Filmowa pop-historia

W kostiumach historycznych można oddać ważne problemy współczesne.

W historii kina większość filmów historycznych, które zresztą dzielą się na różne podgatunki, to filmy drugorzędne. Niewiele znajdujemy tu arcydzieł. Podobnie jest ze współczesnymi serialami o tej tematyce. Z pewnością gatunek ten interesował twórców ze względu na jego popularność, ale motywacje były różne. Niektórzy chcieli lepiej poznać minione czasy, inni manipulowali wybranymi elementami przeszłości w określonym celu. W kostiumach historycznych można przecież oddać ważne problemy współczesne. Można też dokonać aktualizacji dawnych wydarzeń, by wpłynąć na zachowania człowieka (np. w sferze polityki), a także na jego postawy.

Kino ahistoryczne

Niesione przez filmy treści nabierają charakteru dydaktycznego, idąc w stronę propagandowych interwencji w bieżące życie społeczne, a ich funkcja perswazyjna ma skłaniać odbiorcę do opcji światopoglądowej. Pisał o tym w „Filmowej pop-historii” Rafał Marszałek. Zauważył też, że „kino mitologizuje historię pod dyktatem wyraźnych potrzeb społecznych”. „W krytykach ekranowego opowiadania historycznego zwykło się akcentować szkodliwy wpływ »mitów fałszywych« nie tylko na kryterium prawdy, ale z uwagi na niespełnione przez film zobowiązania społeczne” – podkreślał, dodając, że „zdeformowana informacja zniekształca rozumienie przeszłości, uniemożliwiając tym samym spożytkowanie kulturowego dziedzictwa”. Mówiąc o stereotypach tworzonych przez pop-kulturę nawiązał do westernu, w którym często kolor skóry miał znaczenie kluczowe, tworząc postać „złego Indianina” czy „wiernego Murzyna”. „Współczesna bezwzględność amerykańskich rozrachunków z legendą Zachodu jest odpowiedzią na bezkrytycyzm dawnych narracji. Lecz oba typy są stronnicze… Nietrudno spostrzec, że gdy chodzi o zarys przyszłych wydarzeń, apologia nie różni się zasadniczo od pamfletu” – napisał Marszałek w swojej książce. Dzisiaj to zagadnienie można odnieść do współczesnego kina historycznego, które staje się coraz bardziej ahistoryczne.

Czarna królowa

Czy w filmach biograficznych poświęconych postaciom historycznym można sobie na wszystko pozwolić? Wydaje się, że granica ta przesuwa się coraz bardziej. W ostatnim czasie ogromne kontrowersje wzbudziła informacja o obsadzeniu w roli Anny Boleyn – jednej z żon Henryka VIII czarnoskórej aktorki Jodie Turner-Smith. Część komentatorów uznała ten wybór za jak najbardziej uprawniony, a nawet genialny. Inni nie szczędzili krytyki reżyserce i producentom, zarzucając im fałszowanie historii i uleganie wszechobecnej fali poprawności politycznej. Krytycy pomysłu znaleźli się na pozycji dosyć niewygodnej, narażając się na oskarżenia o rasizm, a dzisiaj takie – nawet bezpodstawne – zarzuty mogą skończyć się dyskredytacją.

Dlaczego wybór wzbudził aż takie kontrowersje? Przecież nie po raz pierwszy czarni aktorzy grają bohaterów, co do których nie było wątpliwości, że są przedstawicielami rasy białej, i nie spowodowało to aż tak gorącej dyskusji. W ubiegłym roku premierę miał miniserial „Nędznicy” Andrew Daviesa według Wiktora Hugo, w którym ikoniczną postać inspektora Javerta zagrał czarnoskóry David Oyelowo, a w „Opowieści wigilijnej” Stevena Knighta w postać żony Boba Cratchita wcieliła się Vinette Robinson. Chociaż nie wydaje się, by autorzy literackich pierwowzorów byli zadowoleni z tego, jak w obu serialach potraktowano ich dzieła, to należy pamiętać, że serial przedstawia bohaterów fikcyjnych.

Wątpliwości, przynajmniej moje, w przypadku filmu o Annie Boleyn budzi decyzja Lynsey Miller, reżyserki powstającego miniserialu. Przecież Boleyn żyła naprawdę i jest postacią szeroko znaną nawet wśród widzów nie interesujących się historią. Nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Jest bohaterką licznych powieści, sztuk, a przede wszystkim filmów i seriali związanych z postacią tyrana, jakim był Henryk VIII. Była jego drugą żoną, królową Anglii od 1533 do 1536 roku i ostatecznie została skazana na śmierć za rzekomą zdradę. Była też matką królowej Elżbiety I. Film, według Miller, ma przedstawiać wydarzenia ostatnich miesięcy życia bohaterki z jej perspektywy, a także walkę o przetrwanie i „wyzwanie, jakie rzuciła otaczającemu ją patriarchatowi”. Producenci nie ukrywają też feministycznego przesłania filmu i argumentują, że nie jest on dokumentem. Czy jednak przekonanie, że tak zwana promocja różnorodności polegająca na zmianie koloru skóry aktorów angażowanych do filmów historycznych, a tym samym odbieraniu tożsamości ich bohaterom, to decyzja zasługująca na miano postępowej? Wydaje mi się, że jest to krok do tyłu i jest kolejnym punktem w stronę zaostrzania podziałów. Czy nie lepiej tworzyć biograficzne filmy o znaczących, ważnych bohaterach osadzonych w historycznych realiach ich kultur i tradycji? Wydaje się, że komuś zabrakło zdrowego rozsądku.

Jezus mediów

Dotyczy to również szeroko pojętych filmów biblijnych. W swojej książce „To nie jest Jezus. Filmowe apokryfy XXI wieku” ks. prof. Marek Lis podkreśla, że o ile publikacje teologiczne czy filozoficzne trafiają do określonego, wąskiego kręgu czytelników, o tyle filmy ogląda publiczność masowa, co jest zjawiskiem pozytywnym. Jednak wiąże się z tym ryzyko „uprawiania swoistych poza-kościelnych teologii”. Może dojść do sytuacji, w której „Jezus kultury” i „Jezus mediów” zastąpi w wyobraźni ludzi zarówno Jezusa historii, jak i Chrystusa wiary. Twórcy tych filmów, pisząc scenariusze, korzystają nie tylko z Biblii, ale także z szeroko rozumianych apokryfów, tworząc jak gdyby nowe apokryfy, biblijno-filmowe. Takie niebezpieczeństwo w filmach o tej tematyce pojawia się coraz częściej, chociaż nie mam wątpliwości, że intencje ich twórców są często dobre. Można postawić pytanie, czy filmy biblijne są jednocześnie filmami historycznymi. Z tym wiąże się kolejny problem. Realizując np. film o życiu Jezusa, twórca musi sobie zadać pytanie, czy był On postacią historyczną, czy mityczną, czy żył, nauczał i czynił cuda, czy też jest postacią fikcyjną.

Jeżeli reżyser traktuje Ewangelię, podobnie jak wielu historyków, jako źródło historyczne poddające się analizie historycznej i badaniom chronologicznym, to opowiadając o życiu Jezusa, musi się trzymać podstawowych przynajmniej faktów. A do takich należy pochodzenie Jezusa. Na płaszczyźnie historycznej był On palestyńskim Żydem żyjącym w pierwszym wieku, co jest niezwykle ważne dla wiary chrześcijańskiej. Nie można mówić o Jezusie, odrywając Go od Jego ludu i wiary. Chociaż w Ewangeliach nie znajdujemy opisu fizycznego wyglądu Jezusa, nie ma wątpliwości, że miał semickie rysy twarzy, prawdopodobnie ciemną skórę, oczy i włosy. Nie jest to zgodne z naszymi wyobrażeniami ukształtowanymi na podstawie malarstwa, rzeźby czy filmów. Jezus w filmach fabularnych miał wiele twarzy, a jednym z kluczowych elementów realizacji był wybór odtwórcy głównej roli. Wybór ten zawsze budził kontrowersje. Niewiele wspólnego z historyczną wiarygodnością ma niebieskooki Jezus z hollywoodzkich filmów, jak i czarny Jezus z „Koloru krzyża” – Jeana-Claude’a La Marre’a – który w ujęciu reżysera pada ofiarą rasistowskich przekonań Sanhedrynu. Jego członkowie nie mogą uwierzyć, że „biały Żyd” jest Mesjaszem. Z kolei w filmie „Maria Magdalena” Gartha Davisa, reinterpretującym Biblię w duchu feministycznym, w roli apostołów Piotra i Andrzeja wystąpili aktorzy afroamerykańscy. Tu również reżyser traktuje Jezusa i Jego uczniów jak bohaterów fikcyjnych. Film, w przeciwieństwie np. do teatru czy opery, w których widz w czasie przedstawienia zgadza się na daleko posuniętą umowność i tam podobne wybory w obsadzie są akceptowalne, stara się w miarę wiarygodnie oddać na ekranie obraz rzeczywistości. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg