Wieże katedry świętego Wita w Pradze majestatycznie górowały nad dachami domów Malej Strany i wydawało się, że mają blisko do nieba. Marichen jednak wiedziała, że te wieże mają do nieba daleko. Praga bezbożna i heretycka. Przepiękne kościoły zionęły pustkami, były tylko turystyczną atrakcją.
W niedzielne przedpołudnie, w małym mieszkaniu nad Wełtawą z widokiem na Hradczany, Marichen regulowała małe radio. Przywiozła je w małej walizce z Bolatic. Kiedy odwiedzała syna po raz pierwszy, nie miała radia ze sobą. Chciała pójść w niedzielę na mszę i wywołała tym zamęt.
– Mama chyba żartuje! – krzyczała na nią synowa i przewracała oczami.
– Chodzę w każdą niedzielę – oponowała Marichen.
– No, ale tam u was. Tutaj się nie da.
– Nie da? A dlaczego?
– Tutaj nie chodzi się do kościoła.
– Ale kościoły tu są.
– No tak, ale to są tylko zabytki.
– Tak, zabytki…
Marichen zamilkła na chwilę, po czym zwróciła się do swego syna:
– Niedzielna msza musi być. Ty nie chodzisz?
Leo opuścił głowę i nic nie powiedział.
– Pięknie… – rzekła.
Czuła się jak w pułapce. Musiała iść na mszę. Nagle naszło ją przeczucie, że wszystkie kościoły będą zamknięte, a ona zabłądzi i nikt jej już nie znajdzie. Będzie się wiecznie błąkać wąskimi uliczkami Starego Miasta i będzie się dobijać do zamkniętych drzwi kościołów. Nieszczęśliwa usiadła na małym stołku w przedpokoju. Ściskała w rękach torebkę i myślała. Ale nic nie wymyśliła. Posłusznie ściągnęła szpilki, zdjęła kościelne ubranie i zrezygnowała. W domu obgadała przed wszystkimi synową i syna, ale to było jedyne, co mogła zrobić. Na kolejne wizyty już się przygotowała.
Syn kłócił się o coś z żoną. Ich poniesione głosy dobiegały do pokoju, w którym Marichen mieszkała w czasie odwiedzin. W pokoju obok wnuk słuchał dzikiej muzyki, a wnuczka starała się dołączyć do jęku, który pewnie miał być śpiewem.
W końcu. Marichen nastawiła Watykan. Zapomniała o otaczającej ją Pradze, położyła mały tranzystor na szafkę, usiadła w fotelu i dołączyła się do śpiewu wiernych. Z upodobaniem patrzyła na maleńkie radio. Kupiła je w Tuzexie[1] za bony, które dostawała po mężu poległym pod Charkowem. Poczuła, że rozlewają się w niej spokój i harmonia. Jakby przez życie nagle przeświecało dające nadzieję światło.
Skądś przyszła przeszłość. Ukazywała się, żeby sprawić ból lub uszczęśliwić i znów znikała, aby za chwilę chociaż lekkim dotykiem dać o sobie znać. Ostatecznie przecież wszystko się dobrze skończyło, pomyślała Marichen. Jeden syn jest w Pradze i dobrze mu się wiedzie, drugi w Bolaticach wybudował dla swojej rodziny piękny dom… Wnuki i wnuczki… I pokój.
Marichen co niedzielę modliła się o to, żeby jej potomkowie nie zaznali wojny. Wiedziała, że synowa uważa ją za niezrównoważoną a wnuki mają ją za monstrum przeszłości, ale nie miała o to pretensji. Kto nie widział na własne oczy, nie odczuł na własnej skórze, nie zrozumie. Nawet Leo nie rozumiał, Praga pomogła mu zapomnieć. Ma tu ciepło, wygodę, blichtr, komu by się chciało w takich warunkach myśleć o nieprzyjemnościach, kiedy tak łatwo można zapomnieć…
Z dalekiego Watykanu brzmiała niedzielna msza dla oczyszczenia ducha, a Marichen zatęskniła za Bolaticami, za swoim miejscem w kościele, za znajomym ołtarzem.
Pokój i modlitwy wydawały się tutaj zbyteczne i śmieszne. Stare rupiecie, zupełnie jak ona sama.
Msza się skończyła. Marichen wstała z krzesła i wyłączyła radio. W mieszkaniu nadal było słychać kłótnię syna i synowej, a z sąsiedniego pokoju wydobywały się dźwięki dziwnej muzyki wnuków.
Marichen spojrzała przez okno na wieże katedry świętego Wita. I chroń nas od wszystkiego złego – pomyślała i przeżegnała się. Wieże katedry milczały i dalej majestatycznie wznosiły się ku niebu. Dachy domów na Malej Stranie zakrywały grzechy, radości, rozkosze i bolączki życia, którego ruchu, jak Wełtawy, nie da się zatrzymać, i które, jak ta rzeka, nie zna swojego początku ni końca, tylko płynie od niepamiętnych czasów wyznaczonym korytem i nie pyta dlaczego.
Synowa zawołała wszystkich na obiad.
Marichen spojrzała na katedrę, potem jej spojrzenie padło na sławne dachy Malej Strany i na Wełtawę, jeszcze raz się przeżegnała.
[1] Tuzex – nazwa pochodzi od tuzemský export (eksport krajowy), czeski odpowiednik polskiego Pewexu, węgierskiego Comturistu itp. państwowych sklepów i kiosków walutowych w dobie komunizmu.
*
Powyższy tekst jest fragmentem powieści "Dziedzictwo". Autorka: Eva Tvrdá. Wydawnictwo: Silesia Progress, 2016 r. Książkę można kupić tutaj
Loteria "Picasso za 100 euro", organizowana od 2013 roku, odbyła się po raz trzeci.
Od wczesnej młodości miewał objawienia religijne. Nowa książka "Gogol. Zagadka".
120 tys. zł na naprawę Kościoła pw. Miłosierdzia Bożego w Kaliszu.
W dniach 16–19 kwietnia w Warszawie odbędą̨ się̨ 31. Targi Wydawców Katolickich.