Katedra

Katedra znajdowała się w centrum lwowskiego świata – pestka wewnątrz brzoskwini. Zamknięta na wszystkie spusty i potężna, nie wydawała się miejscem dla dzieci, ale raz udało mi się wejść do środka.

Bóg to brak elektryfikacji, mówiono w szkole, ale Katedra cała była światłem, które przybrało postać wielu lśniących winogron – świeciły złotem, mieniły się, zsuwały się z kopuły na posadzkę i z powrotem wspinały się ku górze. W ich blasku klęczała pani ubrana na czarno. Jej głowę i plecy zakrywała chusta, za nią ciągnął się ogon – różaniec. Bujała się na boki, potem się położyła i zaczęła się wić po posadzce. Religia to opium dla ludu, myślałam, patrząc na nią.

Gdy z Abą podeszłyśmy do czarnych zamkniętych drzwi, musiałyśmy najpierw pukać kluczami, które uderzając o blachę, łamały główki i ząbki. Za jakiś czas na progu pojawiła się bardzo blada kobieta o chłopięcej fryzurze. Szłyśmy za nią przez ciemny przedsionek bezładnie zastawiony meblami, wdychając zapach lilii i piwnicy, ciągnęłam za sobą na smyczy dobrego Boga z nocnego pokoju. Wchodziłyśmy do góry i schodziłyśmy w dół schodami niewygodnymi dla naszych małych stóp – rozmiar trzydzieści pięć i pół – za jednymi z mijanych drzwi paliło się światło i ktoś grał na pianinie. Po śliskiej posadzce długo sunęłyśmy jak na łyżwach, aż wyrzuciło nas pod sam ołtarz. Kulejący pan w białej szacie zdmuchiwał stojące na nim świece, koło nogi kręcił mu się kot z wystającymi żebrami. Z nieoświetlonego ołtarza rosły aż do niebios łodygi długich witraży, świecące przez nie słoneczne promienie, przemienione w wiele odcieni, rzuciły światło na bardzo bladą kobietę, zagrały w jej nieruchomych źrenicach. Mijałyśmy drzemiących w bocznych nawach dawno zmarłych mężczyzn w rycerskich zbrojach – stara kobieta ocierała się o nich całym ciałem, coś szepcząc – była podobna do Prababki.

Małe boczne ołtarze były zastawione wazonami z białymi i czerwonymi piwoniami, obok klęczały młode dziewczyny, które zrywały płatki i wkładały je do szmacianych woreczków. Popatrzyłam do góry: tam, gdzie łuki, podobne do żeber kota u stóp pana w białej szacie, łączyły się na gotyckim sklepieniu, widniał otwór, przez który widać było fragment błękitnego nieba – Katedra była dziurawa! Dziś jest słonecznie, pomyślałam, a co w inne dni, czy wtedy na głowy wiernych leje się deszcz i sypie grad? Oni przeszli w życiu gorsze rzeczy, odpowiedziałam sobie sama, ta drobna niedogodność nie robi na nich wrażenia. I gdy stałam tak z twarzą zwróconą do góry, zauważyłam, że patrzy na mnie stamtąd miniaturowa pani w koronie, wschodziła nad ołtarzem jak słońce, otaczała ją tęcza. Aba zniknęła.

Do mnie zbliżyła się zakonnica w sztywnej, czarno-białej szacie, spod której wyzierały małe szare oczka. Wzięła moje ręce w swoje, zaczęła wodzić nimi w górę i w dół, powtarzając: w imię Ojca i Syna. To samo mówi Prababka co wieczór, przypomniałam sobie, i wtedy zakonnica boleśnie trzasnęła mnie po palcach, które nie okazywały oczekiwanej sprawności, zaprowadziła do bocznej zamykanej kaplicy, dała mi żółtą książeczkę o tytule Przyjdź, mój Jezu i powiedziała, że mam się jej nauczyć na pamięć. W kaplicy też były witraże, na których smutny siwy mężczyzna prowadził gdzieś osiołka z siedzącą na nim Matką Boską. Chciałabym też dosiąść takiego osiołka i dać się poprowadzić do jakiejś innej, lepszej krainy, do warownego miasta, które da mi schronienie i w którym będę mogła zostać na zawsze...

*

Powyższy tekst jest fragmentem powieści "Dom z witrażem" autorstwa Żanny Słoniowskiej. Drugie wydanie książki - nakładem ZNAK-u - pojawi się na rynku 18 maja. 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Reklama