do estetyzowania. Tak się dzieje, jeżeli nie pojawia się autentyczne przeżycie religijne.

Czyli niewierzący artysta nie stworzy dobrego dzieła sakralnego?

Zdarzają się takie przypadki. Ostatnio miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, który zrobił świetną realizację w jednym z wrocławskich kościołów. Mówił mi, że projekt nie zrodził się z jego własnej pobożności, ale z przeżywania wydarzeń, które robią na nim ogromne wrażenie. Dzieła religijne rodzą się z prawdy. Natomiast jeżeli robi się je wyłącznie na zasadzie zamówień, to są do niczego.

Bryła domu, nieraz mocno odcinająca się od tła, jest jednym z częściej powtarzających się na Pana obrazach motywów. Jakie jest jego znaczenie?

Ten motyw pojawił się we mnie przed laty, kiedy byłem na wakacjach w Nawojowej. To wieś, w której urodził się mój tata. Tam także przyszły na świat jego dwie siostry. Jedna z nich, dominikanka, siostra Julia Rodzińska, beatyfikowana przez Jana Pawła II, w czasie wojny przechowywała dzieci żydowskie w Wilnie. Dziadek był w Nawojowej organistą. I te domy w okolicy organistówki stały się dla mnie znakiem – życia, bliskości, ciepła, ale również dramatu. Nie jest to wymyślone, wydziwaczone, tylko powstało z konkretnych fragmentów konkretnego pejzażu.

Czy sztuka może być dla współczesnego człowieka domem? Schronieniem, w którym zostaną ocalone wartości gubione przez współczesny świat?

Na pewno może nim być. Sądzę, że ludzie wracają do tego. Dość często mam okazję czytania komentarzy do pracy twórczej osób występujących o przewody habilitacyjne czy profesury. Oglądam też sporą ilość reprodukcji i ten powrót zauważam, nawet kiedy malarstwo jest na pograniczu abstrakcji czy w ogóle jest abstrakcyjne. Bo genezy można się domyślić także z klimatu, kompozycji, struktury. Ale również można to odczytać w bardzo interesujących tekstach pisanych przez tych ludzi. To jest pocieszające, że uczelnie w większości jednak nie zwariowały. Że wychodzi się od tradycyjnych form dydaktyki – w najlepszym tego słowa znaczeniu – przy obserwowaniu twórczości i kontaktach ze studentami. Nie można powiedzieć, żeby uczelnie przekształciły się w domy mody. Pedagodzy są świadomi tego, w jakim momencie żyją i pracują, ale jednocześnie nie odchodzą od początku, którym musi być wejście w studiowanie natury. Od tego można potem odchodzić, porzucić to nawet, ale trzeba to mieć w świadomości. Bez tego nie ma prawdziwej sztuki.

• Wystawę malarstwa Stanisława Rodzińskiego można oglądać w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Ekspozycja potrwa do 5 stycznia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama