Pół godziny oklasków

Ze światowej sławy tenorem Piotrem Beczałą i jego żoną  Katarzyną Bąk-Beczałą o sile, spawaniu i miłości.

Barbara Gruszka-Zych: Ale wszystko zaczęło się w Technikum Mechanicznym w Czechowicach-Dziedzicach. Ania Szostak-Myrczek, szefowa zespołu Camerata Silesia, opowiadała mi, jak tam przyszła i wyłowiła Pana do swojego chóru.

Piotr Beczała: W czwartej klasie zapowiedziano nam, że są przesłuchania do chóru. Poszedłem na nie, bo chciałem uniknąć klasówki z matematyki, i tak trafiłem do „Madrygalistów”, gdzie moja przyszła żona była gwiazdą.

Miał Pan spawać, a zaczął śpiewać.

P.B.: Spawałem w ramach zajęć praktycznych. Miałem zostać technikiem mechanikiem o specjalności aparatura kontrolno-pomiarowa i mechaniczna automatyka przemysłowa. Jednak w zespole połknąłem bakcyla śpiewu i zmieniłem swoje zainteresowania. W efekcie dostałem się na studia muzyczne, na Wydział Wokalno-Aktorski Akademii Muzycznej w Katowicach. Zostałem przyjęty, bo chyba brakowało tenorów. {body:bbc}(śmiech){/body:bbc}

Imponowała Panu żona?

P.B.: Startowaliśmy z innych poziomów. Kiedy ja przygotowywałem się do egzaminu na studia na Akademię Muzyczną w Katowicach, Kasia też zdawała, tyle że w Warszawie. Ja śpiewałem proste piosenki starowłoskie, a ona na egzaminie wstępnym arię z opery „Carmen”. Kogo innego byłoby na to stać? Gdybym ja zaśpiewał arię Don Joségo, to wszyscy padliby ze śmiechu. Ona studiowała w Warszawie, a ja na prowincji. Kiedy przyjeżdżała na weekendy, przychodziłem do niej posłuchać, jak się żyje w stolicy. Po pierwszym roku studiów przestałem śpiewać w zespole i spotkaliśmy się prywatnie.

Katarzyna Bąk-Beczała: Przed studiami z wyróżnieniem ukończyłam eksternistycznie średnią szkołę muzyczną w Chorzowie, w klasie wokalnej znakomitej prof. Teresy Markiewicz. Od komisji rekrutacyjnej na studia usłyszałam: „Jesteś gotowa na scenę”. Najlepsze związki powstają na bazie kontrastów. Byłam wychowywana na gwiazdę. Stawiano mnie na stołku i śpiewałam przy każdej możliwej okazji. Piotr wręcz przeciwnie – nie miał takich doświadczeń, wątpił w siebie. Długo trwało, zanim się otworzył. Jest introwertykiem.

Traktowała Pani przyszłego męża jak kolegę.

K.B.B.: Nawet po bratersku. Przyjaźniliśmy się przez 7 lat. Bardzo szybko zorientowałam się, jaki to wrażliwy człowiek

P.B.: O kim teraz mówisz?

K.B.B.: O tobie, kochanie. Lubię obserwować ludzi i zobaczyłam, że jest prawdziwym gentlemanem oraz człowiekiem o wielkim sercu.

Podkochiwał się Pan w żonie?

P.B.: Wszyscy koledzy z zespołu się w niej podkochiwali. Tylko oni byli bardziej ofensywni, ciągnęli ją za warkocz, a ja byłem schowany, obserwujący.

K.B.B.: Poczułam, że to prawdziwa miłość, dopiero na ostatnim roku studiów. Kiedy się pobraliśmy, miałam już 26 lat. Jeszcze będąc studentką, zaczęłam profesjonalną karierę. Nie zdążyłam zamarzyć, co chciałabym zaśpiewać, a już otrzymywałam taką propozycję. Jednocześnie byłam przerażona, że w natłoku obowiązków zostanę samotna, a marzyłam o wielkiej miłości. Gdy ją znalazłam, było dla mnie oczywiste, co wybiorę. Dwóch śpiewaków nie może razem żyć, latając na kontrakty w inne strony świata. Wybrałam bycie z mężem. Nigdy tego nie żałowałam i jestem szczęśliwa. W gruncie rzeczy zrobiłam to dla siebie.

P.B.: Wiem, że miłość od pierwszego wejrzenia też się zdarza, ale może myśmy wtedy oczekiwali czegoś innego? Ja szukałem życiowej stabilizacji. Nie lubię ryzyka, bo życie śpiewaka jest i tak dość zwariowane.

K.B.B.: A ja lubię czuć się bezpieczna, a właśnie tak czuję się przy Piotrze. Duże znaczenie miało to, że tuż po ślubie wyjechaliśmy do Austrii i dorabialiśmy się od zera. To była bezcenna lekcja życia. Zdarzało się nam pokłócić, ale ze swoimi problemami nie mogliśmy uciec do rodziców. W państwie, którego języka nie rozumieliśmy, byliśmy silni tylko razem.

P.B.: Podpisałem kontrakt w Landestheater Linz, musiałem się uczyć języka, nowych ról, dodatkowo byłem na cenzurowanym, ponieważ ówczesny dyrektor nie lubił ludzi spoza Austrii, a szczególnie Polaków. Codziennie udowadniałem mu, że ten kontrakt nie jest przypadkiem. To były ciężkie, ale piękne czasy – wielka szkoła życia i śpiewu. W pierwszym roku pracy trafiłem na mojego mistrza Dalego Fundlinga. Wtedy więcej niż połowa mojej gaży szła na lekcje śpiewu.

Stale się Pan u niego uczy?

P.B.: Teraz rzadziej, ale przez 19 lat brałem u niego lekcje.

Dlaczego nie wychował wielu mistrzów takich jak Pan?

P.B.: Relacja mistrz–uczeń wymaga umiejętności od mistrza, ale też otwarcia się na niego ucznia. W dzisiejszych czasach młodzież od razu chce uzyskać określony wynik. Często nie kojarzy go z umiejętnością śpiewania, ale z subiektywnym odczuciem wokalnym. Tłumaczę moim studentom, że powinni się skupiać na drobnych kroczkach, na codziennej pracy. Nie można mówić, że jest się zdobywcą Mount Everestu, jeśli się było wywiezionym na szczyt kolejką czy helikopterem. Ktoś, kto został znienacka wykatapultowany na szczyt, powinien zejść niżej, żeby się zaaklimatyzować, i znów samemu go zdobyć.

K.B.B.: Mając taką zaprawę, mimo że gorzej się czujemy albo dostajemy trudne zadanie, dajemy sobie radę. Młode talenty, które nie mają takiej cierpliwości, szybko lecą w dół.

Wielka sława to żart?

P.B.: Dziś sławni są celebryci, o których jest głośno tylko dlatego, że uznano, iż są znani, i nie muszą niczego potrafić. Nie jestem celebrytą, tylko śpiewakiem operowym. Śpiewam co drugi, trzeci wieczór dla konkretnej publiczności. Pamiętając, że w moim zawodzie potrzebny jest właściwy balans między pokorą, dystansem a pewnością siebie.

K.B.B.: Jestem z męża bardzo dumna, bo zdobył szczyt i utrzymał się na nim, udowadniając swoją jakość. To typ mężczyzny, który jak dobre wino z latami dojrzewa i lepiej smakuje – coraz lepiej śpiewa i wygląda. Mówię to nie tylko ja, takie głosy dochodzą do mnie z wielu stron.

P.B.: Najlepsze wino świata to Château Pétrus. Ma coś wspólnego z moim imieniem, choć jeszcze go nie piłem. {body:bbc}(śmiech){/body:bbc}

Kiedy zaczął Pan śpiewać w Hamburgu, Brukseli, Zurychu, Paryżu, marzył Pan o występach w Metropolitan Opera?

P.B.: Mimo że o tym marzyłem, odrzuciłem dwie propozycje, bo chciałem się tam zaprezentować we właściwej roli. Agenci mówili, że zwariowałem i mogę nie dostać trzeciej szansy. Wreszcie przyszła propozycja Księcia w „Rigoletcie” Verdiego i ją przyjąłem. Jeśli człowiek wierzy we własne możliwości, nie ma parcia na karierę, tylko słucha swojej intuicji, to powinno się udać.

K.B.B.: Na drugi dzień po pierwszym występie Peter Gelb, szef Metropolitan, powiedział mężowi, że chce, aby był gwiazdą w jego teatrze. Piotr się tym nie pochwali, więc robię to za niego.

Słucha Pan z dystansem słów żony.

P.B.: Irytują mnie laurki domalowywane do prawdziwych osiągnięć śpiewaków.

Teraz tego nie robimy.

K.B.B.: Pewne wydarzenie w Metropolitan Opera potwierdza wartość Piotra. Śpiewał partię Edgara w „Łucji z Lammermooru” Donizettiego. Po ostatnim przedstawieniu wyszedł do ukłonów, a wtedy z najwyższego balkonu posypało się na jego głowę konfetti. Obserwowałam to z loży szefa, który honoruje nas w ten sposób. Okazało się, że to tradycja w MET i tylko kilka największych gwiazd doświadczyło czegoś takiego. 18 lat wcześniej – Pavarotti. Na jaskółce stoją najwięksi miłośnicy opery i potrafią docenić śpiewaka.

P.B.: To był jeden z najpiękniejszych momentów na scenie. Zrzucono na mnie pocięte w kawałki programy po serii spektakli, w których występowałem w sezonie. Koledzy pytali: „Wiesz, co to znaczy?”.

Liczył Pan swoje role?

P.B.: Nie prowadzę statystyk, ale uświadamiają mi to fani. Ostatnio miałem setny spektakl w Metropolitan Opera. Od 17 lat gram wyłącznie główne role. W ten sposób ilość przeszła w jakość.

Trudna jest rola męża?

P.B.: Od 24 lat jesteśmy małżeństwem. Moi koledzy mają staż małżeński, ale z różnymi partnerkami. Pod tym względem stanowimy wyjątek. Znamy się tak długo, że nie ma co grać. Rozumiemy się bez słów.

K.B.B.: Bazą naszego związku jest to, że jesteśmy przyjaciółmi. Rozumiemy się, lubimy ze sobą przebywać i mamy tę samą pasję – uwielbiamy śpiew i nim żyjemy.

Śpiewanie to nie tylko warsztat, to także metafizyka.

P.B.: Gdybym był poetą, tobym to opisał. To jest stan, jaki musi przeżywać maratończyk, który nagle zapomina, że biegnie, że ma buty na nogach, tylko coś go niesie. Doświadcza innego stanu świadomości.

K.B.B.: Przychodzę na prawie każdy spektakl męża, ale też na niektóre próby, żeby ocenić, jak mu to wychodzi. Bo największą tragedią śpiewaka jest to, że nie słyszy w rzeczywistości swojego głosu. Dlatego jestem uszami Piotra.

A nagrania?

P.B.: Głos na sali brzmi inaczej niż na nagraniu. Pewnie pani widziała śpiewaków z ręką przy uchu, próbujących się usłyszeć. To jest jeden z największych błędów. Opiszę to, wykorzystując wiedzę zdobytą w technikum – następuje wtedy tzw. sprzężenie zwrotne, jak w mikrofonie, gdy słychać pisk. Wtedy część impulsu wychodzącego jest zawracana do wejścia, dźwięk przestaje swobodnie płynąć.

Zwraca Pani mężowi uwagę, gdy coś jest nie tak?

K.B.B.: Krytykuję go tak, żeby nie urazić. Musiałam się tego długo uczyć, ale z miłością się udaje. Przygotowuję się do rozmowy wcześniej, szukając słów, i czekam na dobry moment. Spontan w tym przypadku podpowiada najgorsze rozwiązania.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg