W oczy ks. Jerzemu

Farbami wydobywa wnętrze, emocje, duszę. A święci nie mają u niej lukrowanych uśmiechów. Bo to ludzie z krwi i kości.

Najpierw skończyła studia lingwistyczne – dlatego, że języki obce nie stanowiły dla niej problemu i dlatego, że trochę nie wierzyła w siebie. Nie wierzyła, że ta pasja, która towarzyszy jej od dzieciństwa i która w dużym stopniu wypełnia jej życie, wystarczy, by otrzymać indeks na ASP. – Przełamałam się jednak i postanowiłam zdawać po zakończeniu pierwszych studiów. I... zdałam – mówi Julitta Biały. I przedstawia się: mama, żona, tłumaczka i malarka. Malarka dusz, ludzi, prawdy i emocji. Bo emocja w malarstwie to podstawa. – Rozpoczęłam ASP i czułam, że to moja droga. Jednak byłam już mężatką, staraliśmy się z mężem o dziecko. Gdy się udało, postanowiłam zrezygnować ze studiów – bałam się, żeby farby, odczynniki nie zaszkodziły maleństwu. Urodziłam córkę, poświęciłam się jej całkowicie. Potem urodziłam synka. Jednak malarstwo przypomniało o sobie. Albo ja nie zapomniałam o malarstwie.

Domowa pracownia

W mieszkaniu na warszawskim Rakowcu atmosfera pastelowo-olejowa. Obrazy Julitty wiszą na ścianach, a te niedokończone dyskretnie przypominają o sobie niemal z każdego kąta. Z boku stoją portrety pięknych pań. Na sztalugach ksiądz Jerzy. Julitta bierze paletę, uważnie patrzy na rozpoczęty obraz. Z pietyzmem stawia, niemal niewidoczną dla zwykłego śmiertelnika, kropkę. Maleńkie maźnięcie pędzla najwyraźniej robi różnicę, bo Julitta się uśmiecha. To wyjątkowe uczucie malować świętego, którego się... zna. I to nie tylko z pobożnych książek czy cudzych wspomnień. – Ksiądz Jerzy Popiełuszko towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa. W zasadzie był w pobliżu mojej rodziny od zawsze. Gdy byłam malutka, mój ojciec, prof. Zbigniew Lew-Starowicz, pracował w Drewnicy w szpitalu psychiatrycznym. Tamtejszych chorych wspierał jako kapłan właśnie ks. Jerzy. Ojciec z księdzem bardzo się zaprzyjaźnili, a że mieszkaliśmy wówczas w Ząbkach, ksiądz stał się częstym gościem w naszym domu.

Julitta wyjeżdżała też na wakacje do domu rodzinnego ks. Jerzego. – Marianna, jego matka, to niewątpliwie święta kobieta. Czekam z niecierpliwością na rozpoczęcie jej procesu beatyfikacyjnego.

Portrety (nie tylko) ks. Jerzego

Pani Julitta do tej pory namalowała kilka portretów ks. Jerzego. Część ze zdjęć. Jeden całkowicie z pamięci. – Ciekawe, że właśnie ten z pamięci mojemu ojcu najbardziej się podoba. Mówi, że najbardziej przypomina ks. Jerzego, że jest najprawdziwszy. Co ciekawe, postronni obserwatorzy, którzy ks. Jerzego nie znali, mieli wątpliwości, czy on naprawdę tak wyglądał... Może aureolki nie namalowałam zbyt wyraźnie? Albo nie był wystarczająco cukierkowy lub odwrotnie – odpowiednio „umęczony”?

Julitta przyznaje, że twarz ks. Jerzego jest trudna do namalowania. Są ludzie mający dość oczywiste rysy, w każdym oświetleniu wyglądają podobnie. U ks. Popiełuszki, który miał rysy nieregularne, profil prawy i lewy znacznie się różnią. Dlatego uchwycenie odpowiednich proporcji twarzy wymaga sporej pracy. – Ale spojrzenie błogosławionego nie sprawiało mi nigdy problemu, bo je... doskonale pamiętam.

Obecnie Julitta maluje portrety, ikony, martwą naturę. Jedynie z pejzażem jest jej nie po drodze. Może za mało w pejzażu... człowieka? – W moim malarskim życiu przechodziłam różne etapy. Zaczęło się od portretów, bo lubię patrzeć w oczy. Lubię starszych ludzi. Bywało, że spotykałam na przystanku czy w drodze do sklepu starszą panią i pytałam, czy mogę zrobić jej zdjęcie, bo ma piękne oczy lub dłonie. Potem malowałam ją ze zdjęcia. Starsi ludzie na moją prośbę reagowali zwykle skrępowaniem i niezbyt wierzyli, że są jeszcze piękni... Bywa też, że pytam o pozwolenie młodych, bo także widzę w nich piękno. Oni reagują zazwyczaj parsknięciem, lekką agresją. Nie wierzą w dobre intencje, choć wierzą w siebie...

Na wielu pracach Julitty widnieje rozbujana i pochłonięta ruchem i emocją tancerka flamenco. – Kocham flamenco, sama wiele lat tańczyłam. Był taki czas w moim życiu, że pachniałam winem i Andaluzją – śmieje się.

Kilka lat temu przyszedł do parafii pani Julitty ks. Piotr Kabulski. – Zaprzyjaźnił się z naszą rodziną i zobaczył to moje malowanie. To on zachęcił mnie do malowania świętych. Więc zaczęłam malować i św. Ritę – doskonała patronka dla żon – i św. Matkę Teresę z Kalkuty, i wielu innych. Mój święty Franciszek, Zygmunt Szczęsny Feliński – rozjechali się szczęśliwie po świecie...

Julitta przyznaje: jest zakochana w życiorysach świętych. Św. Augustyn „się wściekał” i ciągle miał problemy z matką. Św. Rita miała duże kłopoty małżeńskie (dlatego powstało już wiele jej portretów). – A św. Gumar został świętym przez złośliwość swojej żony. Mój mąż powinien go lubić – Julitta mruży oczy. I lekko się uśmiecha.

Święci Julitty

Skąd Julitta czerpie pomysły na tematy obrazów? – Czasem mam potrzebę namalowania świętego po przeczytaniu jego życiorysu. Po prostu zachwycam się konkretną postacią i muszę ją namalować. Tak było na przykład ze św. Bernadettą. Chwilę po namalowaniu okazało się, że ktoś akurat potrzebuje obrazu właśnie tej świętej. Więc długo ze mną Bernadetta nie pobyła. Innym razem przychodzi impuls do namalowania konkretnego świętego. A czasem ktoś prosi o obraz swojego patrona.

Święci z obrazów to dla Julitty żywi ludzie. Tuż obok. – Ta ich obecność to przeżywanie mojego chrześcijaństwa. Wierzę w świętych obcowanie, w ich obecność w codziennym życiu, bo wielokrotnie, wręcz namacalnie, doświadczyłam i doświadczam ich pomocy. Dlatego nie przepadam za obrazami świętych takich odrealnionych, „nie z tej ziemi”. To byli prawdziwi ludzie, z krwi i kości. Mieli wady, problemy. Ale dążyli do Boga i zdobyli niebo. I dlatego powinni być nam bliscy.

Julitta kończy kolejny obraz ks. Jerzego. Przypatruje mu się uważnie, lekko dotykając pędzlem a to włosów, a to oczu. – Kiedyś pokazał nam taką szramę na szyi. Bliznę. Mało kto chyba o tym wie... Mówił, że ktoś go „postraszył nożem”. Musiał być człowiekiem ogromnej siły i hartu ducha, żeby działać, śmiać się i pomagać ludziom, mimo świadomości, że ktoś czyha na jego zdrowie i życie...

Bał się? – Przyznam, że nie wiem. Byłam za mała, żeby to rozeznać. W twarzy jednak lęku nie widziałam...

Julitta pamięta dokładnie moment zaginięcia ks. Jerzego. – Rodzice wiedzieli, byli pewni, że został zamordowany. Byli przerażeni i smutni, bo spodziewali się najgorszego. Ojciec wprost powiedział: „Zamordowali Jurka!”.Pamiętam rozdzierający płacz matki... Potem w domu przeżywaliśmy żałobę. Po stracie przyjaciela.

Julitta długo jeszcze później patrzyła na własnoręcznie przez ks. Jerzego zrobione prezenty – lampki z patyków, którymi obdarowywał znajomych. – Nie do końca, mimo 15 lat, rozumiałam, co się wtedy stało. Ale czułam pustkę.

Rozpoczyna od...

Oleje, akryle i pastele. To techniki, w których Julitta porusza się sprawnie i z lubością – Nie znoszę natomiast akwareli, bo uniemożliwiają poprawki. Olej i akryl dają możliwość zmian, zastanowienia, co przy moim temperamencie jest absolutną koniecznością. I ten zapach: uwielbiam zapach farb olejnych. Sama woń powoduje, że chcę malować.

Malowanie zawsze rozpoczyna od krótkiej modlitwy. Gdy maluje martwą naturę lub portret, po prostu prosi o wsparcie. Bez większego namaszczenia, ale ze świadomością, Kto tu komu talent daje. Jednak gdy maluje świętych, gdy pisze ikony, modlitwa jest pogłębiona. – Modlę się do świętego, którego maluję. Jemu poświęcam dzieło. To wynika z szacunku do postaci, pewnej pokory, żeby nie budować, nie kreować siebie, tylko właśnie malowaną postać. Mam wrażenie, czuję, jakbym była w jakiś sposób... prowadzona. Jakbym nie sama malowała czy pisała ikonę.

Po kim Julitta odziedziczyła talent do malarstwa? – Ojciec mój raczej nie maluje. Przynajmniej nigdy się do tego nie przyznawał. Ale mój dziadek, czyli ojca ojciec – malował. Był człowiekiem niesamowicie twórczym i ekscentrycznym. Jeszcze przed wojną, w zupełnie innych czasach, potrafił swojej żonie przepięknie, w skomplikowane wzory, wymalować... łydki. I ku zgorszeniu sąsiadek pójść potem pod rękę na wspólny spacer.

Julitta kończy ostatnie szlify. Ks. Jerzy z obrazka jest łagodny i spokojny. Ale spojrzenie ma głębokie i mocne. I chyba się do Julitty lekko uśmiecha. Widać, zadowolony z portretu.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości