Festiwal z przeszkodami

Można się zastanawiać, komu potrzebny był tegoroczny Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni.

W obliczu pandemii, kiedy pozamykane zostały multipleksy, a tylko nieliczne polskie filmy doczekały się premiery kinowej, podjęto najpierw decyzję o organizacji 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w formie hybrydowej, ale bez udziału publiczności. Filmy walczące o Złote Lwy w Gdyni mieli oglądać tylko dziennikarze. Zmianie uległ też termin, bo festiwal przeniesiono z września na listopad. Kiedy okazało się, że w tym samym czasie odbywają się Nowe Horyzonty i American Film Festiwal, organizowane przez Gutek Film, by uniknąć konkurencji, zdecydowano o kolejnej zmianie terminu.

Ostatecznie festiwal odbył się w grudniu. Zmieniono również formułę pokazów. Zrezygnowano z koncepcji seansów hybrydowych, filmy udostępniano wyłącznie w sieci. Bomba wybuchła, kiedy okazało się, że z 14 obrazów zakwalifikowanych do Konkursu Głównego prawie jedna trzecia nie będzie jednak dostępna nawet dla akredytowanych przy festiwalu dziennikarzy. W tej sytuacji odwołano przyznanie tradycyjnej nagrody przedstawicieli mediów.

Dystrybutorom nie zależy

Dlaczego nie można było pokazać w sieci wszystkich filmów? – W związku z ograniczeniami licencyjnymi nie możemy, niestety, pokazać online szerokiej publiczności wszystkich filmów z Konkursu Głównego. Niektórzy dystrybutorzy są już związani umowami z innymi platformami VOD. Z kolei dystrybutorom tych filmów, które jeszcze nie miały premiery kinowej, zależy, by zachować tradycyjną kolejność, zgodnie z którą najpierw są pokazy na wielkim ekranie, a dopiero później inne formy dystrybucji – tłumaczył Leszek Kopeć, dyrektor FPFF.

Wśród „zakazanych” filmów znalazły się m.in. nominowany do Oscara film Małgorzaty Szumowskiej „Śniegu już nigdy nie będzie”, „Magnezja” Macieja Bochniaka i „Żużel” Doroty Kędzierzawskiej. Okazuje się, że filmów wspieranych i dotowanych przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, który jest jednocześnie jednym z organizatorów festiwalu, nie można na nim pokazać. Świadczy to chyba tylko o „poważaniu”, w jakim studia i dystrybutorzy mają gdyński festiwal i jego organizatorów. Podważa to również sens istnienia festiwalu w obecnym, pandemicznym kształcie. Może wystarczyłoby po prostu dostarczyć jurorom zestaw zakwalifikowanych filmów, a nie finansować kosztowną festiwalową machinę organizacyjną i techniczną. Zaoszczędzone fundusze można byłoby przeznaczyć np. na wsparcie dla znajdujących się obecnie w trudnej sytuacji ludzi kina. Można odnieść wrażenie, że festiwal został zorganizowany wyłącznie po to, by rozdać nagrody. Czy nie należało raczej poczekać do przyszłego roku, kiedy być może osłabnie epidemia, i pokazać w konkursie tytuły z dwóch ostatnich lat?

Trudno ustosunkować się do werdyktu jury, skoro nie mogliśmy zobaczyć wszystkich propozycji. Natomiast biorąc pod uwagę filmy, które zostały nam udostępnione, wydaje się, że w przyszłym roku widzowie nie będą mieli wielu powodów do radości. Poziom festiwalu był przeciętny, chyba że jakiś rodzynek znalazł się wśród tych, które mogło obejrzeć tylko jury.

Jury nie zauważa

O poziomie festiwalowych produkcji może też świadczyć fakt, że Złote Lwy, główna nagroda festiwalu, przyznane zostały filmowi… animowanemu. Animacja „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego to klasyczne kino festiwalowe, które nie ma szans na szeroką dystrybucję. Zasługuje na uwagę przede wszystkim z jednego powodu. Wybrzmiewa w nim to, czego brakuje w polskim kinie, czyli filozoficzna refleksja nad kondycją człowieka w świecie, próba pogodzenia się z przemijaniem, z przeszłością, z tym, co bezpowrotnie tracimy, nieuważnie, czasem lekceważąco traktując naszych najbliższych. Natomiast zastrzeżenia budzi turpistyczna i brutalna forma, w jakiej film został zrealizowany. Drugą co do ważności nagrodę festiwalu – Srebrne Lwy – otrzymali reżyser Magnus von Horn oraz producent Mariusz Włodarski za obraz „Sweat”. Na film, który oglądało wyłącznie jury, spłynął także deszcz innych nagród. Podobnie jak na „Magnezję” Macieja Bochniaka.

Werdykt jurorów pominął całkowicie dwa filmy, które widocznie okazały się zbyt kontrowersyjne w klimacie sporów dzielących obecnie nasze społeczeństwo. Pierwszy z nich, „Zieja” Roberta Glińskiego, jest przecież sprawnie zrealizowaną opowieścią o kapłanie, który żył Ewangelią, ze znakomitą, zasługującą na nagrodę kreacją Andrzeja Seweryna w roli tytułowej. W przeciwieństwie do wielu prezentowanych na festiwalu tytułów dzieło działa na emocje i wzrusza widza, ogląda się je znakomicie.

Trudno się też dziwić, że w czasie, kiedy trwają protesty pod hasłem zabijania dzieci nienarodzonych, wspierane przez „postępowe” kręgi artystyczne, jury nie chciało narażać się swojemu środowisku i nie zauważyło „Amatorów” Iwony Siekierzyńskiej. W każdym razie film o grupie ludzi dotkniętych zespołem Downa nie bardzo współgra z manifestowanym obecnie przez niektórych artystów, także tych nagrodzonych na festiwalu, wsparciem dla aborcji bez granic, bo ich zdaniem bez prawa do zabijania dzieci nienarodzonych nie ma prawdziwej demokracji.

Niepełnosprawni grają Szekspira

„Amatorzy”, pełnometrażowy debiut Siekierzyńskiej, z pewnością nie jest filmem do końca doskonałym. Natomiast podziwiać należy odwagę reżyserki, która zdecydowała się zrealizować go z obsadą złożoną w większości z niepełnosprawnych amatorów. Z pewnością nie było to łatwe zadanie, ale rezultat jest olśniewający. Wątpię, by obraz trafił do kin, ale jeżeli znajdzie się na portalach VOD, należy go zobaczyć koniecznie. Film przynajmniej w części pokazuje, z jakimi problemami zmagają się osoby niepełnosprawne, a także konfrontuje obiegowe wyobrażenia na ich temat z rzeczywistością. Fikcja splata się tu z prawdą, bo występują w nim autentyczni aktorzy Teatru Biura Rzeczy Osobistych, którzy otrzymują zadanie wystawienia sztuki Szekspira. I rzeczywiście wystawiają, ale po swojemu. Pominięty przez profesjonalne jury film otrzymał pozaregulaminową nagrodę Sieci Kin Studyjnych i Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

Brakowało na festiwalu filmów dotykających bezpośrednio współczesności, z jednym, częściowo udanym wyjątkiem, jakim był film Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd”. Ola, jego bohaterka, marzy o własnym samochodzie. Ma nadzieję, że obiecany przez pracującego w Irlandii ojca pojazd pozwoli jej wyrwać się z szarej codzienności. Jednak jej marzenia zostają skonfrontowane z brutalną rzeczywistością, kiedy dowiaduje się o śmierci ojca. Nastolatka wyrusza do Irlandii, by sprowadzić ciało zmarłego do Polski. Wbrew pozorom film nie jest kolejną przypowieścią o niedolach Polaków na emigracji, wprost przeciwnie. Z pewnością na uwagę zasługuje też portret pozbawionego wzorców młodego pokolenia. Natomiast sprzeciw budzi powielany nieustannie w podobnych produkcjach schemat Polaka, a w tym wypadku Polki, jako ograniczonej dewocyjnej katoliczki.

W tym roku w konkursie znalazło się kilka filmów, których scenariusze oparto na biografiach autentycznych postaci. Należały do nich „Zieja” i sprawnie zrealizowany debiut Jana Holoubka „25 lat niewinności” opowiadający o więziennej gehennie skazanego za niepopełnioną zbrodnię Tomasza Komendy. Wielkie nadzieje budził też „Mistrz” Macieja Barczewskiego, przedstawiający losy pięściarza Tadeusza „Teddy’ego” Pietrzykowskiego, który znalazł się w pierwszym transporcie do Auschwitz. Tam stoczył szereg walk, dzięki którym ocalił swoje życie i mógł pomagać innym więźniom. Film jednak do końca nie spełnił związanych z nim oczekiwań, bo autentyczna obozowa historia Pietrzykowskiego była o wiele bardziej interesująca. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg