Słabszy

Dolan, który tak celnie dotąd opowiadał uniwersalne dramaty rodzinne, nagle się na nich potknął.

„To tylko koniec świata” Xaviera Dolana to adaptacja sztuki teatralnej. Reżyser mierzył się z tekstem stworzonym dla teatru już w „Tomie”. Jednak, jak na artystę tworzącego da innego medium przystało, próbuje wyjść poza ograniczenia pierwowzoru.

Odnosi się wrażenie, że reżyser ciągle szuka przestrzeni, by dać upust swej nieskrępowanej wyobraźni.

Robi to używając – jak już nas do tego przyzwyczaił – przebojów muzyki pop (jak w bardzo udanej scenie kiedy piosenka „Dragostea Tin Dei” zespołu O-zone wiedzie ku idylli obrazów z dzieciństwa).

Jednak bohaterowie, ich motywacje, zachowania – szeroko pojęte „wnętrze” - są także niezwykle ważne. Widz ma zrozumieć. Pomóc mają w tym zbliżenia twarzy aktorów – dominanta konstrukcyjna filmu.

W „Tomie”, do którego porównań trudno uniknąć, domyślaliśmy się tylko prawdziwego sensu wizyty głównego bohatera. Tu zostajemy o niej poinformowani na samym początku. Tam była tajemnica, do której wiodły nas poszlaki, znaki, domysły, emocje zawarte w postaciach. Tu sens wizyty jest jasny od początku. Pozostają tylko emocje. Niezwykle gwałtowne.

Główny bohater wraca po 12 latach do rodzinnego domu. Po to by się pożegnać – jest umierający.

Jednak dla każdego członka rodziny Jego wizyta oznacza co innego. Stąd te emocje. Rozwibrowane. Przesadzone. Swój sens przedstawionego dramatu nosi więc każda z postaci.

Dla matki to wizyta syna, który odniósł sukces. Syna ukochanego. Wzoru. Powiew „wielkiego świata”. Trzeba się na przygotować, pokazać jak bardzo wszystko jest w porządku. Kobieta stara się pokazać pomimo wieku jest nadal piękną, zna najnowsze trendy w modzie, a życie to sielanka. I tylko po cichu, gdzieś na stronie pojawia się prawda o dusznej atmosferze. Prośba o ratunek choć dla córki.

Dla siostry główny bohater jest herosem, który wyrwał się codzienności.

Brat z wizyty gościa nie jest w ogóle zadowolony. Widzi w nim snoba, który uciekł przed nudną codziennością. Jest w nim zazdrość, że sam tego nie zrobił. Wstyd z braku własnych osiągnięć (nawet dzieci zostały oddane na czas wizyty do teściowej). Ale też niechęć do udawanego szczęścia. Główny bohater jest dla niego rywalem. Osobowością równie wielką, choć mniej gwałtowną.

Żona brata widzi w głównym bohaterze człowieka wolnego. Kogoś godnego podziwu. Pomnik, któremu stara się opowiedzieć wszystko w nadziei, że będzie w tym coś, co tak wspaniałego gościa zaciekawi.

Te wszystkie małe dramaty nie są nieważne. Można było jednak pokazać je bez przesady. Krzyki, których w tym filmie jest bardzo dużo, są przecież najprostsze. Ale najtrudniej z wiarą w nie.

Może dlatego spośród największych gwiazd francuskiego kina, które Dolan tym razem zebrał, największe wrażenie robi rola Marion Cotillard. Kreacja wyciszona, skromna. Jedyna możliwa dla postaci cierpiącej u boku męża – tyrana żony.

Finałowa metafora, wyjaśniająca powód niegdysiejszej ucieczki głównego bohatera też jest łatwa i banalna.

Ciekawe, że Xavier Dolan, który tak celnie dotąd opowiadał uniwersalne dramaty rodzinne, nagle się na nich potknął. Odnosi się wrażenie, że tym razem próba była zbyt zuchwała. Opowiedzenie prawdy o życiu rodzinnym w jednym filmie. Bez użycia języka zmetaforyzowanego, to naprawdę spore wyzwanie. Utalentowany reżyser, tym razem, nie podołał.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FILM, KINO, RECENZJA

Reklama

Reklama