Strasnie rod widzem świat

Roman Dzioboń wynajduje stare drzewa, które mierzone w pierśnicy mają w obwodzie nawet pięć metrów. – Przecież nie będę żył sto lat. Ale drzewa to kilkusetletni świadkowie – mówi. Sam jest świadkiem. Rozrysował swoje drzewo genealogiczne, którego historia zaczyna się około 1650 roku.

Jej tam nie ma

W jego wierszach Pan Bóg jest na pierwszym miejscu. – Czasem mówią, żem taki heretyk, ale ja nie mam wątpliwości, że Pan Bóg jest. Kiedy mnie pytają: „Wierzysz w Boga?”, odpowiadam: „Nie. Ja wierzę Bogu”. Byłaby we mnie i wokół mnie złowroga pustka, gdybym sądził, że Boga nie ma. Czułbym się głupio i nieswojo, gdyby mi ktoś powiedział, że tam nie ma nic. Jak to nie ma? Przecież ja poprzez ludzi niejednokrotnie doświadczyłem w swoim długim życiu interwencji Bożej. Moja zmarła mama Maria pomogła mi, gdy znalazłem się w kłopotach finansowych. Dzieci były małe, mieszkanie w remoncie, brakowało pieniędzy, a z banku się wtedy nie korzystało. Umyśliłem sobie, że pójdę po pomoc do ojca. Miał rentę austriacką po I wojnie. I tak se pomyślałem, że mama to by mi pożyczyła, przy niej bym się nie krępował, a przy ojcu – tak. Ale poszedłem do niego. To był czwartek, dzień targowy. Widzę – idą baby od stacji kolejowej i nagle jedna mnie trąca: „Ej, panie, witojcie, dobrzech, że się z wami spotkała, boch wam winno cztery stówki”. I jeszcze mi dała nadpłatę. Zatkało mnie, szczęka, jeszcze wtedy naturalna, mi opadła. A potem mówię: „Mamo, to ja ci bardzo dziękuję”. Wiele razy mi się podobne rzeczy zdarzały.

– Boi się pan śmierci? – pytam. – O, to piękne pytanie – uśmiecha się. – Jo tak kiedyś Tischnerowi powiedziałem: „Wiesz, Józek, ja się śmierci nie boję”. A on: „Wszyćka się śmierci boją”. A ja mu na to: „Ja się boję umierania. Jak ma przyjść ta z kosą, to niech kosi, a nie zastrzygo się”.

Jego ukochana żona Maria zmarła na raka w 1993 roku. Miała 57 lat. „Zrucałaś ze mnie/ okiść mojego zła/ jako z gałęzi smreka” – zapisał w wierszu „Rok z Tobom” z cyklu poświęconemu „Sasi”, jak ją nazywał. – Byłem u niej w szpitalu przed śmiercią, koło północy. Miałem wtedy duże problemy z kręgosłupem szyjnym, nawet mdlałem, musiałem się na chwilę położyć. Prosiłem pielęgniarki, żeby mnie zawiadomiły, jakby coś się działo. I psie krwie zapomniały. Żona umarła beze mnie. Codziennie chodziłem do niej na cmentarz, aż mi jeden ksiądz powiedział: „Co ty tam tak gonisz chłopce, przecież jej tam już nie ma”. O grób dbam, ale wiem, że żona jest gdzie indziej. W niejednym domu przechowuje się rzeczy po zmarłych. Moja żona kochała się w butach, miała trzysta par. Powyrzucałem je albo porozdawałem. Zostały mi zdjęcia.

Piąta pora

– Zostało panu to, czym żyła żona – mówię.

– Ona miała podobne do Tischnera zaufanie do ludzi, którego do końca nie podzielałem. Potrafiła dać pieniądze biedakowi, choć nie wiedziała, czy ich nie przepije. Świadczyła miłosierdzie przed sprawiedliwością.

– Co to jest miłość? – pytam.

– To sprzężenie zwrotne między ludźmi. Byliśmy z żoną przeciwnymi charakterami, które się przyciągały jak plus z minusem. Kiedy ks. Tischner był spiritus movens powstającej Solidarności rolników, postawił na inteligentnego hochsztaplera, którego dobrze znałem. Siedzimy na bacówce i mu mówię: „Józek, tyś filozof, ale jak dziecko jesteś. Twoje zaufanie do ludzi przekracza rozsądek”. A on na to: „Znos Pismo? Tam pise: Jak się nie stoniecie jak dzieci, to nie wleziecie do królestwa” I już mnie miał.

– Bywa pan takim dzieckiem? – dopytuję.

– Ze mnie się śmieją, przecież jesteś poeta, chodzisz z głową w chmurach. A ja jestem wychowany, że mam chodzić twardo po ziemi. Często motywem mojego pisania jest przyroda, to, co przy ziemi. Właśnie przygotowują do wydania moje wspomnienia: „Spotkania w drodze”. Nie wspominam tam profesorów, burmistrzów, tylko ludzi, którzy czymś się dla mnie zaznaczyli. Porównałem ich do łąki – większość z nas to trawa, ale są też chwasty i one mają kwiotki. Te kwiotki to ludzie, którzy mnie zainteresowali, których lubiłem. Lubię sobie chodzić, światem się zachwycać. Tylko nie znoszę ludzi, którzy nie szanują przyrody. Raz jadę do Małej Białej i widzę w lesie dwa wyrzucone telewizory. To mi psuje całą przyjemność, bo przyrodzie trudno obronić się przed ludzką głupotą. Drzewo stuletnie jest jak człowiek 25-, 30-letni. Niejednokrotnie je obejmuję i słucham, co mówi. Kiedy idę w góry, to się spotykam z kolegami pod bukiem albo jaworem. To punkty rozpoznawcze dla wtajemniczonych.

Do Gorczańskiego Parku Narodowego zawsze może wejść, bo ma specjalne pozwolenie. – Raz pojechałem do Doliny Chowania. Pracowali tam robotnicy i mnie zatrzymali: „Gdzie się pchocie?”. A ja: „Mnie wszystko wolno” i pokazałem papiery. „To nie bele kto” – usłyszałem.

Idzie w góry i żal mu wracać, bo tak tam pięknie. Dlatego w wierszu „Po mojyemu” pyta, czemu Pan Bóg nie stworzył piątej pory roku na umieranie. – Nie ma nigdy tak, żeby pasowało umierać – mówi. „Jak widzis Boze – strasnie rod widzem świat coś go dlo mnie ozdobiył – ino Cie jesce musem upytać cobyś tyz piątyj brzyćkiyj pory roku – n a u m i y r a n i e nie zrobiył?”. •

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama