Koneserzy z SS

Każdej wojnie towarzyszy grabież dzieł sztuki, ale nigdy w historii nie została ona zaplanowana w sposób tak metodyczny jak przed inwazją Niemiec na Polskę.

Przed rokiem szerokim echem odbiła się wizyta pod Wawelem syna gubernatora dystryktu krakowskiego z czasów II wojny światowej. Sporo pisano o niej w prasie (także światowej) nie ze względu na wartość zagrabionych dzieł sztuki, które ze sobą przywiózł, ale apel, jaki przy tej okazji wystosował. Horst von Wächter wezwał dzieci esesmanów, by poszły w jego ślady i zwróciły to, co z Polski zabrano.

Na trop Otto von Wächtera, w trakcie poszukiwań skradzionego z Muzeum Narodowego w Krakowie obrazu „Walka karnawału z postem” Pietera Breughla, trafiła dr Magdalena Ogórek. Efektem prowadzonego przez nią dwuletniego śledztwa jest wydana właśnie książka „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków”. Autorka opisuje w niej, jak wyglądała zbrodnicza logistyka, ale też ujawnia problemy, które napotykamy dziś, próbując odzyskać zagrabione przez Niemców i Austriaków nasze dziedzictwo.

Przez rok, jaki upłynął od symbolicznego gestu syna generała SS, sporo się wydarzyło. Horst von Wächter stał się bohaterem… negatywnym austriackich mediów, a tamtejsi urzędnicy zaczęli go straszyć obniżeniem świadczenia emerytalnego. Być może dlatego po ukazaniu się książki Magdaleny Ogórek zmienił front i rozpoczął krucjatę w obronie dobrego imienia swego ojca. W Polsce zaś temat zagrabionych dzieł sztuki stał się gorący, także ze względu na podniesienie kwestii naszych strat wojennych i odszkodowań, jakie nam się z tego tytułu należą od Niemców.

Wiedzieli, czego szukać

Idąc śladem zaginionej „Walki karnawału z postem”, można znakomicie opisać mechanizm grabieży polskich dzieł sztuki. Są dwa obrazy o tym samym tytule oraz identycznym nazwisku malarza. Jeden jest dziełem ojca, drugi syna. Pierwszy można oglądać w Wiedniu (Kunsthistoriches Museum), drugi został skradziony z naszego Muzeum Narodowego. – Bardzo często syn kopiował dzieła ojca, co nie znaczy, że te dzieła były mniej warte. Możemy zatem mówić nie o wielkiej trójce z Krakowa: Leonardzie da Vinci, Rembrandcie, Rafaelu Santi, ale o czwórce, na którą polowali Niemcy. I gdyby ten „nasz” Breughel gdzieś się odnalazł, byłaby to sensacja na skalę światową – mówi Magdalena Ogórek.

Niemcy nie potrzebowali wiele czasu, żeby zorientować się, co jest w polskich zbiorach. Oni je doskonale znali. Już w 1933 r. powstała Izba Kultury Rzeszy, która przygotowała całe instrumentarium pod przyszłą grabież. Pracowali przy tym wybitni dyrektorzy galerii, świetnie wykształceni historycy sztuki, którzy podróżowali do Polski. Kraków wybrał Austriak, prof. Franz Sochor. Wykonał fotograficzną dokumentację, dla której pretekstem miała być konserwacja wiedeńskiej wersji „Walki postu z karnawałem”. Szybko okazało się, że profesor został namaszczony przez samego Hitlera na „restauratora” jego muzeum w Linzu. Już w grudniu 1939 r. obraz rekwiruje Otto von Wächter, który jest wówczas gubernatorem dystryktu krakowskiego.

Mariusz Klarecki, współautor raportu o stratach wojennych Warszawy, zapewnia, że krakowski schemat powielany był wszędzie. – To metodyczne przygotowanie nie dotyczyło jedynie muzeów, ale i kolekcji prywatnych. Niemcy dysponowali doskonałą orientacją nie tylko na temat malarstwa europejskiego czy innych dzieł sztuki. Byli przygotowani nawet do grabieży instrumentów muzycznych – mówi historyk. I podaje przykład słynnej kolekcji Kazimierza Moszkowskiego, do którego mieszkania tuż po wybuchu wojny zapukało trzech niemieckich lotników z kompletną listą rzeczy do wydania (m.in. oryginalne skrzypce Antoniego Stradivariusa z 1705 r.). Najprawdopodobniej wiedzy niezbędnej do jej sporządzenia dostarczyli Niemcom antykwariusze i rzeczoznawcy z Wiednia, z którymi kolekcjoner konsultował autentyczność swoich instrumentów.

Kto był gorszy?

Wraz z Breughlem – na osobiste polecenie Otto von Wächtera – wydane zostają z narodowych zbiorów m.in. przepiękne obrazy Juliana Fałata. Wszystko ma służyć wyposażeniu pomieszczeń krakowskiego Pałacu pod Baranami, gdzie gubernator urzędował. Listę sporządzała jego żona Charlotte von Wächter, osoba gruntownie wykształcona i doskonale zorientowana w świecie sztuki.

Konfiskowane dzieła były selekcjonowane w zależności od swej klasy. Breughel mógł trafić np. do Muzeum Führera w Linzu, obrazy polskich mistrzów do niemieckich biur i urzędów. – Kolekcji z takiego źródła w Niemczech jest bardzo dużo, zwłaszcza w rodzinach, których przedstawiciele pracowali w urzędach okupowanej Polski. Wyjeżdżając, zabierali ze sobą całe wyposażenie biur – zauważa Klarecki. To także droga, jaką przebył odnaleziony właśnie obraz Maksymiliana Gierymskiego „Zima w małym miasteczku”. Dwa dni po wydaniu przez Hansa Franka rozporządzenia o konfiskacie dzieł sztuki w Generalnym Gubernatorstwie obraz trafił do biura SS-Standartenführera Kajetana Muhlmanna, które znajdowało się w gmachu głównym Akademii Górniczo-Hutniczej. Muhlmann był pełnomocnikiem ds. zabezpieczenia dzieł sztuki. To eufemistyczne określenie funkcji koordynatora akcji rabunkowej. Obraz Gierymskiego to jedno z zaledwie 370 odzyskanych w ciągu ostatnich pięciu lat arcydzieł. A lista strat wojennych sporządzona w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego liczy ok. 64 tys. obiektów. Faktyczną liczbę wywiezionych z Polski skarbów kultury szacuje się na pół miliona.

Odarci z tożsamości

Mariusz Klarecki analizował kwestionariusze wypełnione po wojnie przez blisko 100 tys. warszawskich rodzin. Jest pod wrażeniem, ile niezwykłych przedmiotów o bezcennej wartości znajdowało się w domowych kolekcjach, nawet jeszcze po upadku powstania. Prawdziwe dzieło zniszczenia dokonało się bowiem później, a poprzedziła je grabież wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Statystyki mówią o ponad 50 tys. wagonów kolejowych i 25 tys. samochodów wypełnionych dobytkiem warszawiaków. W katalogach ministerialnych nie znajdziemy wywiezionych wówczas mebli, zegarów, porcelany, rzemiosła artystycznego. Często wartość tych przedmiotów dalece przekracza jakiekolwiek szacunki, bo wiązała się z polską tożsamością. – Warszawiacy pytani, co stracili, pisali w tych kwestionariuszach: „pamiątka po prapradziadku z odsieczy wiedeńskiej, szabla zdobyta pod Chocimiem, kroniki rodzinne z XIV wieku, sztućce po Bacciarellim” – wylicza Klarecki. W jego opinii odzyskanie większości z tych skarbów jest praktycznie niemożliwe, bo nawet jeśli pojawią się w domach aukcyjnych, to z innymi, fałszywymi opisami.

Magdalena Ogórek zauważa, że owo odzieranie skradzionych dzieł z ich tożsamości jest niejako rabunkiem ponownym, ciosem w naszą kulturę. Przypomina też proceder, który stosowano, rabując żydowskie mienie. By dzieła sztuki na nowo wprowadzić w obieg, często nadawano im inne nazwy. Tak na przykład Adela Bloch-Bauer na słynnym obrazie autorstwa Gustawa Klimta wtedy właśnie stała się „Złotą damą”.

Dla moich dzieci…

Mało kto wie, że głośny film „Koneser” w reżyserii Giuseppe Tornatorego, z genialną kreacją Geoffreya Rusha, kręcony był w zamku Hagenberg, który należy dziś do Horsta von Wächtera. Magdalena Ogórek, która odwiedziła to miejsce, zauważa, że scenograf nie miał praktycznie nic do roboty. Oryginalne wnętrza pełne dzieł sztuki stworzyły niepowtarzalny klimat, pamiętany przez wielbicieli filmu na całym świecie. Nie wiedzą oni, że na wielu meblach pojawiających się na ekranie są do dziś zachowane niewielkie kartki mamy gospodarza z opisami w rodzaju: „Pochodzi z Galicji, dla moich kochanych dzieci”. Sam Horst von Wächter nadal nie dopuszcza myśli, że jego rodzice weszli w posiadanie tych przedmiotów inaczej niż drogą kupna.

Magdalena Ogórek przez niemal dwa lata „pracowała” nad synem zbrodniarza wojennego, człowieka, który budował krakowskie getto i współtworzył Dywizję SS Galizien. Z niewielkimi sukcesami. – Wciąż jak mantrę powtarzał schematy wpajane mu przez matkę. Negował, że te przedmioty, którymi się otacza, mogły zostać skradzione. Nieudolnie mi tłumaczył, że przecież ojciec był gubernatorem, więc miał urzędowy tytuł, by te rzeczy zabezpieczyć – wspomina. W końcu udało jej się namówić von Wächtera do symbolicznego gestu, za co spadła na nią fala krytyki.

– Najlepiej komentuje się, siedząc przed telewizorem, trudniej pojechać do syna zbrodniarza wojennego i przekonywać go, by współpracował w dziele odzyskania skradzionych dzieł sztuki – opowiada Magdalena Ogórek. Jej śledztwo, kwerendy prowadzone także w archiwach watykańskich i odtajnionych dokumentach CIA pokazały, że to zadanie trudne, ale warte podjęcia. Nie tylko i nie przede wszystkim przez działających na własną rękę dziennikarzy. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Yanosh
    18.02.2018 20:54
    Przed II wojną światową Muzeum Czartoryskich w Krakowie odwiedziło 4 wybitnych profesorów austriackich i niemieckich, którzy "podziwiali" dzieła sztuki zgromadzone przez członków tego rodu. Po 15 IX 1939 r. wszyscy oni oraz 20 innych odwiedziło Muzeum Czartoryskich, ale już jako wysocy rangą oficerowie niemieccy, znawcy sztuki różnych dziedzin z notatkami z rekonesansu dokonanego kilka lat wcześniej. Nie było to absolutnie działanie w ciemno, ale dalekosiężna akcja świetnie przygotowana z niemiecką precyzją. Jak Niemcy mordują to mordują, jak kradną, to kradną z niemiecką dokładnością szwajcarskiego zegarka.
  • pamiętający
    19.02.2018 09:02
    W odzyskiwanie dzieł sztuki trzeba włączyć organa państwowe Polski i krajów, które dokonały rabunku: Niemiec, Austrii i Rosji - także Rosji! Trzeba umów dwustronnych, a potem włączenia organów ścigania w obu krajach, wtedy ludzie pokroju Waechtera nie będą mogli wzbraniać dostępu do zrabowanych dział.


    Niestety o polskich zabytkach zrabowanych przez sowietów nikt nie mówi, chociaż te najłatwiej odnaleźć, bo są w postsowieckich muzeach, czasem w magazynach, skatalogowane i ... gotowe do odebrania przez stronę polską. A chodzi o ogromne ilości bezcennych książek, zabytków i dział sztuki.
    O Szwecji też trzeba pomyśleć, bo po potopie nie zwróciła zrabowanego mienia, w tym np. działa Kopernika "O obrotach sfer niebieskich". Szwedzi najwyraźniej mają wyrzuty sumienia obawy, bo boją się Polakom nawet pokazać to dzieło.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości