Piotr „truje” dobrem

Narkotyki, alkohol, rozboje. Szukanie szczęścia tam, gdzie była zguba. W końcu znalazł prawdziwe szczęście i śpiewa o… życiu.

Coś go ciągle gnało. Do przodu, do działania. Jakiś niepokój, jakieś poruszenie. Byle w miejscu nie siedzieć, byle wyjść, ruszyć się, poruszać innych. Ostro i mocno. Był ze zwyczajnej, pełnej rodziny, nie tam żadnej trudnej czy dysfunkcyjnej: ojciec, matka, brat i siostra. Prowadzili zwyczajne życie. Ludzie spokojni, wierzący. Tylko Piotr jakoś odstawał. – Najpierw przestałem chodzić do kościoła, potem przyszło towarzystwo. Towarzystwo ważniejsze od rodziny, szkoły, wszystkiego – mówi Piotr Plichta. Dziś trzydziestoletni twórca, ojciec i mąż. O swojej przeszłości opowiada pewnie, szczerze i otwarcie. – Tak naprawdę nie do końca wiem, dlaczego tak się stało. Ale fakty były faktami: zacząłem szukać szczęścia, akceptacji i zrozumienia tam, gdzie mogłem wszystko to uzyskać tylko nienawiścią. Nienawidziłem, zatruwałem siebie i innych złem. I to był mój sposób na życie.

Zaczęli mówić na niego Poison, czyli trucizna.

Trutka

Mijały dni, miesiące, lata. Piotr, czy raczej Poison, mieszkał i uczył się w Stalowej Woli. Blok, kumple. Młodość w alkoholu, imprezach, papierosach. – To była równia pochyła. Im więcej zła, tym bardziej byłem nakręcony. Ale na długo tego „nakręcenia” nie starczało. Potrzebowałem coraz więcej i więcej bodźców, by odczuć jakąś formę radości i satysfakcji. Moje towarzystwo to byli pseudokibice, sympatyzowałem ze skinheadami. Biłem, piłem. Doszły rozboje, i to wcale nie po to, by coś ukraść. Podniecała mnie sama rozróba, huk, demolka…

Na alkoholu i papierosach się nie skończyło. Doszła marihuana. – Jeśli ktoś myśli, że marihuana jest nieszkodliwa, że to taka niewinna używka, to naprawdę nie wie, co mówi. Miałem dużo szczęścia, że akurat w moim przypadku nie doszło do głębokich zmian w mózgu. Ale znam ludzi, którzy po wieloletnim paleniu marihuany mają problemy z pamięcią, logicznym myśleniem. Gdy paliłem, również miałem ogromne problemy z koncentracją. Wypadały mi z głowy nawet nazwy przedmiotów. Patrzyłem na długopis i nie pamiętałem, jak to coś się nazywa.

Piotr skończył – jakimś cudem – szkołę średnią. Żył, jak mówi, dniem dzisiejszym. Byle szybko, głośno i z adrenaliną. – Mówiło się wtedy: żyć szybko – umrzeć młodo. Kompletnie nie miałem świadomości znaczenia tych słów, nie zastanawiałem się nad życiem, jego wartością. Przyszłość też nie istniała. Jakiś własny dom, jakaś własna praca czy rodzina? Abstrakcja kompletna…

Piotr pisał też utwory, których nie chce teraz promować. Straszne było ich przesłanie: nienawiść, nienawiść, nienawiść…

– Nie chwalę się teraz, pod jakim pseudonimem tworzyłem, bo nie chcę, by ktoś, słuchając tego, napawał się złem i złym słowem. Wstyd mi za tamtą „twórczość”. Ale co się stało, to się nie odstanie.

Alkohol i marihuana z czasem przestały wystarczać. Doszła feta, czyli amfetamina. – Ktoś kiedyś powiedział, że marihuana to jest brama do innych narkotyków. I miał rację. Ćpałem, chodziłem na rozróby, okradałem własnych rodziców, żeby mieć na narkotyki. Jeśli wracałem do domu, to nad ranem. Rodzice byli w tym wszystkim kompletnie bezradni. Wszelkie próby, by do mnie dotrzeć, by mi pomóc, konsekwentnie odrzucałem. Byłem jak za murem, otoczyłem się nim. Nic nie mogło go przebić.

Odtrutka

Aż przyszła ta noc. Dziwna noc. Noc przebicia muru. Tragiczna i piękna jednocześnie. Piotr wrócił do domu nad ranem. Był mocno „po przejściach”. Położył się do łóżka. I przyszło, rzuciło się na niego. Niemal biło – emocje, serce, duszę.

– Nagle poczułem, że moje życie kompletnie, ale to kompletnie nie ma sensu. Że jestem wrakiem, że nigdy nie zrobiłem niczego dobrego. Odczułem z pełną, straszną mocą całe zło, w którym tkwiłem, które mnie niszczyło. Dotarło do mnie, że całe życie szukałem akceptacji, jakiegoś zadowolenia, a jedyne, co miałem, to ciemność, bezsens i ból.

Leżąc na łóżku, w ciemności nocy i ducha, Piotr-Poison postanowił popełnić samobójstwo…

– Nie bałem się. Po prostu wiedziałem, że moje życie nie ma wartości. Wiedziałem, że dalej tak nie mogę, że po prostu ból jest zbyt wielki. I naprawdę skoczyłbym z balkonu. Wiem to. Jednak to był moment, w który wszedł… Jezus. Bo Go zawołałem.

Piotr, z absolutnego dna, nie mając nic do stracenia, zawołał: „Jezu, jeśli jesteś, pomóż mi! Jeśli jesteś, pokaż to i uratuj mnie”.

– Nie wiedziałem, czy On istnieje. Ale czułem, że jeśli istnieje, to tylko On może pomóc…

Po tej ni to modlitwie, ni to akcie rozpaczy Piotr poczuł ciepło. Rozlewało się po całym ciele. Taka błogość i poczucie bezpieczeństwa. I usłyszał głos: „Wszystko będzie dobrze”…

Zaczął płakać. – Łzy przez długi czas nie przestawały płynąć. Jakbym wypłakiwał wszystko, co przeszedłem, i co złego zrobiłem.

Łzy oczyszczenia i ratunku.

Nowe życie Piotra

Następnego dnia zadzwonili koledzy. Wiadomo, jak zawsze chcieli umówić się na fetę i inne takie. – I to był pierwszy cud, bo potrafiłem po prostu odmówić. Powiedziałem „nie”, czym wywołałem zdziwienie w kumplach, ale i sam byłem zdziwiony. Amfetaminę po prostu odrzuciłem. Niemal z dnia na dzień. Miałem taką siłę z góry, to Jezus mi ją dał. Sam nic bym nie zrobił.

Zaczęła się droga prowadząca do nowego życia. – Oczywiście nie cały czas było ślicznie i pozytywnie. Bo marihuana od czasu do czasu była silniejsza ode mnie. Zawsze jednak, gdy upadałem, odczuwałem takie wyrzuty sumienia, tak mi było z tym po prostu źle, że z czasem i marihuana stała się przeszłością. Papierosy i alkohol podobnie…

Jak mówi Piotr, jedni kumple się od niego odwrócili i po prostu „miał spokój”. Inni patrzyli z niedowierzaniem. Ale było i tak, że gdy opowiadał o swoim doświadczeniu Jezusa i o swoim nawróceniu, kumple… wierzyli.

– Jeden z nich, który znał mnie od lat i sam wiele (złego) przeszedł, po moim świadectwie powiedział po prostu: „Znam go, wiem, jak żył, on by tego wszystkiego nie wymyślił”. Upadliśmy na kolana i modliliśmy się długo razem…

Pustkę po dawnych kumplach Jezus zapełnił dość szybko. – Poznałem ludzi wierzących, znających Jezusa. Pomogli mi, wsparli mnie. Zacząłem żyć Ewangelią i sakramentami. Kościół stał się moim domem.

I co ważne: Piotr po raz pierwszy podjął pracę. Za osiemset złotych, ciężką. Ale uczciwą…

Pierwszy (i kolejny) wdech

Dziś Piotr ma 30 lat. Jest szczęśliwym mężem, ojcem dwuletniej Poli, a niedługo urodzi mu się synek. To właśnie dla Poli napisał utwór „Pierwszy wdech”. Rap o cudzie narodzin, o biciu serca, o wartości życia.

– Bycie ojcem to cudowny dar, cieszę się każdą chwilą z córką i jestem wdzięczny mojej żonie, że stworzyliśmy rodzinę – mówi.

Piotr zajmuje się teraz pisaniem piosenek i tworzeniem muzyki. Rap to jego pasja. Tyle że treści są „życiowe” – pełne dobra, radości, afirmacji drugiego człowieka. Właśnie przygotowuje debiutancką płytę „Szepty sumienia”. Towarzyszą mu profesjonalni muzycy.

Z tym „sumiennym” przesłaniem Piotr jeździ teraz do młodych: mówi o sobie i śpiewa. Takie świadectwo doświadczonego Poisona przemawia do młodych, a szczególnie tych „po przejściach”. – Kiedyś byłem trucizną, bo trułem siebie i innych. Teraz czasem „truję”, mówiąc prawdę o narkotykach i nienawiści. Mam nadzieję, że to moje „trucie” na coś się jednak przyda i młodzi ludzie dwa razy się zastanowią, zanim sięgną po narkotyki czy wejdą w złe towarzystwo…•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.