A co z wakacjami?

To wszystko mogłoby nigdy się nie wydarzyć. Bo i po co? Czemu miałoby niby służyć? Przecież to zupełnie bez sensu. Absurd. Totalne nieporozumienie. A jednak… Przyszło. Jak zawsze nie w porę. Nieproszone. Nikt nie otwierał przecież drzwi na oścież.

Patrząc na mężczyznę w kwiecie wieku, o szlachetnym, pogodnym obliczu, zaglądającego kilka razy w tygodniu do naszych domów, spodziewać by się raczej można czerwonego dywanu i pasma sukcesów, niż wydarzeń, które zatrzymają ten ciąg. Zatrzymają, ale nie przerywają.

Czerwcowy wieczór, dzieci zapadają w głęboki sen, żona w kuchni podgrzewa parafinę, która za chwilę ma stać się balsamem na jej alergiczne dłonie, on bierze kąpiel po mijającym dniu. Co w tym nadzwyczajnego? Banalna sprawa. Wieczór, jakich niewątpliwie wiele, w każdym domu. A jednak… nie zupełnie. Ten wieczór zmieni bieg życia Krzysztofa Ziemca i jego rodziny.

Historię człowieka, który przeszedł próbę ognia, zna chyba dzisiaj każdy, jak kraj długi i szeroki. Nie jest to historia byle jaka. Takie, najczęściej bardzo szybko odchodzą w zapomnienie. Ta jest zdecydowanym zaprzeczeniem egoistycznej egzystencji. Dowodem, że to, co ma miejsce w życiu nie jest kuriozalnym zbiegiem okoliczności, ale „wszystko jest po coś”.

Taki właśnie tytuł nosi książka, pisana życiem Krzysztofa Ziemca. Nie należy ona do gatunku, fikcja literacka. Choć, niewątpliwie nie jednemu autorowi, trudno o taki scenariusz.  Pokazuje, że to co się zdarza jest poza wszelką kontrolą ludzkiego zasięgu. I, że nie można temu zapobiec, wiodąc zdrowy rytm życia, sycąc się otrębami i gimnastyką na świeżym powietrzu, co rano.

„Młodzi ludzie uważają, że ból, porażka, niepowodzenie, upadek nigdy im się nie przytrafią, że tylko może być przyjemnie. Tymczasem ja, jako już dojrzały mężczyzna, jestem zdania, że życie to zmagania, ból, cierpienie. Że to wyrzeczenia, a nie odwrotnie”- mówi Krzysztof Ziemiec.

W książce nie ma wizerunku na sprzedaż. Nie ma też banalnej opowieści, wyjętej z życia znanego prezentera telewizyjnego. Jest za to coś, co obecnie mocno zachwianej instytucji małżeństwa, przywraca właściwą optykę. Opowiadając o postawie żony, Krzysztof Ziemiec wielokrotnie używa słowa „poświęcenie”, słowa, które nie tyle zostało wyparte przez słownik języka polskiego, co przez jego zastosowanie w realnej rzeczywistości. On bez patosu, odświeża jego sens. Nie brakuje też pochylania się nad sensem cierpienia.

Co można zrobić z  bólem, który jest wyzwaniem dla morfiny? Wyć od jego nadmiaru, zwijając się w kłębek, zadawać sobie nie wnoszące żadnych odpowiedzi pytania, ale też…ofiarować w jakiejś intencji. „… zacząłem myśleć o tym, jak bardzo cierpiał mój ojciec, który dziesięć lat wcześniej umierał na raka…I pomyślałem, że może dla mnie to takie oczyszczenie. I, że ten mój ból dedykuję właśnie ojcu, żeby mu ulżyć w jego nowym życiu. Bo miałem wrażenie, że nie poszedł tam, gdzie chciałbym, żeby był… to moje cierpienie to taka ofiara złożona za to, żeby jemu było teraz lżej. Żeby jego dusza wyrwała się z „aresztu” i trafiła do życia wiecznego”.

Krzysztof Ziemiec, ukazuje heroiczną postawę wobec doświadczeń, które krok po kroku stają się walką, zmaganiem z trudnościami i przeciwnościami. Nie jeden dżentelmen, zapewne czmychnąłby z miejsca zdarzenia, usprawiedliwiając swoje zachowanie, doznaniem szoku.

„Widzę siebie, jak goły idę po schodach w dół, zostawiając za sobą krwawe ślady stóp. A potem nagle leżę na posadzce, takiej białej, kuchennej w kałuży krwawego sosu. Jakby ktoś pieczeń robił… Żona trzyma moją głowę na kolanach i prosi, żebym nie zasypiał. Bała się, że tam umrę. Ostatnia myśl: „Kurczę, mieliśmy na wakacje jechać”.

„Bilety kupiliśmy już w grudniu, żeby było taniej. I ja wtedy się rozpłakałem, myśląc głównie o dzieciach. One tak czekały na ten wyjazd”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama