Będziesz rekinem

– Chiquitos zachowali ok. 5500 stron muzyki baroku misyjnego, u Moxos jest ich ponad 7200. Nie ma na świecie podobnych kolekcji – podkreśla o. prof. Piotr Nawrot, werbista. Od 27 lat rekonstruuje manuskrypty boliwijskich Indian. To fenomen w skali światowej.

Skromnie mówi, że on „tylko miał szczęście”, bo zaufali mu, przekazując nuty. Badania, jakie od ponad ćwierć wieku prowadzi, są wyjątkowe. Odrestaurowuje muzykę z redukcji jezuickich i franciszkańskich na terenie dzisiejszej Boliwii. Autorami kompozycji byli sami Indianie. Zanim zajął się tym o. Piotr, temat był kompletnie nieznany. Media od pierwszych dni jego pracy informowały, że „Piotr Nawrot odkrył manuskrypty”.

– Fajnie to brzmi, ale to nie tak. Indianie nigdy nie stracili manuskryptów. To myśmy utracili z nimi kontakt. Nie chcę ukraść im czegoś, o co oni walczyli przez setki lat. Nie odkryłem manuskryptów, ale pokazałem drogę do nich – podkreśla o. Piotr na początku rozmowy. Dziś mówi o tym na uniwersytetach w kilku krajach. Rocznie ok. 60 razy wsiada do samolotu. Opublikował 44 tomy studiów i ponad 90 artykułów w pięciu językach. O jego pracy powstało blisko 30 filmów. Opisuje ją prasa na czterech kontynentach. Wydanych zostało 140 płyt, różnych interpretacji, w tym w czołowych wydawnictwach we Francji i Holandii. O udział w festiwalach, jakie organizuje na terenach byłych redukcji, zabiegają muzycy z całego świata. – I to wszystko zaczęło się od zera. Niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że ja to źle zrobiłem – żartuje. – Ta muzyka ma nas przemieniać i chwalić Boga. Ona musi brzmieć!

Opery, pasje, kolędy…

Największa kolekcja manuskryptów pochodzi z katedry w Sucre. To ponad 1600 tytułów dzieł muzyki polifonicznej, w tym ponad 40 ksiąg chorału. – Nieszpory na cztery chóry to godzina muzyki! Czasami utwór jest krótki, ale pokazuje wielkość tej kultury muzycznej, efekt obecności Kościoła wśród Indian – mówi o. Piotr. Zbiory z Sucre to spuścizna kolonialna, inna niż ta z misji. Natomiast z samych misji jezuickich jest ponad 90 mszy, opery o tematyce sakralnej, lamentacje, pasje, antyfony maryjne na każdy okres roku liturgicznego, kantaty. To w większości muzyka z tekstami w językach Indian. Msze są po łacinie. – Mamy tu prawie wszystkie formy muzyczne znane w Europie w tamtych latach. Jest też forma na misjach nietypowa, tzw. villancico, dzisiaj kojarzona z kolędą na Boże Narodzenie. Jest repertuar na orkiestrę, a także na organy. Całą muzykę baroku możemy wyłożyć tylko na bazie kolekcji z Boliwii – podkreśla z pasją.

Motorem jego pracy badawczej jest festiwal organizowany co dwa lata, zawsze 10 dni po Wielkanocy. Pierwszy, w 1996 r., odbył się w Santa Cruz i dwóch kościołach misyjnych. – Wtedy nie było dróg, hoteli. Dzisiaj organizujemy go w 24 misjach.

Na początku to była tylko muzyka z redukcji jezuitów (Indianie Chiquitos i Moxos). Potem doszły redukcje franciszkańskie (Indianie Guarayo) oraz muzyka z katedr. Koncerty odbywają się tylko w kościołach, w oryginalnej akustyce. To największy festiwal muzyki dawnej na świecie. Przyjeżdżają artyści z ponad 20 krajów. Każdy festiwal kończy się wydaniem kilku płyt. Jego owocem jest też rozwijająca się lokalna infrastruktura. Kolejny, już dwunasty, potrwa od 13 do 21 kwietnia 2018 r.

Ojciec Piotr przyznaje, że on sam poprzez festiwale „przemyca całą ideę misji, Kościoła”. Tak było np. ze światowej sławy zespołem Chanticleer z San Francisco. – Spotykam ich i mówię: „Jesteście z San Francisco. Zainteresuje was muzyka z Boliwii ku czci św. Franciszka?”. „Oczywiście, że tak!” I to jest to moje „kazanie”. Bo ja nigdy nie byłem wikarym ani proboszczem. Ja mam salę wykładową, media, koncerty. To moje sposoby nowej ewangelizacji – uśmiecha się. Aktualnie w planach jest płyta z muzyką z katedry w Sucre. – To najsłynniejsza katedra w Ameryce Południowej, niedaleko Potosi, gdzie wydobywano srebro i wybijano pieniądze dla całego imperium hiszpańskiego. A drugi temat to San Francisco. Tak zacząłem nagłaśniać sprawę redukcji franciszkanów i ich muzyki w katedrach, konwentach, misjach, podobnie jak wcześniej zrobiłem to z jezuitami.

Ekspert od indiańskiej duszy

Żyje w pełni tym, co robi. Jest szczęśliwy. – Taki duży cud… – śmieje się. Zastrzega, że nie czuje się wybrańcem. – Czuję się błogosławiony. Tym bardziej że pochodzę z rodziny z dziewięciorgiem dzieci. Po prostu uchwyciłem moment w życiu, a to, co miałem robić, robiłem solidnie. To wyniosłem z domu.

Powtarza, że misja musi uczyć, a w tym wszystkim, co robi, chodzi o wielkość tego doświadczenia misyjnego. – Jestem świadomy, że włożyłem dużo pracy, ale ta praca to tylko zgoda z odkrytym wcześniej powołaniem misyjnym. Tu chodzi o Indian, nie o mnie. To Indianie pozostawili dokumenty, które ja potrafię odczytać. To ich wiara, ich muzyka. Ja mam uczyć się ich kultury, nie dominować. Mogłem poznać ich duszę.

Przyznaje, że czasem czuje się bardziej ekspertem od duszy Indian niż polskiej. Jest przekonany, że jeśli człowiek współpracuje z łaską Bożą, to zawsze odnajdzie błogosławieństwo. – To, że ja mogłem zdobyć ich zaufanie, absolutnie nie mogło przyjść ode mnie. W tym wszystkim jest palec Boży. Przecież ja chciałem być w Japonii, bo tam jest prestiżowy uniwersytet, a wtedy moje ambicje brały górę…

Chciał do Azji, trafił do Ameryki. Dzisiaj jest spełniony. – Panu Bogu wdzięczność do ostatniego dnia. Bo to jest absolutnie pokierowane z góry.

Czuje się w stu procentach Boliwijczykiem. – Jeszcze nie zatęskniłem ani razu za opłatkiem. Nie przyszło mi do głowy, aby szukać karpia. Pirania na stole jest fantastyczna – śmieje się. Kocha taniec, bo pozwala wiele „wyrazić nie tylko myślą i dźwiękiem, ale całym sobą”.

– No ale po tym życiu jest przecież życie. W niebie na pewno jest muzyka, a jak muzyka, to i taniec, więc wszystko przede mną – uśmiecha się.

Podkreśla, aby nie kojarzyć kultury muzycznej Indian wyłącznie z momentem dotarcia Europejczyków do Ameryki. – Muzyka była tam wcześniej. Inna, oparta na ćwierćtonach, co dla naszego ucha może być zgrzytem, ale niekoniecznie tak różna, by nie można jej było rozpoznać. Istniało pojęcie dynamiki, estetyki. Nasza muzyka była dla nich pewnym uproszczeniem, dlatego pojęli ją szybciej niż my ich – uważa.

Muzyka była obecna w kulcie i zabawie. Muzycy należeli do najważniejszej kasty społecznej. Historię przekazywano w wierszu i w pieśni. – Indianie wtedy nie znali skrzypiec, instrumentów strunowych, ale mieli całą rodzinę instrumentów dętych i perkusyjnych. Znali polifonię. Muzyka europejska, którą przywieźli misjonarze, była jak inny język. Indianie zaczęli więc mówić trzema językami – swoją własną muzyką, którą mają do dziś, muzyką europejską oraz muzyką katedr oraz barokiem z misji, powstałymi jako efekt spotkania tych dwóch kultur.

Złoto przetestowane

Manuskrypty, które bada i opracowuje o. Piotr Nawrot, pochodzą z końca XVII wieku. – To, co w redukcjach jezuickich pozostawili Chiquitos i Moxos, jest późniejsze niż spuścizna misji wśród Guaranów, o których nakręcono film. Jednak „Misja” powstała zanim odczytane zostały manuskrypty. Natomiast w misjach braci mniejszych muzyka pojawiła się już wcześniej. Franciszkanie zaczęli tworzyć misje w 1510 r., podczas gdy jezuici dopłynęli do Ameryki w 1568 r.

Pierwsze zetknięcie z manuskryptami? – Wiedziałem, że moje życie się zmienia. To było doświadczenie nie tylko duchowe. Niektóre manuskrypty bałem się wziąć do rąk. Każdy dotyk mógł uszkodzić materiały. Dzisiaj są świetnie odrestaurowane.

Około 60 proc. manuskryptów było kompletnych, pozostałe wymagały odtworzenia

– Odtwarzanie to proces. Zajmuje się nim grupa ludzi. Ja jestem punktem odniesienia – mówi o. Piotr. Kieruje muzykami na misji, przyjeżdżają do niego europejscy specjaliści od rekonstrukcji manuskryptów, wspierają go liczne instytucje. Sam też siedzi nad nutami.

– To moja główna praca. Najczęściej dzieła są niekompletne, brakuje kilku głosów lub części utworu.

Nie ukrywa, że na początku miał wiele obaw. – Ale gdybym nie zaryzykował, to manuskrypty nie spełniałyby swej funkcji. Muzyka jest muzyką, kiedy brzmi! Gdy jest tylko na papierze, nie mamy jeszcze muzyki.

Podkreśla, że w opracowywaniu i dopisywaniu brakujących partii musi być element odwagi. – Tu nie chodzi o moje preferencje. Ja poznaję pewne procesy. W muzyce baroku język jest określony. Każdy widzi, gdzie ja coś dopisałem. A że utwory są anonimowe, to czasem żartują, że to „anonim Nawrot”.

Przyznaje, że po 27 latach pracy czuje się pewnie w tym, co robi. – Wielokrotnie musiałem podjąć pewne wyzwania. Ta muzyka była grana w Bazylei i w Hadze, wykonywała ją Emma Kirkby… – wylicza. Tak samo cenna jest dla niego nagroda od królowej Hiszpanii, jak i od kacyków w Boliwii. – Intencje są te same, a ja przyjmuję to z taką samą emocją. To jak złoto testowane w najwyższych temperaturach. I przeszło te testy.

Kiedy wahał się, czy pozostać w USA na uniwersytecie, czy na stałe zamieszkać w Boliwii, usłyszał od współbrata z USA: „Tu będziesz jedną z wielu ryb w oceanie muzyki, tam będziesz rekinem”. Wierzy, że „jak jest chemia i przeświadczenie, wiele się osiągnie”. A chmur sięga nie tylko muzyką. – Awionetkami czasem latam. To dopiero przeżycie! Ryż, kukurydza, siadasz na tym. I miałem ster w rękach. Chłopięce radości? Oczywiście. Sport też uprawiam. Bieganie, śpiewanie, rower. A gdy jadę samochodem, to lubię słuchać jazzu i Pink Floyd. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.