Wszystko gra

Przyszedłem, by zobaczyć, jak z kawałka drewna można wyczarować mistrzowskie skrzypce, a usłyszałem prawdziwe love story. Posłuchajcie opowieści w dobrym tonie.

Gdy wszedłem do pracowni lutników, byłem pewien jednego: Aleksandra i Arkadiusz Gromkowie mogą bić rekord Guinnessa pod względem liczby instrumentów (muzycznych i stolarskich) zgromadzonych na metrze kwadratowym. O ich miejscu pracy naprawdę nie można powiedzieć: coś tu nie gra. Patrząc na ścianę pracowni, można dostać oczopląsu. Różne odcienie drewna, materiały, narzędzia, słoiki, struny. Obok słoiczka z zajęczym klejem w szeregu posłusznie ustawiły się smyczki z końskiego włosia.

Jak w ulu

W pracowni lutniczej, która przykucnęła przy nowoczesnej Akademii Muzycznej, ruch jak w ulu. Ludzie wchodzą, wychodzą. Zamawiają skrzypce, przynoszą uszkodzone instrumenty. Niektórzy doskonale wiedzą, o co prosić, inni przynoszą skrzypce, które znaleźli w babcinej szafie, bo ich zdaniem „coś za bardzo brzęczą”. A małżeństwo lutników bierze się do roboty. I z dnia na dzień uczy się najtrudniejszej cechy na świecie: cierpliwości. Naprawdę niewiele się w tej pracy zmieniło od czasów legendarnego lutnika z Cremony. À propos tego geniusza: Dom Sotheby’s rzadką altówkę z warsztatu Antonio Stradivariusa z 1719 roku, uważaną za jeden z najdoskonalszych instrumentów, jakie wykonał włoski lutnik, wycenił na, bagatela, 45 mln dolarów. To rekordowa cena za instrument muzyczny.

Zachowało się jedynie 10 altówek Stradivariusa. W swej pracowni lutnik wykonał 600 skrzypiec i 50 wiolonczel. Mimo technicznych gadżetów XXI wieku i „wszystkomających” urządzeń do obróbki drewna praca nad wyczarowywaniem z kawałka świerka misternie wykonanych skrzypiec nie zmieniła się od wieków. Lutnicy używają naturalnych klejów. Biorę do ręki słoiczek. Klej zajęczy wygląda jak małe chropowate grudki bursztynu. Wsypuje się go do słoiczka i rozpuszcza na parze.

Ola, uważaj na niego!

Gromkowie ukończyli w Poznaniu wyższe studia z zakresu lutnictwa, a pracownię prowadzą razem od 15 lat. Skąd taki pomysł na życie? – Pochodzę z Wodzisławia Śląskiego – opowiada Arek. – Kiedyś na lekcji skrzypiec przyszła do mojej nauczycielki jej była uczennica, która studiowała lutnictwo. Zaczęła opowiadać. Chłonąłem tę opowieść i zachwyciłem się. Byłem w piątej klasie podstawówki. Spodobało mi się. Cały czas suszyłem mamie głowę: „Chcę robić instrumenty!”. I po latach rzeczywiście trafiłem do Poznania. – U mnie to brat pierwszy wybrał lutnictwo. Pamiętam, jak sam robił sobie na dywanie gitarę elektryczną – śmieje się Ola. – Zaraził mnie. Też połknęłam bakcyla. To dzięki lutnictwu poznałam męża. Już w liceum Arek miał opinię geniusza. Wszyscy mówili, że gdy przyjdzie na studia, dla pracowni nastaną trudne czasy. Skoro jest taki zdolny, to na pewno będzie niesamowicie zarozumiały – pomyślałam sobie wówczas. Arek przyszedł po egzaminach wstępnych.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg