Narodowe zwierciadło

Trzeba być geniuszem, by ze strzępów rozmów wyrywanych z barwnego tanecznego kłębowiska ułożyć taki dramat jak „Wesele” – w którym naród zobaczy siebie jak w zwierciadle. I będzie się w nim przeglądać przez kolejne dziesiątki lat.

Równo 120 lat temu w podkrakowskiej wsi Bronowice miało miejsce wesele, które na trwałe zapisało się w historii polskiej literatury. Poeta Lucjan Rydel poślubił chłopkę Jadwigę Mikołajczykównę. To, co jeszcze kilka dekad wcześniej uchodziłoby za mezalians, w okresie Młodej Polski nie dziwiło wcale. Przeciwnie: ówczesna inteligencja, znudzona jałową egzystencją w mieście, coraz bardziej fascynowała się życiem wiejskim – jego witalnością, bliskością natury, folklorem. Przejawem tego zainteresowania, nazywanego czasem „chłopomanią” albo „ludomanią”, stały się także coraz częstsze małżeństwa łączące ludzi z dwóch, wydawałoby się, oddalonych od siebie grup społecznych. Przed Rydlem w taki związek wstąpił m.in. malarz i grafik Włodzimierz Tetmajer, który poślubił siostrę Jadwigi – Annę Mikołajczykównę. To właśnie w dworku Tetmajerów odbyło się wesele, które zainspirowało Stanisława Wyspiańskiego do napisania wybitnego dramatu.

Przeczarowane w poezję

Wyspiański był gościem na weselu, ale nie bawił się z biesiadnikami, tylko bacznie obserwował, zapisywał w pamięci. „Pamiętam go jak dziś, jak szczelnie zapięty w swój czarny tużurek stał całą noc oparty o futrynę drzwi, patrząc swoimi stalowymi, niesamowitymi oczyma. Obok wrzało weselisko, huczały tańce, a tu do tej izby raz po raz wchodziło po parę osób, raz po raz dolatywał jego uszu strzęp rozmowy. I tam ujrzał i usłyszał swoją sztukę” – wspominał wiele lat później w „Plotce o »Weselu« Wyspiańskiego” Tadeusz Boy-Żeleński.

Trzeba być geniuszem, by ze strzępów rozmów ułożyć dramat – i to taki, w którym cały naród zobaczy siebie jak w zwierciadle. I będzie się w nim przeglądać przez kolejne dziesiątki lat. Bo przecież „Wesele” – jeśli podmienić w nim osoby i kostiumy – pozostaje aktualne także dzisiaj. Jak Wyspiańskiemu udało się osiągnąć ten efekt? „(…) Każdemu, kto patrzał z bliska na ludzi i wydarzenia splatające się w »Wesele«, czymś najbardziej podziwu godnym jest to właśnie, jak drobnymi, lekkimi dotknięciami Wyspiański umiał codzienną rzeczywistość przeczarować w poezję, jak mało odbiegając od anegdoty, umiał jej nadać olbrzymie rozpięcie symbolu” – podkreślał Boy-Żeleński.

Tym, co musiało od razu rzucać się w oczy obserwatorowi tamtego wesela, była powierzchowność, czy może nawet pozorność, owego sojuszu inteligencko-chłopskiego. O ile bowiem sam Gospodarz, czyli Tetmajer, był faktycznie człowiekiem zżytym z wsią, o tyle pozostali przedstawiciele poszczególnych grup społecznych niewiele o sobie nawzajem wiedzieli. Na przykład o Panu Młodym, czyli Lucjanie Rydlu, Boy pisał: „Ten poeta – był to klasyczny mieszczuch, niemający poczucia wsi ani chłopa; popełniał tedy co chwilę wykroczenia przeciw etykiecie wiejskiej, które raziły Bronowickich gospodarzy. »Ten pan Rydel to dobry człowiek, uczony człowiek, ale strasznie źle wychowany«, mówili, a mianowicie dlatego, że Rydel, chcąc się »zbliżyć do ludu«, chodził w konkury boso, poza tym w marynarce i z zawiniętymi spodniami. Otóż na wsi chłop chodzi boso albo przy pracy, albo jeśli nie ma butów, ale z wizytą – nie”.

Każden sobie rzepkę skrobie

Brak znajomości wiejskich realiów przez inteligencję Wyspiański celnie demaskuje w krótkich wymianach zdań między bohaterami. „Cóż ta, gosposiu, na roli?/ Czyście sobie już posiali?” – pyta Radczyni (pierwowzorem tej postaci była Antonina Domańska, pisarka, autorka powieści dla młodzieży) z udawaną troską, za którą zauważyć można poczucie wyższości. „Tym ta casem się nie siwo” – odpowiada Klimina, przedstawicielka wsi, lakonicznie zwracając uwagę na fakt, że oto właśnie mamy listopad, więc pytanie jest cokolwiek nie na miejscu. Inteligenci zresztą też niespecjalnie chcą odpowiadać na pytania chłopów. Kiedy Czepiec wypowiada swoje słynne, otwierające utwór słowa: „Cóż tam, panie, w polityce?/ Chińcyki trzymają się mocno!?”, Dziennikarz, którego pierwowzorem był Rudolf Starzewski, redaktor krakowskiego „Czasu”, daje mu do zrozumienia, że nie powinien interesować się czymś, na czym się nie zna. Po wcześniejszym zasugerowaniu, że chłop nie wie, gdzie leżą Chiny, konstatuje: „Ja myślę, że na waszej parafii/ świat dla was aż dosyć szeroki”. W tym kontekście bardzo prawdziwe okazują się słowa Radczyni wypowiedziane do Kliminy: „Wyście sobie, a my sobie,/ każden sobie rzepkę skrobie”.

Już tych kilka fragmentów pokazuje, jak głęboko „Wesele” zostało wchłonięte przez polszczyznę, także tę potoczną; jak bardzo dziś mówimy „Weselem” (choć zapewne nie zawsze sobie to uświadamiamy). A przecież podobnych, używanych obecnie na co dzień zwrotów jest w dramacie Wyspiańskiego znacznie więcej. Przywołajmy tylko niektóre: „a to Polska właśnie”, „a tu pospolitość skrzeczy”, „chłop potęgą jest i basta”, „jak się żenić, to się żenić”, „trza być w butach na weselu” czy „z biegiem lat, z biegiem dni”. To, że wszystkie one przyjęły się w języku polskim, jest kolejnym dowodem celności obserwacji prowadzonych przez autora. To świat prawdziwy, z krwi i kości, zaczepiony w konkretnych realiach, a jednocześnie na tyle uniwersalny, że odnaleźć mogą się w nim także Polacy żyjący 120 lat później.

Chocholi taniec

Aktualność „Wesela” przejawia się przede wszystkim w tej bolesnej diagnozie: nie potrafimy jako naród działać razem. Dziś, w czasach ostrych podziałów w naszym społeczeństwie, gdy strony sporu zamykają się w swoich „bańkach”, nie chcąc nawet poznać sposobu myślenia adwersarzy – widać to szczególnie wyraźnie. Ale i wtedy, w czasach Wyspiańskiego, było to zauważalne. Symboliczna scena, w której Gospodarz daje parobkowi Jaśkowi złoty róg, mający zwoływać chłopów do powstania, pokazuje, że inteligencja nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za walkę o przyszłą Polskę. Z kolei scena, w której Jasiek gubi róg, schylając się po czapkę z pawich piór, symbolizuje naszą próżność; pogoń za tym, co błahe i powierzchowne, za chwilowymi przyjemnościami. Oznacza też ułudę bogactwa i wygodnego życia; pychę i blichtr ślepego naśladownictwa innych narodów (w tym fragmencie „Wesela” dostrzec można m.in. aluzję do „Grobu Agamemnona” Juliusza Słowackiego; już sześć dekad wcześniej romantyczny poeta pisał: „Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!/ Pawiem narodów byłaś i papugą;/ A teraz jesteś służebnicą cudzą”). Gorzko brzmią dla Polaków słowa Chochoła, który śpiewa w finale:

Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci sie ino sznur, ostał ci sie ino sznur.

Także te słowa wielokrotnie wybrzmiewały we współczesnej Polsce, odnoszone do osób, którym zarzucano sprzeniewierzenie się wcześniej wyznawanym ideom (ich adresatami bywali np. Lech Wałęsa czy Paweł Kukiz). Z kolei finałowy „chocholi taniec”, który ma symbolizować uśpienie Polaków – przez zaborców, ale także przez własne, narodowe wady – również dziś staje się naszym udziałem. Tańczymy pod dyktando: modnych ideologii, polityków różnych opcji, mediów nakręcających spory, Unii Europejskiej, ale i własnego duchowego lenistwa, które nie pozwala dostrzec winy w nas samych. Dopóki nie włączymy samodzielnego myślenia, ów taniec będzie trwał i trwał.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama