Na tropach bizantyńskiej dekadencji

Mieszkańcy cesarstwa tak bardzo pochłonięci byli intrygami, sporami teologicznymi, zbytkiem, dworską etykietą i liturgiczną celebrą, iż zdawali się nie zauważać czających się za murami stolicy niebezpieczeństw.

Ostatecznie taka postawa doprowadziła ich do upadku i zdobycia Konstantynopola przez Turków w 1453 roku. A może jednak z Bizantyjczykami było inaczej?

„Historia Bizancjum składa się z długiej serii głupich czynów i obscenicznych aktów przemocy” – pisał, nie przebierając w słowach, XIX-wieczny, grecki intelektualista Jakub Rizos Neroulous. Zdanie to przytacza Przemysław Marciniak w swojej książce „Ikona dekadencji. Wybrane problemy europejskiej recepcji Bizancjum od XVII do XX wieku”, wydanej niedawno przez Uniwersytet Śląski. Daleko jednak Marciniakowi do tego, by zgodzić się z osobliwą tezą Neroulousa. Jest bowiem autor „Ikony dekadencji” Bizancjum całkowicie zafascynowany, czego raz po raz daje dowód na kartach swej kapitalnej publikacji.

Cesarstwo Trebizondy, despotat Epiru, bajkowy orientalizm, porwania, zdrady, trucizny w kielichach, romanse na tle rewolucji i wszechpotężne władczynie, które przywodzą na myśl Dalilę, Herodiadę, czy Lady Makbet – wszystko to znajdujemy w wydanej przez UŚ książce, w której poddano dogłębnej analizie sposób w jaki Europejczycy przez wieki postrzegali leżącą nad Bosforem monarchię.

Przede wszystkim była ona inspiracją dla artystów. Eugene Delacroix namalował słynne „Wkroczenie krzyżowców do Konstantynopola”, zaś Ludwik II Bawarski wymarzył sobie pełną przepychu salę tronową w stylu bizantyjskim, którą do dziś można podziwiać w baśniowym zamczysku Neuschwanstein. Wprost do wschodniej architektury nawiązuje także paryska bazylika Sacre-Coeur, zaś Robert Graves, autor słynnego „Ja, Klaudiusz” poświęcił jedną z powieści wodzowi Belizariuszowi.

Podobną tematykę poruszają również utwory autorstwa Umberto Eco, Waltera Scotta, czy Wisławy Szymborskiej, która przykładowo w poetycki sposób zanotowała rozmowę cesarza Justyniana i jego żony Teodory, po tym jak „ożywiła” w jednym ze swych wierszy słynne postacie z mozaiki z kościoła San Vitale w Rawennie.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż nie tylko twórcy sztuki wysokiej przyznają się do fascynacji bizantyjskością. Niezliczoną ilość podobnych wątków i motywów odnajdujemy także w popkulturze. Swego czasu Orson Welles zagrał w niemiecko-włoskiej koprodukcji kinematograficznej Justyniana, zaś w Hollywood planowano nakręcić epicki film z Avą Gardner, w którym miała się ona wcielić w cesarzową Theodorę. W Nowym Jorku natomiast wielokrotnie wystawiano na scenie musical „Byzantium”, gdzie starano się ukazać cesarstwo jako… Las Vegas starożytnego świata.

Takich scenicznych, „nadętych błahostek”, w których – jak to określił, cytowany w książce Zygmunt Freud - ukazywano jednak „wspaniałe bizantyjskie pałace i kostiumy” było w dziejach teatru całkiem sporo. Podobnie, jak i prób wykorzystywania, czy też odwoływania się do bizantyjskich tradycji w polityce. Caryca Katarzyna, Dostojewski, a ostatnio nawet spowiednik Władimira Putina – który, jak się okazuje, pisuje także scenariusze filmowe - widzieli w państwie rosyjskim swoistą kontynuację nadbosforskiego imperium...

Jak dowodzi autor "Ikony dekadencji", w XIX wieku, w Królestwie Polskim, przebudowę klasycystycznej fasady Pałacu Staszica na budynek w stylu bizantyńskim, postrzegano jako bezpardonową rusyfikację, w Niemczech zaś opublikowano powieść o historii Konstantynopola pt. „Ein Kampf um Rom”, w której Felix Dahn opisał bohaterskich Gotów jako niebieskookich blondynów, „dowodząc ciągłości idei wielkoniemieckiej Rzeszy”, co w stuleciu kolejnym starała się do swych celów wykorzystać nazistowska propaganda.

Podobnych, zaskakujących dla nas historii jest w książce Przemysława Marciniaka bez liku. Pojawia się w niej przykładowo ateński taksówkarz, który tak bardzo utożsamia się z bizantyjską tradycją i kulturą, iż - podobnie, jak wielu jego rodaków - nie ma właściwie pojęcia o Grecji Sokratesa i Odyseusza. Ba, jest dumny z faktu iż mimo siedemdziesiątki na karku nigdy nie był na Akropolu! Nie brak w "Ikonie dekadencji" także i opowieści legendarnych, ot chociażby tej, gdy w dniu upadku Konstantynopola, 29 maja 1453 roku „przed duchownymi odprawiającymi ostatnią liturgię otworzyła się ściana, za którą ukryli się razem ze świętymi naczyniami. Ściana otworzy się powtórnie, kiedy Hagia Sophia powróci do Greków...” - czytamy w publikacji.

Bez wątpienia warto sięgnąć po tę niezwykłą książkę. To praca naukowa, jednak napisana z tak wielką pasją i werwą, iż czyta się ją nieomal "jednym tchem", gorąco więc do jej lektury zachęcam.

*** Przemysław Marciniak „Ikona dekadencji. Wybrane problemy europejskiej recepcji Bizancjum od XVII do XX wieku”; Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego; rok wydania: 2009; ilość stron: 230.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości