W pułapce samorozwoju

Skoro świat pędzi, to chcemy go doganiać, czyli rozwijać się, nieustannie się uczyć, podnosić swoje kompetencje. Jednak mało kto pyta: dokąd ten bieg?

Rozwijaj się, zmieniaj, stań się najlepszą wersją siebie, bądź elastyczny, nadążaj za światem – te komunikaty atakują nas z każdej strony. Kto nie chce kształcić się przez całe życie, poszerzać swoich kompetencji w różnych dziedzinach, postrzegany jest wręcz jako jednostka patologiczna. Skoro świat nieustannie prze do przodu, to ten, kto stoi w miejscu, cofa się – takie twierdzenie przyjmujemy obecnie za pewnik. Warto jednak zapytać: dokąd ta gonitwa? Bo jeśli pędzimy w złym kierunku, to może lepiej wyhamować?

Za mała powierzchnia

Rozwój osobisty stał się dziś nie tylko osobną gałęzią wiedzy – czasami zdaje się już nawet zastępować religię. By to zweryfikować, odwiedziłem kilka katowickich księgarń należących do dużych sieci. Niestety, moje obserwacje wydają się potwierdzać tę tezę. Ustaliłem między innymi, że w księgarni Mole Mole dział „Religie i wyznania” zajmuje zaledwie jeden regał, na którym znajdziemy: Biblię, kilka książek trzech ostatnich papieży, kilka biografii świętych (o. Pio, Brat Albert, św. Faustyna), pojedyncze pozycje poświęcone buddyzmowi czy mitom. Z kolei „Rozwój osobisty” to aż cztery regały. „Bądź szczęśliwy”, „Obudź w sobie olbrzyma”, „Żyj pozytywnie ze Skalską” – uśmiechają się do nas litery z książkowych grzbietów. Na tej samej półce Kinga Rusin podpowiada, „Jak zdrowo i pięknie żyć”, a reszty mają dokonać kolejne tytuły, na przykład „Atlas szczęścia”, „Doskonałe ja”, „Sukces bez wyrzeczeń” czy – za przeproszeniem – „Sztuka obsługi penisa”.

Jeszcze dziwniej przedstawia się sytuacja w sieci Empik. W przylegającej do dworca kolejowego Galerii Katowickiej znalazłem dwa duże regały poświęcone rozwojowi osobistemu, podzielone na dodatkowe poddziały: „Psychologia/motywacja” i „Kariera i sukces”. Eksperci od naszego szczęścia doradzają tam, „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” czy jak mieć „Wszystko pod kontrolą”. Szukając półki z literaturą religijną, natrafiłem na dwa kolejne regały, nazwane jednak bardziej ogólnikowo: „Poradniki”. Tam książki kusiły mnie wiedzą na temat „Sekretów piękna” oraz tego, „Gdzie rosną pieniądze”. Dowiedziałem się też, że aby osiągnąć sukces, należy uderzać „Pięścią w szklany sufit”. Działu „Religia” ani żadnego podobnego nadal nie znalazłem. Zdesperowany podszedłem do sympatycznych młodych sprzedawców. Na moje pytanie odpowiedzieli uśmiechem i odesłali do oddziałów w dwóch innych galeriach. – Tu jest za mała powierzchnia – oznajmili rzeczowo.

Religia „ja”

Odpowiedź pracowników, zapewne wbrew ich intencjom, wydaje się znamienna dla naszych czasów i chyba można ją potraktować symbolicznie. Mamy dziś bowiem za mało miejsca na religię właśnie dlatego, że za bardzo zajmujemy się sobą. Duński profesor psychologii Svend Brinkmann nazywa to zjawisko religią „ja”. Jego zdaniem współczesny człowiek w centrum świata umieścił „ja” i jego rozwój. Jednym z przejawów dominacji tego światopoglądu jest ogromny popyt na coaching, czyli samorozwój poprzez metody związane z psychologią. Coraz więcej osób zatrudnia osobistego trenera, który ma im pomóc odkryć drogę do pożądanego celu. Z coachingu korzystamy zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, ba – przenika on nawet do duszpasterstwa. I choć w niektórych sytuacjach obecność kogoś, kto pomoże nam odkryć i rozwinąć talenty, faktycznie może być przydatna, nagminność takich zjawisk zmusza do postawienia poważnych pytań o kondycję współczesnego człowieka.

W ciekawej książce „Poczuj grunt pod nogami. Jak uciec z pułapki samorozwoju”, która właśnie ukazała się na rynku polskim, S. Brinkmann przekonuje, że żyjemy w kulturze przyspieszenia. Człowiek nieustannie musi nadążać za zmieniającym się światem, bo zmienia się rynek, przeobrażeniu ulegają trendy i algorytmy w mediach społecznościowych, pojawiają się nowe technologie. Dlatego wiele rzeczy w naszym życiu robimy coraz szybciej – mamy fastfoody, szybkie randki i śpimy średnio o pół godziny krócej niż w latach siedemdziesiątych. Ale zamiast wykorzystać zaoszczędzony czas chociażby na wzmocnienie rodzinnych więzi, poświęcamy go na „coraz większą liczbę zadań, które upychamy w i tak już zapełnionym kalendarzu”. Bo skoro świat przyspiesza, to i my musimy pędzić, czyli się rozwijać.

Kształcenie do śmierci

Najczęściej używany frazes w ogłoszeniach o pracę w ostatnich dwóch dekadach? Swend Brinkmann odpowiada: „Poszukujemy osoby elastycznej, gotowej do dostosowywania się do zmian i nastawionej na rozwój zawodowy i osobisty”. Problem w tym, że rozwój ten, mający teoretycznie przynieść satysfakcję czy nawet – jak obiecują niektórzy – poczucie szczęścia, zmienia się w upiorne, niekończące się kształcenie do śmierci, z którego nic nie wynika. Może poza frustrującym przekonaniem, że ciągle nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, by wykonywać powierzoną nam pracę.

To zupełnie inna perspektywa od tej, którą daje chrześcijaństwo. – Chrześcijanin nie upatruje źródła swojej wartości w osobistych osiągnięciach, ale w tym, że Jezus umarł za niego – podkreśla Małgorzata Kornacka, psycholog i trener rozwoju osobistego, autorka wydanej właśnie książki „Boży coaching”. – Natomiast prawdą jest, że Bóg zaprasza nas do współpracy. W chrześcijaństwie też jest rozwój, walka z grzechem. Ale moja niedoskonałość czy upadek nie będą źródłem frustracji, kiedy uświadomię sobie, że On jest ze mną.

To jasne, że każdy człowiek chce się rozwijać, wzrastać w powołaniu, wydawać owoce. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się to celem samym w sobie. Małgorzata Kornacka podkreśla, że coaching jest jak nóż, którym możemy kogoś zranić albo dokonać uzdrawiającej operacji: – Mogę oczywiście wykorzystać go, by pielęgnować swój egoizm, ale jeśli wyznaję altruizm, to dzięki coachingowi mam szansę uczyć się kochać i stawać się lepszym na przykład jako rodzic.

Sam prof. Brinkmann nie tyle poddaje krytyce ideę osobistego rozwoju, co ów bezrefleksyjny pęd za tym, by nieustannie dostosowywać się do oczekiwań świata. Jeszcze niedawno najbardziej podstawowymi pytaniami, jakie zadawał sobie człowiek, były: Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?. W płynnej nowoczesności, o której piszą socjologowie, pytania te przestają być istotne, bo człowiek nie ma punktu zaczepienia. Dziś jest kimś innym, niż był wczoraj, a jutro będzie kimś innym, niż jest dzisiaj.

Rozwój, ale jaki?

W takim świecie nie jest mile widziane zapuszczenie korzeni, bo ten, kto to robi, nie może już swobodnie się przemieszczać i odpowiadać na pojawiające się nowe wyzwania. Nie ma więc miejsca na głębsze więzi międzyludzkie, pielęgnowanie wspomnień i tradycji ani nawet na związanie się z jednym miejscem pracy, w którym moglibyśmy wykonywać nasze zajęcia naprawdę dobrze. Bo liczy się pęd, o którego cel, zafascynowani prędkością, pytać już nie chcemy.

W książce, która jest czymś w rodzaju antyporadnika samorozwoju, S. Brinkmann proponuje zaskakującą terapię. Okazuje się, że receptą na szaleństwo współczesności może okazać się… powrót do filozofii stoickiej. Tytuły kolejnych rozdziałów brzmią prowokacyjnie, jednak kiedy wczytamy się w tekst, okazuje się, że propozycje duńskiego psychologa są bardzo sensowne. „Przestań wsłuchiwać się w siebie” – pisze Brinkmann, obalając jeden z najbardziej zakorzenionych we współczesnej kulturze mitów: że nasze wewnętrzne przeczucia dadzą nam odpowiedzi na wszystkie pytania. Autor zwraca uwagę, że to, co zwykliśmy uważać za „wewnętrzny głos”, może zależeć od naszego chwilowego samopoczucia czy emocji. Trudno zatem od tego uzależniać poważne życiowe decyzje. „Jeżeli twoje wewnętrzne przeczucie podpowiada ci, że powinieneś zjeść ciastko, wcale nie musi to być mądre” – przekonuje psycholog. Rozprawia się też z mitem pozytywnego myślenia, zwracając uwagę na oczywisty – wydawałoby się – fakt, że „życie nigdy nie jest całkiem »okej«”, i przywraca nam prawo do narzekania. – Pozytywne myślenie rozumiane jako zaklinanie rzeczywistości może być niebezpieczne – potwierdza M. Kornacka. – Choć trzeba pamiętać, że ludzie przychodzą często do terapeuty z zaniżonym poczuciem wartości. W takiej sytuacji odkrycie tego, co w nas pozytywne – powtarzanie sobie komunikatu, że jestem wartościowym człowiekiem – bywa uzdrawiające. Ważne jednak, by była to informacja prawdziwa; by nie popaść ze skrajności w skrajność, nie uznać się za lepszego od innych, nie zrobić z siebie Boga. Nasz rozwój ma służyć innym, a nie temu, byśmy postawili siebie w centrum.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Rafaello
    11.03.2019 11:04
    To nie jest tak, że ludzie nie szukają w ogóle odpowiedzi na pytanie o sens życia. Tyle że nie szukają jej w dziale "religia". Z wielu powodów.
  • Podajnik
    12.03.2019 10:43
    Na pytanie czym się interesuje, mój nowy szef odpowiedział, że interesuje się skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy. Na później zadane pytanie czy wogóle wierzy w Boga odpowiedział, że nie wierzy ale jest przekonany, że Bóg istnieje.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.