Przybora do pisania

Polszczyzny używał z wirtuozerską lekkością, ale wartość jego tekstów nie polega wyłącznie na formalnej doskonałości. Piętnaście lat temu zmarł Jeremi Przybora.

Przybora. On w ogóle wszystko wymyśla. Ja tylko wyrażam swoje wątpliwości. Mniejsze lub większe – tak o swoim kabaretowym partnerze mówił drugi ze Starszych Panów, kompozytor Jerzy Wasowski. Jeremi Przybora był jednak nie tylko mistrzem w wymyślaniu, ale przede wszystkim – w ubieraniu wymyślonego w słowa. Bo przecież żeby stworzyć taką frazę jak: „wespół w zespół, by żądz moc móc zmóc”, trzeba być wirtuozem słowa.

Śmiech przeciw śmierci

O życiu Jeremiego Przybory z pozoru wiemy sporo, bo on sam je opisał, i to w aż trzech tomach. „Memuary” – bo taki tytuł nosi ta obszerna autobiografia – to dzieło dowcipne, pełne uroku, w dużej mierze autoironiczne. Ale czy w przypadku tego autora mogło być inaczej? „Poczucie humoru jest jedyną godną odpowiedzią na pułapkę istnienia, a śmiech w obliczu śmierci byłby największym triumfem człowieka nad losem, który go upokarza” – napisał w swojej książce. Te słowa zabrzmiały zresztą tuż po jego pogrzebie, przytoczone przez Grzegorza Turnaua.

Urodził się w 1915 r. w Warszawie, w rodzinie szlacheckiej, jako najmłodsze z trojga dzieci. Imię otrzymał na cześć Jeremiego Wiśniowieckiego, bo ojciec, właściciel fabryki słodyczy i cukierni, był wielbicielem Trylogii. Rodzice rozwiedli się, gdy miał kilka lat, ale oboje nadal go wychowywali. Jeremi uczył się w ewangelickim Gimnazjum im. Mikołaja Reja, następnie studiował w Akademii Nauk Politycznych, w Szkole Głównej Handlowej i na Uniwersytecie Warszawskim. Żadnej z tych uczelni jednak nie ukończył. Tuż przed wojną zgłosił się do konkursu na spikera Polskiego Radia i został przyjęty do rozgłośni warszawskiej.

To ostatnie zdarzenie miało zaważyć na całym jego życiu, to właśnie w Polskim Radiu poznał bowiem Jerzego Wasowskiego. Drugi z przyszłych Starszych Panów, z wykształcenia inżynier akustyk, pracował w dziale technicznym. To m.in. dzięki pracy pana Jerzego rozgłośnia Warszawa II, choć częściowo uszkodzona, mogła transmitować przemówienia prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego. Z kolei Przybora prowadził później audycje w słynnej rozgłośni Błyskawica, uruchomionej podczas powstania warszawskiego. Do końca dyżurował w niej jako spiker, śpiąc na podłodze pod ostrzałem. Co nie zmienia faktu, że wobec samego powstania pozostawał zawsze bardzo krytyczny.

Szwów nie widać

Po wojnie przyszli Starsi Panowie tworzyli na antenie radiowej Teatrzyk Eterek, określany mianem „najszerszego uśmiechu radia czasów stalinowskich”. Istniał on aż do narodzin Kabaretu, czyli do 1958 r.

„Tu Kabarecik Starszych Panów, to znaczy – przyjaciela i mój. Siedzimy sobie z przyjacielem na naszej ulubionej kanapce i na naszym ulubionym tle muzycznym” – przywitał widzów pierwszego odcinka Jeremi Przybora. Dalej następowała urocza, dialogowana autocharakterystyka: „– Jesteśmy ładnie, starannie ubrani: czarne żakiety, sztuczkowe spodnie, jasne kamizelki, getry, perłowe plastrony z perłą plastronową… – Trzeba przyznać, bez hipokryzji, że do tego jesteśmy dość przystojni. – No, nie tylko do tego. – Jeden z nas z włosami tu i ówdzie przyprószonymi siwizną, a drugi z głową tu i ówdzie przyprószoną włosami”.

Mieli zaledwie 45 (Wasowski) i 43 (Przybora) lata, ale ich nieco archaiczny strój dodawał im wieku. Ta stylizacja na dawną wytworność stała się znakiem rozpoznawczym programu, który również w warstwie tekstowej nawiązywał do najlepszych przedwojennych tradycji kabaretowych. Teksty piosenek pisanych przez Przyborę dowodzą przecież najwyższego kunsztu literackiego. Polszczyzny używał z wirtuozerską lekkością, grając brzmieniowym podobieństwem słów. „Pomnę wciąż wasz świeży miąższ”, „Szuja! Obrzydliwa larwa i szczeżuja!”, „Praprapramać praojców prawych/ Praziarno Sprawy w praglebie sadź” – to tylko niektóre z jego mistrzowskich fraz. A przecież ich wartość nie polega wyłącznie na formalnej doskonałości. W wielu z nich kryła się głęboka prawda o życiu, najczęściej wyrażona dowcipnie, choć czasem też całkiem poważnie, jak chociażby w „Śmierci ptaka” – mniej znanym utworze genialnego tandemu, nagranym dopiero po latach przez Grzegorza Turnaua:

Śmierć ptaka to jest Koci skok Śmierć ptaka to jest Strzał i mrok Śmierć ptaka to jest Żal niewielki Kres bez łez Oczy jak dwie Snu kropelki. (…) Śmierć ptaka to jest Kropla krwi Bardzo podobna do twej Kropli krwi Bardzo podobna do twej Otchłań taka Ten sam próg Bramy trwóg

Śmierć ptaka to jest Kropla krwi Bardzo podobna do twej Kropli krwi Bardzo podobna do twej Otchłań taka Ten sam próg Bramy trwóg

„Mistrzowskie połączenie piosenki lirycznej z żartobliwą. Mistrzostwo polega na tym, że szwów nie widać” – mówiła o jego twórczości Wisława Szymborska. Z tekstów Przybory wyłania się obraz człowieka czułego, pełnego miłości do świata i ludzi. Aż dziw, że autor takich piosenek mógł deklarować się jako „bardzo głęboko niewierzący”. Z drugiej strony jego pogrzeb poprzedziło nabożeństwo za duszę zmarłego, odprawione w kościele ewangelicko-augsburskim, a tabliczka na trumnie zawierała krzyż i skrót „śp.” – świętej pamięci.

Tłumacz muz

Mimo że spisał własną biografię, wiele faktów z jego życia pozostaje zagadką nawet dla najbliższych przyjaciół – chociażby to, że legitymację partyjną oddał dopiero po antysemickiej nagonce z 1968 r. W Kabarecie Starszych Panów polityki nie było jednak prawie w ogóle. Na całe szczęście – w czasach, gdy z ekranu płynęły głównie słowa o zadaniach organizacji partyjnej, wytycznych na kolejne lata i wierze w socjalizm, te audycje przynosiły trochę wytchnienia. Nawet Mikołaj, który pojawił się w programie, rozdając, a potem zabierając prezenty, nie u wszystkich budził skojarzenia z politycznym „przykręcaniem śruby”. Podobno tylko Gomułka na widok Starszych Panów rzucał kapciem w telewizor. Ostatecznie jednak twórców programu nic złego nie spotkało.

W kontaktach z ludźmi Jeremi Przybora nie był łatwy – nie przyjaźnił się nawet z Wasowskim, choć we wspomnieniach zawsze zostają duetem, a syn kompozytora mówił do niego „Wujo”. Tajemnicą pozostają też kulisy zamknięcia Kabaretu w 1966 r. Zdaniem niektórych Wasowski miał odejść ze względu na lojalność wobec żony Przybory, który w tamtym czasie związał się z Agnieszką Osiecką i – ostatecznie – rozwiódł się (był to już jego drugi rozwód, w sumie był żonaty trzy razy). Ale sam kompozytor tłumaczył, że po prostu „czuje się za stary”. Zresztą pod koniec lat siedemdziesiątych wznowili na chwilę cykl, nagrywając Kabaret Jeszcze Starszych Panów. Były to nowe – zarejestrowane w kolorze i ze zmienioną częściowo obsadą – wersje pierwszych odcinków serii. Te wcześniejsze, czarno-białe, nie zostały bowiem zapisane.

Duet współpracował też nadal przy tworzeniu piosenek, które śpiewały m.in. Magda Umer i Hanna Banaszak (słynne „Ja dla pana czasu nie mam” czy „Żegnaj, kotku”). Wspólnie stworzyli komedie muzyczne: „Stokrotki ogrodnika Barnaby” i „Gołoledź”. Przybora wysoko cenił sobie tę współpracę. „On ma zawsze jakiś aktywny stosunek do tekstu, często jest to stosunek współtwórczy w dziedzinie powstawania także słowa” – mówił o Wasowskim. Kompozytor zaś charakteryzował go tak: „Przybora to jest transformator. To, co mu kablują te jego muzy, on przekazuje nam w języku nam przystępnym”. Może dlatego tak te jego piosenki kochamy.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg