Powrót legendy

Artyści nagrali płytę w hołdzie Krzysztofowi Klenczonowi. W Krakowie wystawiony zostanie spektakl „Klenczon – poemat rockowy”. W ten sposób powraca artysta, którego warto pamiętać.

W tym roku skończyłby 70 lat, gdyby nie tragiczny w skutkach wypadek samochodowy. Krzysztof Klenczon zginął w Chicago 25 lutego 1981 roku. Był liderem Czerwonych Gitar i Trzech Koron, idolem nastolatek w latach 60. XX w. Ale także gorącym patriotą i kochającym mężem. Kiedy śpiewał na koncertach „Biały krzyż”, prosił, by nikt nie tańczył. To była piosenka dla jego ojca.

W hołdzie AK

Czesław Klenczon był oficerem Armii Krajowej, jednym z żołnierzy wyklętych. Po wojnie ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem w okolicach Drawska Pomorskiego, aż do 1956 roku. Wtedy dopiero wrócił do swojego nazwiska i rodziny mieszkającej w Szczytnie. Miał wielki wpływ na syna, wspólnie muzykowali. Po latach, już w Stanach Zjednoczonych, Krzysztof Klenczon nagrał piękną piosenkę o Kresach „Polesia czar”, której nauczył go właśnie ojciec. Dla niego też skomponował słynny „Biały krzyż” do słów Janusza Kondratowicza. Był to żelazny akcent na jego koncertach. Żona Alicja wspomina, że gdy publiczność w chicagowskich klubach nie stosowała się do jego apelu i tańczyła, schodził na parkiet i prosił grzecznie o powrót do stolika. Fani Czerwonych Gitar do dziś mają w oczach wiązankę białych róż, którą Klenczon położył na opolskiej scenie, po wykonaniu tej właśnie piosenki. – Zafascynowała mnie tajemnica, jakiś nienazwany smutek zawarty w jego piosenkach, w sposobie bycia – mówi Katarzyna Cygan, autorka scenariusza poematu rockowego „Klenczon”. Jego piosenki w nowych aranżacjach ożywają, zarówno w tym spektaklu, jak i na nagranej przez czołówkę polskich wykonawców płycie, która właśnie trafiła do sklepów muzycznych.

Przegrał zespół… w karty

– Mój tata uczył mnie, że w polskiej muzyce liczy się tylko dwóch ludzi: Czesław Niemen i Krzysztof Klenczon – wspomina Kasia Kowalska, która zaśpiewała na płycie nową wersję „Kwiatów we włosach”. Niemen miał być zresztą wraz z Adą Rusowicz świadkiem na ślubie Klenczona, w Wigilię Bożego Narodzenia 1967 roku. Nie był, bo… kilka dni wcześniej zerwał właśnie z Adą. Wszyscy wówczas porównywali Czerwone Gitary z Beatlesami. Seweryn Krajewski miał być jak Paul McCartney, zaś Klenczon jak John Lennon. Jeden melodyjny, liryczny, drugi zbuntowany, twardszy i w muzyce, i w życiu. Zarówno Lennon, jak i Klenczon zginęli przedwcześnie, tragicznie, w odstępie kilku miesięcy, w tym samym kraju. Dlaczego Czerwone Gitary okazały się zbyt ciasne dla Krajewskiego i Klenczona? Z latami ich wizje muzyczne coraz bardziej się rozchodziły. To, co na początku było siłą zespołu, doprowadziło do jego rozpadu. Anegdota (jeśli nawet nie prawdziwa, to obowiązująca) mówi, że po jednej z artystycznych kłótni obaj panowie postanowili zagrać w karty o… Czerwone Gitary. Kto przegrywa, odchodzi z zespołu. Klenczon przegrał. Założył własny zespół Trzy Korony, z którym nagrał kilka wielkich przebojów. Wyjazd za granicę w maju 1972 roku zahamował rozwój jego kariery, choć w Stanach nagrał jeszcze jedną, solową płytę.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |